Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Już nie.
-Aha.
Schielke zapalił papierosa. Na szczęście rannych i ciało odebrano już za najbliższym zakrętem, na punkcie przejściowym mogącym być inspiracją dla Goi. Demony wojny... Nie, tu już pozbawione energii ich strzępy, patrzące wielkimi, gorejącymi oczami na każdy nadjeżdżający samochód w oczekiwaniu zwiastowania.
Po chwili jechali coraz szybciej szeroką ulicą w kierunku centrum. Nie musieli omijać stert gruzów, budynki tutaj prawie nie były zniszczone. Ale nie było tu, jak jeszcze niedawno, żadnych łudzi. Miasto duchów, pustynia, na której łatwiej o oazę niż o żywą duszę. Dopiero po przekroczeniu fosy, tuż przy pomniku „Walka i Zwycięstwo” zobaczyli pierwszego człowieka. Czyścił wielką fontannę z brudów, które zostały po zimie. Ciekawe, czy wkraczających Rosjan powita tryskająca tu woda.
Schielke nachylił się do Holmesa.
-Czemu zaświeciły ci się oczy, kiedy Birk wspomniał o kanale pod pocztą?
Dłużewski spojrzał zdziwiony.
-A ty co? Nie zamierzasz skorzystać z okazji?
-Chcesz rabować pocztę? Kuć ściany, wysadzać stropy i sejfy?
Holmes patrzył z bezbrzeżnym zdziwieniem.
-Przecież nie jestem gangsterem. Nie znam się na tym.
-No to jak? Wejdziesz tam z karabinem maszynowym i wszystkich sterroryzujesz?
-Oglądasz za dużo amerykańskich filmów.
-No to oświeć mnie, mistrzu.
Holmes wzruszy! ramionami.
-Nie będę niczego kuł, ani do nikogo strzelał. Nie umiem. Wejdę, kiedy już poczta zostanie zburzona.
-Boże! A jak ją zamierzasz zburzyć?
-Normalnie. Zamówię nalot rosyjskich bombowców.
Schielke oniemiał. Długą chwilę nie potrafił wydusić słowa, więc jechali w milczeniu. Przynajmniej do chwili, kiedy znowu ich zatrzymano. Jakiś staruszek w mundurze służby cywilnej prosił o litość.
-Panowie żołnierze! Pomóżcie. - Pokazywał na spory tłum, który zebrał się pod szklaną, ciągle jeszcze całą ścianą wielkiego domu towarowego. - Oni chcą tu wszystko rozkraść.
-No to co?
-A ja mam tylko kilkunastu ludzi. Nie powstrzymam tłumu.
-To powieście kogoś dla przykładu - zażartował Schielke.
-Ja nie mogę. Ja nie mam prawa. Oni krzyczą, że niczego nie mają i że to wszystko się zmarnuje.
Holmes wysunął się z bocznego włazu.
-Rany boskie, dziadek, mnożysz trudności. Wpuść ich wszystkich, a za dwie minuty niech ktoś krzyknie, że w piwnicy jest ogromna bomba. Uciekną szybciej, niż się wdarli.
Stary zmarszczył czoło i potarł brodę.
-Jezu Chryste. Pan jest genialny!
-Do usług. - Holmes chciał już wreszcie jechać.
Schielke opadł na siedzenie samochodu. Napisał kilka słów na kartce, rozkaz dla Heiniego i dał staruszkowi, żeby wysłał kogoś do siedziby Abwehry z pilną wiadomością. Potem zwrócił się do Holmesa:
-Jak ty sobie to wyobrażasz? Mówię o poczcie.
-Gdzie widzisz trudności?
-Tak po prostu zamówisz u Stalina bombowce?
-Może nie bezpośrednio u Józefa Wissarionowicza. Pamiętasz, jak mówiłeś, że niedługo gestapo i kripo zostaną ewakuowane ze swoich siedzib?
-Tak. Przecież front południowy lada chwila oprze się o ostatni nasyp kolejowy z tej strony miasta. A stamtąd do ich kwater dwa kroki.
-Właśnie. Czy w chaosie przeprowadzki będziemy mieli jakieś trudności ze zdobyciem mnóstwa ich arcyciekawych akt? Mówię o gestapo.
-Absolutnie żadnych. Ja wiem, jak to przeprowadzić, a ty zbierzesz laury u swoich przełożonych. Generałem zostaniesz.
-Czego i sobie życzę - uśmiechnął się Holmes. Musiał się chwycić metalowej klamry, bo zarzuciło nimi, gdy skręcali na Freiheitsbriicke. - No więc nałgam dowództwu, że papiery są w gmachu poczty, ale żebym mógł tam wejść, to oni muszą ją wstępnie rozwalić, bo przecież sam kilofem nie będę tłukł.
-Wariat.
Skręcili znowu, tym razem na Uferzeile.
-Podsumowując: poczty już nie będzie, dowództwo dostanie tajne papiery referatu „Obce Armie Wschód”, ja zostanę generałem. A brylanty dzielimy fifty-fifty zgodnie z umową.
-Coś ty. Przecież to szaleństwo.
Watson skręcił w Wilhelmshafener Strasse. Tu na wschodzie miasta pierwsza, jeszcze bardzo delikatna i przejrzysta zieleń była już widoczna na niektórych drzewach. Mijali właśnie ogromne zoo. Holmes wyjął ze skrytki lornetkę.
-Ciekawe, czym teraz karmią egzotyczne zwierzęta?
-Pewnie niczym. Cholera ich wie.
-I co, przecież zwierzaki nie zdechną ot, tak sobie.
-Coś ty się zrobił takim miłośnikiem? Kogo to obchodzi?
-Same zwierzęta, które mają większy problem.
-Nie rozumiem? Jaki problem?
-Czy dozorcy mają dość pożywienia dla siebie. Żeby nie odwrócił się naturalny system karmienia w zoo.
-Aha, żeby ludzie nie zżarli swoich podopiecznych. Ale... podobno zupa z żółwia jest bardzo smaczna.
-A takie pekari to prawie jak wieprz, co?
Wjechali między otoczone drzewami wille. W wielu ogrodach pracowali już ludzie, porządkując je po zimie.
-Ty, patrz, jedziemy ulicami tego samego miasta z zachodu na wschód, a ja mam wrażenie, jakbyśmy się poruszali maszyną czasu.
Schielke skinął głową.
-Właśnie. Jakbyśmy minęli kilka epok.
Watson zaparkował na szerokim podjeździe przed dużą, parterową restauracją. Obolali po podróży tym niewygodnym, pancernym świństwem wychodzili na zewnątrz. Nikt nie otwierał drzwi, a w środku nie było szatniarza. Okrycia przyjmował od nich starszy, kulejący kelner.
-Młoda pani już czeka na panów. - Wskazał ręką kierunek. - Czy podać na początek coś do picia?
-Na początek jakąś zupę - mruknął Holmes. - Potwornie zgłodnieliśmy.
-Oczywiście, polecam specjalność szefa kuchni.
Nie słuchali go już. Rita podniosła się na ich widok, Schielke pocałował ją w policzek.
-Czy wiesz, co ten wariat wymyślił? Chce zburzyć Pocztę Główną.
-Wiesz, wcale mnie to nie dziwi. Burzenie najwspanialszych budowli w Breslau stało się ostatnio bardzo modne.
Rita bardzo chciała pojechać na front. Uparła się i nie mogli żadnym argumentem odwieść jej od tego zamiaru. Przyparta do muru oświadczyła, że rozbierze się do naga i pójdzie do gestapo, żeby oni ją podwieźli w sam środek walk. Zgodzili się, co było robić. Aczkolwiek wszystkich mężczyzn obecnych przy stole nurtowała jedna myśl. To, że pójdzie do gestapo, jakoś tam dałoby się racjonalnie wytłumaczyć. Ale dlaczego nago? „Rozmarzone zamyślenie” przerwał Heini, który wbiegł do restauracji, potrząsając trzymaną w ręku kartką.
-Panie kapitanie! - krzyczał. - Panie kapitanie!
-Tu jestem, chłopcze.
-Panie kapitanie. - Heini ledwie mógł złapać oddech. - Tego żołnierza, którego pan szuka, posłali do karnej kompanii!
-Jezus Maria! - Watson aż upuścił łyżkę, plamiąc czysty obrus.
Holmes odsunął od siebie naczynia.
-Jaka jest średnia przeżywalność w karnej kompanii?
Schielke wzruszył ramionami.
-Na froncie mniej niż trzy dni. A tutaj nie wiem. Zależy, gdzie go dali, do walki czy rozminowania.
-Dowiedziałeś się, gdzie go konkretnie skierowano? - spytał Watson.
Heini skinął głową.
-Na cmentarz.
-Jak na cmentarz? Już? Od razu?
-Nie, nie, nie... Oni tam walczą z Ruskimi. - Chłopak wyjął z kieszeni plan miasta i rozprostował w powietrzu. Najwyraźniej nie wiedział, czy może go rozłożyć na stole, na którym ciągle stały naczynia.
- O tutaj. - Jego palec błądził wokół cmentarza komunalnego i cmentarza włoskich żołnierzy. - Tak mi powiedzieli, że tutaj.
-No co się dziwicie, że na cmentarz? - mruknął Holmes. - Przecież to karna kompania. Po co mają nosić ich trupy gdzieś daleko.