Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Bisesa wiedziała, co ma na myśli. Ona także przeszła przeszkolenie wojskowe; oprócz strachu i pragnienia, aby to wszystko nie działo się naprawdę — żeby po prostu mogła pójść do domu — niecierpliwie wyczekiwała tego, co ma nastąpić.
Wyszli z sali tronowej, rozmawiając, spekulując i układając plany.
33. Książę niebios
Po dniu i nocy spędzonych w zupełnej ciemności Kolę zaprowadzono do Yeh-lii. Ręce związano mu za plecami sznurem z końskiego włosia i ciśnięto na ziemię.
Nie miał ochoty na tortury i mówił szybko, opowiadając Yeh-lii, co uczynił; wszystko, co pamiętał. Kiedy skończył, Yeh-lii wyszedł z jurty.
Pojawiła się nad nim twarz Sabie.
— Nie powinieneś był tego robić, Kola. Mongołowie znają potęgę informacji. Widziałeś to na własne oczy w Biszkeku.
Nie mógłbyś popełnić większej zbrodni, nawet gdybyś sprowokował samego Czyngis-chana. Szepnął:
— Możesz mi dać trochę wody? — Nie pił od chwili, gdy go schwytano.
Zignorowała jego prośbę.
— Wiesz, że może być tylko jeden wyrok. Próbowałam cię bronić. Powiedziałam, że jesteś księciem, księciem niebios. Będą pobłażliwi. Nie przelewają królewskiej krwi…
Splunął jej w twarz. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, było, jak się z niego śmieje.
Wywlekli go na zewnątrz ze związanymi rękami. Czterech krzepkich żołnierzy trzymało go za ręce i nogi. Z jurty wyszedł oficer, z dłońmi w grubych rękawicach, niosąc gliniany kubek, w którym znajdowało się roztopione srebro. Wlali mu je do jednego oka, potem do drugiego, a na koniec do uszu.
Potem poczuł, że go podnoszą, niosą i wrzucają do jamy wyścielonej miękką, świeżo wykopaną ziemią. Nie słyszał, jak przybijają mu nad głową deski ani też swych własnych krzyków.
34. „Mieszkańcy czasu i przestrzeni”
Aleksander poddał swoje wojsko ostremu szkoleniu. Większość szkolenia odbywała się zgodnie z tradycyjnymi macedońskimi metodami, które obejmowały forsowne marsze, biegi z obciążeniem i walkę wręcz.
Ale podjęto także próbę włączenia brytyjskich żołnierzy do macedońskiej armii. Wkrótce stało się jasne, że żaden brytyjski jeździec ani sowar nie będzie w stanie dorównać konnicy Aleksandra, jednak szeregowcy i sipaje znaleźli się w samym sercu macedońskiej piechoty. Biorąc pod uwagę brak wspólnego języka i zderzenie odrębnych kultur, jednolity łańcuch rozkazów był praktycznie niemożliwy, ale żołnierzy nauczono, jak interpretować podstawowe sygnały macedońskich trębaczy.
Praca Abdikadira z konnicą postępowała szybko, choć jak przewidywał Eumenes, pierwsze próby Macedończyków jazdy z prototypowymi strzemionami Abdikadira były dosyć farsowe.
Starszy pułk konnicy rekrutował się z młodych macedońskich arystokratów; sam Aleksander nosił ich mundur. Ale kiedy po raz pierwszy dano im strzemiona, dumni jeźdźcy po prostu odcięli swymi bułatami dyndające skórzane urządzenia.
Dopiero gdy dzielny sowar niewprawnie dosiadł jednego z masywnych macedońskich koni i pokazał, jak skutecznie może kierować nawet nieznanym sobie koniem, po silnych naciskach ze strony Króla szkolenie rozpoczęło się na dobre.
Jednak nawet bez strzemion umiejętności jeździeckie Macedończyków były zdumiewające. Jeździec zachowywał równowagę, trzymając się końskiej grzywy i kierował koniem wyłącznie naciskiem kolan. Mimo to jeźdźcy potrafili staczać potyczki i gwałtownie zmieniać kierunek ruchu i ta ich elastyczność i ruchliwość czyniły z nich czołowy element sił Aleksandra. Teraz, dzięki strzemionom, ich ruchliwość znacznie się poprawiła, jeździec mógł zaprzeć się nogami i pewnie trzymać ciężką lancę.
— Oni są po prostu niesamowici — powiedział Abdikadir, patrząc, jak stuosobowe grupy gwałtownie zawracają jak jeden mąż i pędzą jak strzała przez pola Babilonu. — Prawie żałuję, że dałem im te strzemiona; jeszcze kilka pokoleń i ten rodzaj umiejętności jeździeckich zostanie zapomniany.
— Ale nadal będziemy potrzebowali koni — warknął Casey. — Pomyśl, konie będą główną siłą napędową wojny przez następne dwadzieścia trzy stulecia, aż do Pierwszej Wojny Światowej.
— Może tutaj będzie inaczej — zamyśliła się Bisesa.
— Jasne. Nie jesteśmy już tą samą na poły obłąkaną bandą użerających się ze sobą zbyt zaawansowanych naczelnych, jak przed pojawieniem się Nieciągłości. Fakt, że zostaliśmy zamieszani w walkę z Mongołami pięć minut po tym, jak znaleźliśmy się w tym miejscu, to po prostu aberracja umysłowa. — Casey roześmiał się i odszedł.
Grove uzgodnił, że Macedończycy powinni się trochę oswoić ze strzelaniną. W oddziałach liczących co najmniej tysiąc żołnierzy Macedończycy patrzyli, jak Grove i Casey poświęcają część zapasów nowoczesnej broni — granat, kilka strzałów z kałasznikowa do uwiązanej kozy. Bisesa twierdziła, że ma to zasadnicze znaczenie, niech teraz zsikają się w gacie, ale potem utrzymają pozycje podczas walki z Mongołami, na wypadek gdyby Sabie miała w zanadrzu podobne niespodzianki. Macedończycy nie mieli problemów ze zrozumieniem zasad działania broni palnej; zabijanie na odległość przy pomocy łuków było im dobrze znane. Ale kiedy po raz pierwszy zobaczyli, jak wybucha względnie nieszkodliwy granat błyskowo-hukowy, krzyknęli i zaczęli uciekać, mimo nawoływań oficerów. Byłoby to komiczne, gdyby nie było tak niepokojące.
Popierany przez Grove’a Abdikadir nalegał, aby Bisesa nie brała bezpośredniego udziału w walce. Kobieta byłaby szczególnie narażona na atak; Grove uroczo to wyraził, używszy określenia „los gorszy od śmierci”.
Dlatego też Bisesa zabrała się energicznie do innego zadania: zaczęła organizować szpital.
W tym celu zarekwirowała mały dom. Do pomocy przydzielono jej Filipa, osobistego lekarza Aleksandra i brytyjskiego chirurga. Bisesie bardzo brakowało jakichkolwiek środków, ale brak zapasów starała się zrekompensować nowoczesnym know-how. Eksperymentowała z winem jako środkiem antyseptycznym. Na terenie prawdopodobnego pola walki założyła punkty sanitarne i przeszkoliła kilka par silnych, długonogich zwiadowców Aleksandra jako noszowych. Próbowała zorganizować apteczki dla ofiar urazów, proste zestawy, które miały służyć jako pomoc w opatrywaniu najczęstszych obrażeń, z jakimi będą mieli do czynienia, nawet ran postrzałowych. Była to innowacja zastosowana przez brytyjską armię na Falklandach; po wstępnej ocenie rodzaju obrażenia brało się odpowiedni zestaw.
Najtrudniejszą do wpojenia sprawą okazała się potrzeba higieny. Ani Macedończycy, ani też dziewiętnastowieczni brytyjscy żołnierze nie zdawali sobie sprawy choćby z potrzeby ścierania krwi podczas udzielania pomocy medycznej kolejnym pacjentom. Macedończycy byli zdumieni jej mętnymi informacjami o niewidzialnych stworzeniach, jakichś maleńkich bogach czy może demonach atakujących otwarte rany lub organy wewnętrzne, przy czym Brytyjczycy byli niewiele mądrzejsi, jeśli chodzi o świadomość istnienia bakterii i wirusów. W końcu musiała zaapelować do ich dowódców, aby wymusili stosowanie się do jej zaleceń.
Zapewniła swym pomocnikom taką praktykę, jaką była w stanie. Poświęciła jeszcze kilka kóz, rąbiąc je na kawałki macedońskim bułatem albo strzelając w brzuch lub miednicę. Nie było sposobu, by uniknąć widoku prawdziwej krwi. Macedończycy nie byli wrażliwi — większość z tych, którzy przeżyli w armii Aleksandra, doznała kiedyś poważnych obrażeń — ale pomysł, żeby coś z tym zrobić, był dla nich zupełnie nowy. Skuteczność nawet prostych środków, jak na przykład opasek uciskowych, zaskoczyła ich i zachęciła do dalszej pracy i nieustannego uczenia się.