Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Nic szczególnego… Po prostu Złota Kula rzeczywiście spełnia tajemne życzenia.
— Ja nie o tym… Jak to się stało, że dla ciebie minęło tam kilka mgnień, a u nas prawie tydzień? Tata znowu się roześmiał:
— Jaskółeczko moja, stalkerzy nie zadają takich pytań. Strefa to Strefa…
Mamunia zamilkła, a potem powiedziała:
— Pewnie tak…
Umilkli oboje. Tata już zaczął pochrapywać.
A potem mamunia przytuliła się do niego i powiedziała:
— Wiesz co, Red, trochę się boję. Co do naszych życzeń wszystko jest jasne… Ale czego zażyczyła sobie Małpeczka?
Tata uśmiechnął się:
— Przecież słyszałaś! Chciała, żebym nie chodził na ryby, a ty żebyś nie płakała po nocach. Będę teraz musiał chodzić na spacery, ale ty nie będziesz płakać… Nie denerwuj się! Nie wiadomo nawet, czy Kula spełnia życzenia dziecka.
A rano tata skądś przybiegł, powiedział, że Strefa nie wpuszcza nikogo do siebie. Od tego dnia zaczęła się, jak to mówi wujek Dick, druga katastrofa miasta Harmont.
W nocy mamunia zapytała tatę:
— Red, ty nie byłeś w Strefie sam?
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— Barbridge mi powiedział.
— Ta żaba wstawiała ci kit!
— Groził, że policzy się z tobą… Dina Barbridge mi to samo powiedziała. Też mi wstawiała kit?
— Dina powiedziała? — Tato nagle jakoś dziwnie westchnął. — Nie, Dina nie wstawiała kitu.
Jakiś czas trwała cisza, a potem tata powiedział:
— Właśnie Dina zaproponowała, żebym wziął ze sobą Artura. Prosiła, żebym nikomu o tym nie opowiadał, chciała zrobić ojcu małą niespodziankę…
— Co się z nim stało?
— A co się dzieje ze stalkerami, którzy popełnili błąd?
— Czyli umarł?
Dało się słyszeć jakieś szurgotanie.
— Podobno stalkerzy w Strefie nie umierają — powiedział tata. — Podobno Strefa po prostu zabiera ich dusze. Jak Stwórca do raju. — Tata zaśmiał się krótko. — Tylko coś moja dusza jej nie pasuje…
— Red, powiedz mi — przerwała mu mamunia. — Zabiłeś Artura?
Tata zaklął.
— Red, przestań! — powiedziała głośno mamunia, jak wojskowy dowódca na filmie. — Odpowiedz mi, proszę!
— No dobrze — powiedział tata. — Ja go nie zabiłem. — Tata położył nacisk na słowie „Ja”. — Oni sami go zabili. Swoimi bajkami, swoimi kłamstwami, całym swoim życiem… Głupio jakoś to wszystko wyszło… Ach, do diabła z tym Arturem! Chodź tu!
— Głupio jakoś to wszystko wyszło — powtórzyła mamunia. — Nagle wydało mi się, Red, że w ogóle cię nie znam.
Znowu dał się słyszeć szurgot.
— A ty dokąd idziesz? — zapytał tata.
— Wybacz, Red — powiedziała mamunia. — Dzisiaj będę spała w gościnnym.
Skrzypnęły drzwi i tata zaklął aż trzy razy…
8. Guta Shoehart, 26 lat, mężatka, gospodyni domowa
Idąc ze szkoły do domu, Guta nie wiedziała: cieszyć się czy martwić.
Z jednej strony wszystko skończyło się jak najlepiej. Zaświadczenie lekarskie, które przedwczoraj dostał Red od Rzeźnika, mówiące o tym, że Maria Shoehart, lat osiem i pół, długo chorowała, w związku z czym nie mogła na czas pójść do szkoły, zadziałało jak należy.
Wczoraj Guta zaniosła ten dokument do najlepszej prywatnej szkoły w mieście. Właścicielka i jednocześnie dyrektorka obwąchała zaświadczenie ze wszystkich stron, potem, popatrzyła na Gutę i — jak się wydawało — obwąchała też petentkę.
— Mam nadzieję, że choroba córki nie zagraża innym naszym dzieciom?
— Ależ nie — powiedziała Guta. — To nie jest zakaźne. Inaczej lekarz nie wydałby takiego zaświadczenia.
— Tak, tak — powiedziała dyrektorka. — Jednakże chciałabym lepiej poznać rodzinę dziewczynki.
Taki obrót sprawy nie urządzał Guty. Dlatego skierowała rozmowę na inne tory:
— Proszę się nie obawiać, jesteśmy całkowicie wypłacalni. — I wyjęła gotówkę.
Właścicielka zmieszała się:
— Nie, nie, to za wcześnie. Najpierw należy zdać egzamin wstępny.
— Chcielibyśmy, żeby dostała się do klasy odpowiadającej jej wiekowi. Jesteśmy gotowi do egzaminu.
— Cóż, jak pani sobie życzy! — Dyrektorka wzruszyła ramionami. — Proszę przyjść z dziewczynką jutro przed dziesiątą.
Więc przyszli przed dziesiątą. Guta nie mogła uczestniczyć w egzaminie, ale nie oburzała się, spokojnie życzyła Małpeczce powodzenia. Niby dlaczego ma się denerwować? Nie na darmo straciła w poprzednich latach tyle sił na zajęcia z córką. Małpeczkę przecież sama uczyła — do takiej uczennicy nie zaprasza się korepetytora. Ile łez się wylało! Ale swoje osiągnęła — futrzasta łapka nauczyła się nawet trzymać długopis. A co się tyczy inteligencji, to Małpeczka wielu dorosłym mogła dać sto punktów forów. Skoro więc futrzasta łapka nauczyła się pisać, to ludzkiej ręce w ogóle to nie sprawiało kłopotów. Zresztą, nieprawda; oczywiście, że Guta się denerwowała. Jeszcze jak! Ale gdy dyrektorka zaprosiła ją po egzaminie do swojego gabinetu, Guta nie dała po sobie znać, jak się wymęczyła. Wysłuchała wyroku jak czegoś oczywistego.
— Macie państwo bardzo mądrą dziewczynkę — powiedział dyrektorka. — I świetnie przygotowaną.
— Mieliśmy korepetytorów — zełgała Guta. — Wierzyliśmy, że wcześniej czy później będzie mogła chodzić do szkoły.
— Tak, przyjmiemy ją. Właściwie dałam jej już wszystko, co niezbędne, i posłałam na lekcję. Proszę przyjść po dziewczyn, kę o wpół do drugiej. Przy okazji sprawdzimy, jak sobie radzi z pilnością.
Tak więc w szkole wszystko ułożyło się jak najlepiej.
Natomiast wczoraj Red nie wrócił do domu. Co prawda zadzwonił, uprzedził o tym. Powiedział, że ma pilną sprawę, o której nie może mówić przez telefon, i natychmiast odłożył słuchawkę.
Szczerze mówiąc, Guta spodziewała się czegoś takiego. Ojej-ku, za bardzo szczęśliwie wszystko szło przez te dziesięć dni po tym, jak Złota Kula spełniła życzenia rodziny Shoehartów. Przecież nic w życiu nie przychodzi za darmo, za każdą rzecz trzeba zapłacić. Wcześniej czy później musi być kac. Więc Guta nie zdziwiła się, gdy trzy dni wcześniej zauważyła, że z Redem dzieje się coś dziwnego. Właściwie nie dziwnego, lecz to, co okresowo powtarzało się i stało się w rodzinnym życiu zwyczajne aż do łez. Reda znowu wzywała Strefa, należało tylko czekać i mieć nadzieję, że tym razem poradzi sobie z wezwaniem.
Może pomogą mu w tym nowe troski córki… Wczoraj przy obiedzie Guta cały czas sprowadzała rozmowę na przyszły egzamin. Red słuchał, niemrawo przeżuwał jedzenie i równie niemrawo odpowiadał, a po obiedzie wstał i poszedł do Barge’a.
Jak widać, troski córki nie pomogły tacie, nie wrócił na kolację. A potem zadzwonił…
W pobliżu domu Guta spotkała starą Ellin. Podzieliła się radością; o zaniepokojeniu, rzecz jasna, nie mówiła — kto potrzebuje cudzych kłopotów? Ellin pogratulowała sąsiadce, zachwycała się zdolnościami dziecka (oczywiście to było obłudne, ponieważ po metamorfozie Ellin wyraźnie zaczęła bać się Małpeczki), a potem ogłuszyła wiadomością:
— W nocy umarł Barbridge. Powiadają, że ni z tego, ni z owego polazł do Strefy. Patrol znalazł trupa rano, obok cmentarza. Strasznie spalony, poznali go po kulach.
— O mój Boże! — wykrztusiła Guta. Poprzedniego wieczoru, już w łóżku, Małpeczka, bez przerwy szczebiocząca o jutrzejszym egzaminie, ni z tego, ni z owe go zapytała dziwnym tonem: