Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-W razie utrudnień wrócę za godzinę z rozkazem i je odkopię. Muszę wysłać szefowi corpus delicti, bo on naprawdę nie uwierzy mi na słowo, że mogło dojść do tak kuriozalnej sytuacji.
-A kto jest pańskim szefem?
-Dyrektor Kolja Kirchoff.
-Pierwsze słyszę. To jakiś Ruski?
-Nie. To niemiecki służbista i też musi mieć dowody dla swojego szefa. - Schielke wyjął notes i amerykański długopis. Wielkimi literami, tak, żeby żandarm mógł to widzieć, zapisał, kto własnoręcznie podarł rozkaz. Potem wyjął paczkę cameli i bezczelnie poczęstował majora.
Spotkawszy się z odmową, zapalił sam.
-Ach, tak przy okazji, bo znowu bym zapomniał. Muszę zabrać panu trochę benzyny, bo nie wiem, czy na mojej dojadę do miasta. I zabiorę też samochód, którym można przewieźć zwłoki. Samochód oddam jutro.
Wydawało się, że w majora strzelił piorun. Przez moment stał jak sparaliżowany, potem nagle poczerwieniał i ryknął:
-Zwariowałeś, pętaku?! Prosisz o benzynę z oddziału liniowego? Ja cię...
Schielke błyskawicznie zmniejszył dzielący ich dystans, robiąc krok do przodu. Wtargnął do „przestrzeni prywatnej”. Ich twarze dzieliła teraz odległość mniejsza niż dziesięć centymetrów.
-Nie użyłem słowa „proszę” - powiedział cicho i spokojnie.
Żandarm osłupiał.
-Ja pana o nic nie proszę. Samochód i benzynę po prostu rekwiruję.
Podał tamtemu kartkę z rozkazem udzielenia mu wszelkiej pomocy wydaną przez komendanturę twierdzy. Julien Bow i nagłośnienie sukcesu NSDAP właśnie przynosiło wymierne korzyści.
Schielke odwrócił się do swoich żołnierzy, którzy właśnie zebrali strzępy podartego papieru.
-Zabierzcie im kilka kanistrów i jakąś ciężarówkę, która się nadaje do przewozu zwłok. Ale migiem!
Zasalutował majorowi, odwrócił się i ruszył w kierunku swojego pojazdu pancernego.
-Kto jest szefem tego Kirchoffa? - Dobiegło pytanie z tyłu.
Spokojnie. Krok, krok i jeszcze jeden. Dopiero potem Schielke odwrócił się, jakby zniecierpliwiony, i mruknął od niechcenia:
-Martin Borman.
Dzieło zniszczenia zmieniło formę. W gwałtownym paroksyzmie akt zagłady urzeczywistniał się. Schielke i Holmes szli w środku nocy przez Uferzeile, ale nie potrzebowali latarek. Światło gwałtownych pożarów po drugiej stronie rzeki tworzyło łunę przypominającą krwisty zachód słońca. Bombowce huczały nad głowami, zamieniając Breslau w rozżarzone piekło. Z drugiej strony Odry Niemcy burzyli właśnie jedną z najpiękniejszych dzielnic miasta. Wysadzano budynki, równano gruz z ziemią, budując monstrualne lotnisko w centrum miasta. Wokół niszczone było wszystko, z powietrza i ziemi, przez atakujących i przez obrońców. Wszystko zdawało się sprzysięgać przeciwko trwającemu tu od tysiąca lat miastu. Na burzoną dzielnicę akademicką nie można było patrzeć. Ot, żyli tu jacyś ludzie, zbudowali piękne budowle, a teraz sami je niszczą. Niby nic. Ich prawo. Ale ludzie z tej dzielnicy otrzymali jedenaście nagród Nobla. Absolutny rekord wśród wszystkich miast na święcie. Ale z drugiej strony... Po barbarzyńskim rozwiązaniu kwestii żydowskiej, czy można jeszcze chełpić się ich Noblami? Absurd. Z kolei ci na górze, żołnierze przy swoich bombowych celownikach, najprawdopodobniej nie myśleli ani o Noblach, ani o pięknie. Mścili swój kraj, swoje nieistniejące wioseczki, swoje zniszczone miasta, martwe pustkowia. Nie widzieli kościołów ani katedr, muzeów i budynków uczelni. Szukali jedynie czarnych jeszcze plam w morzu ognia i tam właśnie zrzucali swój upiorny ładunek.
Schielke zatrzymał się nagle i oparł na metalowej barierce osłaniającej stromy brzeg koryta Odry ułożony z wielkich kamieni. Dłuższą chwilę patrzył na gorejące bombardowisko z przodu, wsłuchując się jednocześnie w huk wysadzanych właśnie przez saperów budynków za plecami. Zerknął na Holmesa, który również przystanął.
-Jezu Chryste, Maciek. Co my tutaj robimy?
Holmes wzruszył ramionami i opuścił głowę.
-Dwóch intelektualistów rzuconych na arenę pełną dzikich bestii...
-Dwóch ludzi, którzy nie chcą tu być, którzy nie dają na to zgody, a którzy tu są i biorą udział w tym idiotycznym przedstawieniu według ich scenariusza!
Holmes zapalił papierosa. Wyjął z kieszeni mały tomik wierszy i zerknął na okładkę.
-On się jednak mylił, Dieter. Świat kończy się hukiem, a nie skowytem - sparafrazował fragment Eliota.
Na twarzy Schielkego pojawił się cień uśmiechu.
-I chowali się po piwnicach, wołając „biada”! A głosowi temu psy wojny... hm... - odchrząknął. - Odpowiadają.
-No nie. W twojej przeróbce nawet Szekspir stracił rytm.
-Może trochę. Ale masz rację, oni wszyscy się mylili. Maugham chyba twierdził, że ci, którzy czytają książki, tworzą sobie schron. A więc gówno mam, a nie schron.
-Istinno, istinno gawarisz nam.
Stali w milczeniu, patrząc na snopy iskier, które w trąbach ogniowych zdawały się sięgać chmur.
-I co robimy? - spytał w końcu Schielke.
-Nic. Idziemy zgodnie z planem. Twój człowiek ukryje akta gestapo w ich budynku, a mój przejmie je podczas niszczenia. Prawie jak poprzednio.
-Te stare papiery są tak ważne dla twoich mocodawców? Uwierzą, że dla ich zdobycia trzeba użyć znacznych sił?
-Są ważne. A namówić Rosjan na dodatkowy cel nie będzie trudno.
-Może masz rację. To dodamy swoją kropelkę do oceanu płomieni.
-Ale w przeciwieństwie do innych zrobimy to w jakimś celu.
Schielke również zapalił papierosa.
-Słuchaj, nie mogę się pozbierać po tym, jak zabito nam Nadię.
-Spokojnie. Tak nastraszyłeś tego żandarma, że na pewno popełni jakiś błąd.
-Ale nawet nie mamy go jak śledzić.
-Bo to nie nasza rola. Żandarm wykonywał tylko czyjś rozkaz. A teraz wyobraź sobie Kolję Kirchoffa, który dostaje przesyłkę złożoną z ciała rozstrzelanego tuż przed złożeniem zeznań świadka koronnego i swój podarty na kawałeczki rozkaz. Jest już po żandarmie, a Kolja sam już na pewno się dowie, kto śmiał mu wymierzyć policzek.
Schielke rozluźnił się nieco.
-Tak... Parę głów definitywnie zostanie odłączonych od ciała.
Holmes odrzucił niedopałek.
-Żałuj, że nie widziałeś miny tego majora, jak mu wycedziłeś: „Martin Borman”. Dobrze, że nie spytałeś, czy wie, kto z kolei jest szefem Bormana.
-Po co? Każdy Niemiec wie, kto nim jest, a on nie wyglądał na tak głupiego, żeby sądzić, że sam grofaz będzie się tym zajmował.
-Nie wiem, czy był głupi, czy nie, ale w gacie z pewnością narobił.
-Dobra. Ale my stoimy w miejscu.
-Niekoniecznie. Mamy przecież akta sprawy i listę wszystkich zatrudnionych w grupie pakowaczy. Wystarczy dotrzeć do tych, których wysłano na front i spytać, dlaczego byli niewygodni.
Schielke przygryzł wargi.
-No fakt.
-Męczy mnie co innego. Gdzie schować nasz skarb, gdy Twierdza Bresłau zacznie upadać.
-Też o tym myślałem. Jak któregokolwiek z nas podczas wymiany wojsk złapią z brylantami w kieszeni, to rozwalą pod najbliższym murem bez pytania.
-Mhm, dokładnie. Ale nie mam pojęcia, jaką skrytkę wymyślić. W głowie mam zupełną pustkę.
-A jak przechowamy się my sami?
-A ten problem już rozwiązałem. W obozie dla polskich robotników przymusowych.
-Chryste, ja trochę mówię po polsku, ale każdy rozpozna...
-Spokojnie. - Holmes uśmiechnął się szeroko. - W tym obozie nie takie rzeczy się dzieją.
Przerwała im dziwna procesja. Od strony miasta, konkretnie od Freiheitsbriicke, zbliżał się rząd ludzi wyjętych żywcem z danse macabre. Ledwie kuśtykający staruszkowie, baby z pakunkami na plecach, kaleki bez rąk czy nóg. Szli w milczeniu, od czasu do czasu tylko spoglądając na płonący przeciwległy brzeg Odry. Prowadził ich starszy ksiądz o twardej, zaciętej twarzy. Kiedy podeszli bliżej, Schielke i Holmes usłyszeli jego złorzeczenia.