Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Tłumaczenie – zażądałem, naciskając klawisz lingwersora.
– To wiersz – oznajmił komputer. – Jakie ma być tłumaczenie? Dosłowne czy literackie?
– Maksymalnie oddające sens.
– Dlaczego raider nie strzela, dlaczego? – krzyknął histerycznie Redrak. – Już wyłączyli pole, wystarczyłoby kilka salw…
– Nie wiedzą, w której szalupie jestem. Są powody, dla których sekciarze nie zdecydują się na zabójstwo.
– Jakie powody?
– Więzy rodzinne.
Redrak zamilkł, chyba wszystko zrozumiał. Z lingwersora popłynęły słowa tłumaczenia:
– Moja rodzina to ja, ja to moja rodzina. Matka, ojcowie, nauczyciel, wszyscy jesteście we mnie. Kobiety i dzieci – cały jestem w was. Dopóki żyję, żyje moja rodzina. Jeśli umieram w boju – rodzina żyje w pokoju. Moja krew zmyje hańbę, honor powróci do rodziny Aler. Ostatni z wojowników idzie na śmierć, nasz ród będzie żył. Żegnaj, Klenie, witaj, Aler-Il. Idę.
– Fanatyk, tępogłowy fanatyk – jęczał Redrak. – Po co on to zrobił?
– Rodzina. Dla niego honor rodziny jest ważniejszy niż wszystko. Jeśli zginie w godnym pojedynku, jego rodzina zostanie pomszczona.
Zamilkliśmy na jakiś czas. Szalupa spadała na planetę niemal pionowo, na przekór prawom fizyki. Nieprzerwanie działające silniki wyhamowały do zera orbitalną szybkość, a grawikompensatory obniżyły śmiercionośne przeciążenia. Wokół zaczynało się purpurowe lśnienie. Wchodziliśmy w atmosferę.
Sięgnąłem do panelu sterowania i wprowadziłem na ekran miejsce lądowania. Dość daleko od miasta, za to blisko Świątyni…
Uderzenie przy lądowaniu kompletnie mnie zaskoczyło. Nawet go sobie nie uświadomiłem, tak jak nie czuje się ołowianego ciężarka, który spada na głowę. Po prostu świat wybuchł barwami, szybko przeskakując wszystkie kolory widma i przechodząc w bezdenną czerń.
Umierałem. A może już umarłem? Ale w ciemności, która mnie wchłonęła, słyszałem cichnący szept. Wielogłosowy, bezosobowy, jakby kłóciły się ze sobą tysiące bliźniaków. Tysiące temporalnych granatów… tysiące Świątyń.
… Umiera i to jest słuszne…
…Ale doszło do ingerencji, pośredniego oddziaływania…
… Brak dowodów…
…Logiczne… Łańcuch przyczynowo-skutkowy: wpływ na Klena, który traci wiarę w zwycięstwo, atak na raidera, śmierć dwudziestu czterech członków załogi, niewykonanie rozkazu przez operatora lasera, zniszczenie szalupy, grawikompensatory przestają działać, przeciążenie pięćdziesiąt jednostek, śmierć człowieka.
…Śmierć człowieka…
…Śmierć…
…Zakaz…
…Poprawka. Wariant: korekta w czasie…
… Uchylono – złamanie praw…
… Wariant: ochrona szalupy…
…Uchylono – człowiek powinien zostać zneutralizowany bez łamania praw…
…Wariant: reanimacja człowieka, dopuszczenie do uszkodzeń szalupy…
…Prognoza: śmierć po dwustu pięćdziesięciu dwóch sekundach jako konsekwencja skokowego wyładowania grawikompensatora…
…Brak bezpośredniej ingerencji…
… Prawa są przestrzegane…
…Może być, przyjęte…
…Jest niebezpieczny…
…Może być, przyjęte…
…Nie powinien się dowiedzieć…
… Nie jest przewidziany…
…Poprawka: Daniił musi zostać odesłany na Ziemię. Zakłócenie biegu historii…
…Konsekwencja pierwotnego błędu: kuter sekciarzy porywających człowieka powinien był zostać zniszczony…
…Dawny błąd. Poprawka: powrót Daniila na Ziemię, taktyka: wpływ na Redraka Sholtry’ego…
…Przyjęte.
Przy ostatnim słowie szept przeszedł w krzyk, w huk gromu. Jakby tysiące, setki tysięcy głosów wypowiedziało to jednocześnie. A potem poczułem ciężar – ołowiany ciężar wbijający mnie w gorącą nierówną powierzchnię.
Szalupa leżała pomiędzy skałami. Cylindryczny korpus był rozpruty na całej długości, stopione brzegi rozcięcia nadal żarzyły się purpurowo. Z rozdarcia zwisały przezroczyste kable światłowodów i zerwane przewody, sterczały błyszczące rury hydrauliki i przewodów paliwowych, cytrynowożółty sześcian izotopowego energizatora. A najbardziej nieszkodliwie i niepozornie wyglądała malutka, nie większa od orzecha włoskiego czarna kulka grawikompensatora. Wokół niej płonęło tęczowe światło. Przyrząd działał, wyrzucając w przestrzeń nagromadzoną podczas spadania na planetę grawitację.
Dwieście pięćdziesiąt dwie sekundy. Trochę więcej niż cztery minuty. Usłyszaną w majaczeniu rozmowę uznałem za prawdziwą, a to znaczyło, że za cztery minuty grawikompensator wyładuje się skokowo, tworząc wokół siebie nieznośną siłę ciążenia. W najlepszym przypadku po prostu umrę. W najgorszym – przeistoczę się w kałużę czerwonej protoplazmy.
Odwróciłem głowę. Udało się, ale z trudem. Przeciążenie utrzymywało się na poziomie sześciu, może siedmiu jednostek. Nie zdołam nawet pełznąć, a co dopiero wstać…
Miejsce, w którym spadła rozbita szalupa, było dość równe. Wokół ściany skał i strome zbocza. Gdyby nie rozładowujący się grawikompensator, lądowanie można by uznać za udane.
– Kapitanie!
Nie widziałem, kto to mówi, ponowne odwrócenie głowy było ponad moje siły. Ale poznałem głos Redraka.
– Żyje pan, kapitanie?
– Tak… – wydawało mi się, że krzyczę, ale pewnie ledwie szeptałem.
Redrak jednak usłyszał.
– Kapitanie, idę do pana.
W jego głosie była mieszanina najróżniejszych uczuć. Radość, bo chyba naprawdę byliśmy załogą. Strach…
I żal – ze słabym, ale wyraźnym odcieniem zawiści.
Redrak Sholtry szedł mi z pomocą nie dlatego, że był moim przyjacielem. Zmuszał go do tego psychokod, formuła hipnotycznej sugestii. Jeśli nie spróbuje mi pomóc, umrze razem ze mną. Pójdzie na pewną śmierć jak automat. Jak robot.
– Stój!
Tym razem rzeczywiście udało mi się krzyknąć. Spróbowałem odczołgać się od szalupy, ale nie mogłem.
– Redrak! Zdejmuję psychokod!
Cisza. I zdumiony głos Redraka:
– Ale, kapitanie…
I drżący, płaczliwy głos Dańki:
– Siergiej, nie trzeba…
– Redrak, słuchaj! – Z wysiłkiem przeszedłem na rosyjski. – Siódmego listopada 1917…
Znowu cisza. Teraz, po tekście dekodującym, Redrak powinien sobie wszystko przypomnieć – i proces psychicznego kodowania, i śmiertelny rozkaz chroniący mnie przed ewentualną zdradą. Teraz jest wolny. Mam nadzieję, że nie zrobi krzywdy Dańce… Nawet gdyby chciał wyładować na chłopcu utajoną nienawiść do mnie, bałby się zemsty Ernada i Lansa.
Ciężar napływał pulsującymi falami. Morze ołowiu, ocean rtęci. Tonę w nim, w jego metalowych falach, w jego dławiącej grząskości. Powietrze, które wpływa do moich płuc, też jest ciężkie. Każdy kamyczek na ziemi, po której mnie ciągną, wbija się w ciało niczym nóż…
Ciągną?
Palce Redraka ściskają moje ramiona jak stalowe imadła. Jego twarz kołysze się nade mną – biały, pokryty kroplami potu owal w obramowaniu kaptura kombinezonu bojowego. Jakim cudem on może się ruszać?