Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
— Och, Biseso, masz w sobie tyle siły! Szkoda, że nie jestem taki jak ty.
— Nie, nie żałuj tego. — Trzymał ją mocno za rękę, ale nie próbowała jej uwolnić. — Masz. — Pogrzebała pod kocem i wyciągnęła metalową flaszkę. — Napij się herbaty z mlekiem.
Otworzył flaszkę i pociągnął łyk.
— Dobre. Mleko jest trochę, hmm, jakby nieprawdziwe.
— To z mojego zestawu ratunkowego. Skondensowane i napromienione. W armii amerykańskiej dają pigułki samobójcze, a w brytyjskiej herbatę. Trzymałam ją na specjalną okazję. Co może być bardziej specjalnego?
Sączył herbatę. Jakby zamknął się w sobie.
Bisesa zastanawiała się, czy wstrząs spowodowany Nieciągłością wreszcie do niego dociera. Podejrzewała, że ugodził ich wszystkich w rozmaity sposób.
Zapytała:
— Dobrze się czujesz?
— Myślę o domu. Kiwnęła głową.
— Nikt z nas nie mówi zbyt wiele o domu, prawda?
— Może to zbyt bolesne.
— Mimo to powiedz mi, Josh. Opowiedz mi o swojej rodzinie.
— Jako dziennikarz poszedłem w ślady ojca. Relacjonował wojnę między stanami. — Bisesa pomyślała, że było to dla Josha zaledwie dwadzieścia lat przedtem. — Dostał kulę w biodro. Potem przyplątała się infekcja i w parę lat później umarł. Miałem wtedy tylko siedem lat — szepnął Josh. — Spytałem go, dlaczego został dziennikarzem zamiast walczyć. Powiedział, że ktoś musi patrzeć, żeby przekazać to innym. W przeciwnym razie będzie tak, jakby nic się w ogóle nie wydarzyło. No cóż, uwierzyłem mu i poszedłem w jego ślady. Czasami nie podobało mi się to, że moje życie zostało w pewnym sensie zaprogramowane, jeszcze zanim się urodziłem. Ale przypuszczam, że to nic wyjątkowego.
— Spytaj Aleksandra.
— Taak… Moja matka wciąż żyje. Albo żyła. Szkoda, że nie mogę jej powiedzieć, że jestem bezpieczny.
— Może jakimś sposobem to wie.
— Bis, wiem, z kim byś była, gdyby…
— Z moją córeczką — powiedziała Bisesa. — Nigdy mi nie mówiłaś o jej ojcu. Wzruszyła ramionami.
— Przystojny dupek z mojego pułku — wyobraź sobie Caseya pozbawionego wdzięku i poczucia higieny osobistej — zaszaleliśmy i byłam nieostrożna. Byliśmy pijani. Kiedy urodziła się Myra, Mikę był zakłopotany. To nie był zły człowiek, ale wtedy mnie to nie obchodziło. Chciałam jej, nie jego. A potem i tak zginął. — Poczuła szczypanie w oczach i przycisnęła oczodoły nasadą dłoni. — W owym czasie nie było mnie w domu przez wiele miesięcy. Wiedziałam, że nie spędzam z Myrą tyle czasu, ile powinnam. Zawsze sobie obiecywałam, że się poprawię, ale nigdy nie potrafiłam pozbierać mego życia do kupy. Teraz utknęłam tutaj i muszę mieć do czynienia z tym pieprzonym Czyngis-chanem, kiedy chciałabym po prostu wrócić do domu.
Josh ujął jej twarz w dłonie.
— Nikt z nas tego nie chce — powiedział. — Ale przynajmniej mamy siebie. A jeśli jutro zginę… Bis, wierzysz, że wrócimy? Że będziemy żyli, jeśli czas zostanie poszatkowany na nowo?
— Nie. Och, może być inna Bisesa Dutt. Ale to już nie będę ja.
— Więc ta chwila to wszystko, co mamy — wyszeptał. Potem stało się to, co nieuniknione. Ich usta spotkały się i wciągnęła go pod koc, zdzierając z niego ubranie. Był delikatny — i nieporadny, prawie prawiczek — ale przywarł do niej z rozpaczliwą namiętnością, która znalazła odbicie w niej samej.
Pogrążyła się w odwiecznym, płynnym cieple tej chwili.
Ale kiedy było po wszystkim, pomyślała o Myrze i ogarnęło ją poczucie winy. Czuła w sobie jedynie pustkę, miejsce, w którym kiedyś była Myra, a teraz znikła na dobre.
I przez cały czas miała świadomość obecności Oka groźnie unoszącego się nad nimi i widziała odbicia swoje i Josha, jak jakichś owadów unieruchomionych w lśniącej kryjówce.
Pod koniec dnia Aleksander, złożywszy ofiarę w intencji powodzenia w bitwie, wydał rozkaz zgromadzenia armii. Liczące dziesiątki tysięcy ludzi oddziały zebrały się pod murami Babilonu; żołnierze mieli na sobie jasne tuniki, w dłoniach połyskujące tarcze, a ich konie rżały i wierzgały niespokojnie. W paradzie wzięło także udział kilkuset prowadzonych przez kapitana Grove’a Brytyjczyków w uniformach z czerwonej serży, którzy dumnie prezentowali broń.
Aleksander dosiadł konia i przejechał przed frontem armii, przemawiając mocnym, czystym głosem, który odbijał się echem od murów Babilonu. Bisesa nigdy by nie odgadła, jakie odniósł rany. Nie potrafiła zrozumieć jego słów, ale reakcja nie pozostawiała wątpliwości: brzęk dziesiątków tysięcy mieczy uderzanych o tarcze i dziki okrzyk wojenny, Alalalalai! Al-e-han-dreh! Al-e-han-dreh!…
Potem Aleksander podjechał do małego oddziału brytyjskiego. Zatrzymawszy konia, z ręką owiniętą wokół końskiej grzywy, przemówił ponownie, ale tym razem po angielsku. Mówił z silnym akcentem, ale słowa można było zrozumieć bez trudności. Mówił o Ahmedzie Khelu i Maiwandzie, bitwach Imperium Brytyjskiego podczas Drugiej Wojny Afgańskiej, które zajmowały poczesne miejsce w koszarowej mitologii tych wojsk i wspomnieniach niektórych żołnierzy. Aleksander powiedział:
Europejczycy i sipaje wznosili okrzyki równie głośno jak Macedończycy. Casey Othic ryczał:
— Słyszymy! Pozdrawiamy! Rozumiemy!
Kiedy parada się skończyła, Bisesa odszukała Ruddy’ego. Stał na platformie Bramy Isztar, spoglądając na równinę, gdzie pod złowieszczym, niebieskoszarym niebem już płonęły obozowe ogniska. Palił jeden z ostatnich tureckich papierosów, zachowany na tę okazję, jak powiedział.
— Szekspir, co, Ruddy?
— Ściśle mówiąc: Henryk V. — Nadął się jak paw, najwyraźniej bardzo z siebie dumny. — Aleksander dowiedział się, że umiem dobrze posługiwać się słowem. No i wezwał mnie do pałacu, aby wymyślić krótkie przemówienie, które mógłby wygłosić do naszych żołnierzy. Zamiast proponować mu coś własnego zwróciłem się do barda ze Stratfordu — i czyż mogłoby być coś bardziej odpowiedniego? A poza tym — dodał — skoro staruszek prawdopodobnie w ogóle nie istniał w tym nowym wszechświecie, raczej nie oskarży mnie o plagiat!
— Niezłe z ciebie ziółko, Ruddy.
Kiedy światło przygasło, żołnierze zaczęli śpiewać. Macedońskie pieśni były jak zwykle pieśniami żałobnymi o domu i utraconych ukochanych. Ale dzisiaj wieczorem Bisesa usłyszała w nich angielskie słowa, jakiś dziwnie znany refren.
Ruddy uśmiechnął się.
— Rozpoznajesz to? To hymn „Chwalmy Pana, Króla Niebios”. Biorąc pod uwagę naszą sytuację, myślę, że któryś z tych żołnierzy ma naprawdę poczucie humoru! Posłuchaj ostatniej zwrotki…
Aniołowie, oddawajcie Mu cześć Stańcie przed Nim twarzą w twarz Niech Słońce i Księżyc biją Mu pokłony Mieszkańcy wszystkich czasów i przestrzeni Wysławiajcie Go! Wysławiajcie Go! Wysławiajcie Go! Wysławiajcie Go! Wysławiajcie wraz z nami Boga pełnego łaski…
Kiedy śpiewali, stapiały się w jedno akcenty z Londynu, Newcastle, Glasgow, Liverpoolu i Pendżabu.
1
Fragment Henryka VW. Szekspira w tłumaczeniu Leona Ulricha.