Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-A nie spotkałeś tu przypadkiem kogoś znajomego? - spytała Rita.
-Tak, jest jeszcze jeden z ekipy pakowaczy - powiedział, wskazując ręką kierunek. - Jakieś trzydzieści metrów stąd. Widziałem go wczoraj.
-Kto?
-Nie znam nazwiska. Ma na imię Heinz.
-Sprytna dziewczynka - mruknął Holmes. - Te sukinsyny powysyłali tu wszystkich, których chcieli się pozbyć.
-No to chodźmy po niego - westchnął Schielke. Perspektywa posuwania się dalej niebezpiecznym okopem nie była szczególnie nęcąca.
-Czekajcie. Ja mam dość na dzisiaj - powiedziała dziewczyna. - Może zróbmy tak. Ja razem z przewodnikami odprowadzę Nadię na tyły, a wy przyprowadzicie tego drugiego, co?
Naprawdę sprytna dziewczynka. Szlag. Nie chciał jednak okazać wahania.
-Dobrze. W takim razie rozstajemy się.
Czekało ich przejście trzydziestu metrów. Trzydzieści metrów. Jak obliczył sumiennie Schielke, zajęło im to dokładnie czterdzieści siedem minut, co dawało średnią szybkość ponad półtorej minuty na metr. Miał już dość huku dział. Ale przede wszystkim dość niepewności. Rosjanie strzelali do pierwszej linii, od czasu do czasu do drugiej. Ale nigdy w równej sekwencji. Nie było sposobu, żeby przewidzieć, kiedy walną tuż obok. Prawie się modlił, żeby cholernego Heinza nie było w okopie, żeby go odwołano na tyły i żeby tam, w bezpiecznej odległości, mogli go bezpiecznie przesłuchać.
Jego modły zostały częściowo wysłuchane.
-Heinz? - Jakiś zastraszony żołnierz ledwie wychylił głowę spod swojego plecaka. - Ziemię gryzie.
-Jak to się stało? - spytał Holmes.
-Nijak. Dostał i już.
-Tu?
-Tu, do kurwy nędzy! Jak nie wierzysz, to sprawdź. - Wskazał coś ręką, ledwie wystawiając ją nad obwałowanie ziemne. - Leży tam jeszcze, bo tym hienom nie chciało się go odciągnąć dalej niż dwa metry!
Holmes nie zamierzał sprawdzać.
-Wracamy - powiedział sucho do Schielkego.
Zwykłe okopy są z reguły tak zbudowane, że poprzecznymi transzejami można łatwo się przemieszczać, a nawet wyprowadzić żołnierzy spod ostrzału, dać bezpieczne schronienie i wysłać z powrotem na pozycje dopiero w chwili, kiedy wroga piechota ruszy do ataku. Ale tu nie było warunków. Musieli odbyć drogę powrotną dokładnie w taki sam sposób, w jaki przyszli. Schielke przestał kontrolować czas. Właściwie to zupełnie zobojętniał. Brudny, spocony i pół żywy zorientował się, że zapada wieczór, dopiero gdy dotarli do stanowisk dowództwa grupy bojowej. Rita podbiegła natychmiast.
-To koniec! - szepnęła. - Zabili go.
-Kogo? - rzucił nieprzytomnie.
-Rozstrzelali Nadię!
-Co? - Nie mógł uwierzyć. - Rozstrzelali? Nie Sowieci, tylko nasi? Rozstrzelali?
-Tak jest - wycedziła przez zaciśnięte wargi. - W rzeczy samej. - Była skrajnie zdenerwowana.
-Niczego nie zrobiłaś?
-Niby co mogłam zrobić? Co ich obchodzi jakiś zafajdany oficer kripo? Żandarmi o mało i mnie nie pobili.
-Ale on miał papier...
-Pokazał ten wasz papier. Jaśnie pan major z żandarmerii podarł go na moich oczach, a jak zaczęłam straszyć Berlinem, to się śmiał i spytał, czy chcę stanąć pod murem obok za szpiegostwo na tyłach naszej grupy bojowej. Kazał mi pokazać rozkaz, który mi pozwala w ogóle tu być. Jeszcze moment i by go poniosło.
-A Watson?
Wzruszyła ramionami.
-Tak jak mu kazałeś, czekał przy samochodzie pancernym. Pewnie nic nie widział. A jak go zawołałam, wezwał twój oddział.
-Jak?
-Znalazł jakiś sposób. Jest, generalnie rzecz biorąc, dość sprytny. Ale co z tego?
Schielke spojrzał na Holmesa jakby w oczekiwaniu pomocy. Ten stał jednak, milcząc. Miał martwą, skupioną twarz, na której nie drgał żaden mięsień.
-Za co rozstrzelano Nadię? - spytał cicho.
-Za to, że prowadził dziennik. Zapisywał coś. Pamiętnik czy coś takiego.
-To jakaś bzdura?
-Nie. - Schielke zaprzeczył ruchem głowy. - To absolutnie zakazane w Wehrmachcie. Ale za to się przecież nie rozstrzeliwuje.
-Chyba że w karnej kompanii.
-Też nie. Konfiskata, kara...
-Mniejsza z tym - przerwał Holmes. - Skąd wiedzieli, że Nadia ma dziennik?
-Pojęcia nie mam. Jak tu doszliśmy, to od razu go zgarnęli i wyciągnęli zeszyt z plecaka. Major go przejrzał, wrzucił do ognia, a Nadię odprowadzili za winkiel i...
Holmes ledwie dostrzegalnie zacisnął usta. Milczał dłuższą chwilę, potem wziął Schielkego pod rękę i odciągnął na bok.
-Co czujesz?
-Wściekłość!
-Źle. Nie wolno ci działać pod wpływem emocji - spokojnie tłumaczył Holmes.
-Właśnie zabili nam jedynego świadka.
Holmes wyjął z kieszeni małe lusterko i podetknął Schielke- mu pod twarz.
-Co widzisz? - spytał sucho.
-Faceta z miną zbitego psa.
-Ja nie o tym. Czy widzisz aureolę?
-Słucham?
-Pytam, czy widzisz aureolę nad swoją głową. Jeśli nie, to znak, że nie potrafisz wskrzesić Nadii.
Schielke najpierw się szarpnął, potem jednak odetchnął głęboko. I jeszcze raz.
-Nie wolno ci działać pod wpływem emocji - powtarzał Holmes. - Pamiętaj, nie zemścisz się, nie jesteś silniejszy niż oni, nie jesteś bardziej sprytny. Przyjmij to do wiadomości.
Schielke po raz kolejny wziął głęboki oddech, desperacko usiłując się uspokoić.
-Spraw, żeby ten dupek popełnił jakiś błąd.
-Jak?
-Wymyśl. Tylko pamiętaj, bez cienia emocji - zamilkł na dłuższą chwilę, a potem spytał. - Już? Popatrz mi w oczy i odpowiedz. Już?
Czy Schielke był już spokojny? Nie miał zielonego pojęcia. W każdym razie skinął głową. Otarł pot z czoła, rozmazując błoto na twarzy. No i co teraz? Rozbeczy się, wołając pomocy? Powie, że tamci są szybsi, lepsi, genialnie zorganizowani? Czy też może zwyciężą inteligencja i zimna kalkulacja? Holmes wielokrotnie powtarzał: „Wszystko wokół to tylko teatr. Bądź więc dobrym aktorem i to wystarczy”.
-Sprowadź tu mój oddział.
Holmes zmarszczył brwi.
-Ale nie urządzimy żadnej strzelaniny, prawda?
-Oczywiście.
-To działaj.
Już po chwili Schielke na czele kilkunastu ludzi w panterkach podszedł do majora żandarmerii. Zasalutował i przedstawił się zgodnie z regulaminem.
-Co to za marionetki? - Major wskazał na żołnierzy z automatami. - Czy tak jak ta idiotka w umazanym błotem płaszczu zamierza mnie pan straszyć Berlinem?
Schielke wystudiowanym ruchem wytrzeszczył oczy.
-Panie majorze? Ja? Berlinem?
Tamten lekko się zdziwił.
-Jestem zwykłym prowincjonalnym oficerkiem daleko w zapomnianej Twierdzy Breslau. Jeśli mogę pana majora czymś postraszyć, to chyba tylko biadoleniem mojej starej mamusi.
Żandarm uśmiechnął się lekko. Patrzył jednak dziwnie. Z całą pewnością takich słów się nie spodziewał.
-A po co panu ci żołnierze?
-Ach, byłbym zapomniał. - Odwrócił się do swoich ludzi. - Tu wokół leżą skrawki podartego rozkazu. Pozbierajcie je szybko.
Major wyraźnie się zaciekawił.
-Po co?
Muszę mieć dowód dla mojego szefa. Przecież na słowo mi nie uwierzy, że ktoś podarł jego rozkaz. I to publicznie.
-A jednak chce mnie pan straszyć.
-Nie, panie majorze. To ja za to dostanę po łapach, a nie pan.
Znowu zdziwienie. Nie takiej rozmowy żandarm się spodziewał.
-Panie kapitanie. Czy wyjaśni mi pan, czemu zawdzięczam przyjemność rozmowy z panem?
-Oczywiście. Muszę zabrać zwłoki rozstrzelanego żołnierza i odesłać do Berlina.
-Zwłoki? Zaraz je zakopiemy.