Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Uczepiłeś się budynków. Chyba niepotrzebnie.
-Więc co? Pomniki?
-Ważniejsze zdemontowane. A co do pozostałych... Cholera wie, które spodobają się zdobywcom, a które nie.
Zamilkli na dłuższą chwilę. Problem ukrycia zdobytych brylantów był coraz bardziej palący. Gdzie w szturmowanym mieście znaleźć coś, co na pewno pozostanie nietknięte, nie zostanie zajęte, do czego po wojnie będą mieli łatwy i nieskrępowany dostęp. Zagadka. Dodatkowo jeszcze musi to być miejsce, które nie wzbudzi niczyich podejrzeń ani podczas ukrywania, ani podczas odzyskiwania rzeczy. Problem stawał się chyba nierozwiązywalny. A posiadanie bogactw przy sobie w trakcie zmiany wojsk równało się zawiązaniu sznura na szyi.
-Myślałem o szynach tramwajowych.
Schielkemu udało się zaskoczyć Holmesa, który zawołał z ciekawością w glosie:
-O szynach tramwajowych?
-Mhm. Przecież ich nie zdemontują. Takie cholerstwo ciężko wyrwać z bruku i ułożyć z powrotem.
A szyny kolejowe?
-Ciepło, ciepło. Pociągi przez Breslau nie jeżdżą i po wojnie nieprędko będą.
-O czym myślisz?
-O podkładach kolejowych.
Holmes aż poderwał się w fotelu.
-Podkłady! - syknął. - To jest to!
Faktycznie. Wystarczy wybrać kilka nietkniętych przez wojnę miejsc, nawiercić podkłady, ukryć w nich cienkie rury z brylantami i starannie zamaskować. Przecież nikt nie będzie kontrolował szyn podkład po podkładzie, szczególnie jeśli nie będzie minerskich podkopów. Genialne.
-To zaczynamy działać - oświadczył Holmes.
-Dobra. Zawiadomię Ritę i Watsona...
-Dieter... - Holmes zatrzymał Schielkego dosłownie w pół ruchu. - Chyba o czymś zapomniałeś.
-Niby o czym?
-Nasza umowa nie została zawarta pomiędzy Ritą i Watsonem, tylko pomiędzy tobą i mną - mówił bardzo stanowczo. - Co każdy z nas zrobi ze swoją połową łupu, to jego sprawa. Jak i z kim się podzieli, jego sprawa. Kogo weźmie do planu przetrwania, jego sprawa. Ale pamiętaj, umowa została zawarta wyłącznie pomiędzy tobą i mną.
-Rozumiem, Maciek. Przepraszam.
Zapadło milczenie, ale po chwili Holmes zdjął nagle słomkowy kapelusz i rzucił tak umiejętnie, że ten zawirował w powietrzu, zatoczył łuk i jak bumerang wrócił na kolana Dłużewskiego.
-No! Jeśli potrafisz to powtórzyć, ty tu rządzisz.
Schielkego podkusiło, aby podjąć wyzwanie. Chwycił kapelusz i rzucił. Szlag! Nakrycie głowy wylądowało jakieś piętnaście kroków dalej.
-No! - powtórzył Holmes z bardzo angielskim uśmiechem. - Nie podkręciłeś.
-Wiem. Wypadł mi z palców.
-No to będziesz się wkręcał w podkłady kolejowe. Ja skombinuję wiertło i rury.
Budynek rządowy o pięknie ukształtowanej, wygiętej zgodnie z kształtem brzegu Odry bryle, ciemniał na tle rozświetlonego łunami i księżycową poświatą nieba. W zamierzeniu całą swoją kubaturą oraz surowym, nowoczesnym wyglądem miał podkreślać majestat władzy, której był siedzibą, ale teraz wyglądał dość surrealistycznie. Po pierwsze, nie było już Śląska, którym można byłoby rządzić, a przynajmniej nie było już go w rękach niemieckich. Po drugie, rosyjskie bomby rozbiły górne piętra po prawej stronie, czyniąc zeń przedziwny konglomerat dwóch symboli. Po lewej dalej widać było niewzruszony monumentalizm władzy, a po prawej - pokaz jej błyskawicznego kruszenia. W ciemnościach nocy moloch wyglądał jednak mniej posępnie niż zniszczona dzielnica po drugiej stronie ulicy. Polakom przybył kolejny pusty plac do zagospodarowania w przyszłości.
-Jesteś pewien co do tego faceta? - spytał Schielke idącego obok Holmesa.
-Pół mojej siatki pracowało, żeby zdobyć ten namiar.
-Wiesz... Ta cholerna sprawa z dziełami sztuki zdaje się przybierać dla nas charakter osobisty.
Holmes uśmiechnął się lekko.
-Tak. Rzeszy już prawie nie ma, świat powoli się kończy, jesteśmy zabezpieczeni materialnie aż do śmierci, a ciągle tkwimy przy tym durnowatym śledztwie, które chyba nikogo już nie obchodzi.
-I którego nigdy nie dokończymy.
Holmes zatrzymał się gwałtownie.
-A tu się mylisz.
-Przecież wojna się kończy. Sam mówisz, że Rzeszy już nie będzie. Więc gdzie chcesz szukać bandytów?
Holmes wzruszył ramionami. Ruszył znowu. Tu, w cieniu drzew niewielkiego parku przy Holtei Hohe, mniej było czuć swąd spalonej dzielnicy.
-Widzisz, mamy nad nimi pewną przewagę. Niewielką może, ale nie do zbicia.
-Jaką przewagę?
-A taką, że w przeciwieństwie do nich my tu zostaniemy, kiedy już Breslau wymażą z mapy świata. A my, we Wrocławiu, będziemy mogli dalej śledzić losy tej sprawy.
-Na podstawie starych dokumentów, jeśli takie ocaleją. - Teraz Schielke wzruszył ramionami. - I co? Nawet jak dojdziemy sedna, to co? Wyciągniemy winowajców z lagrów i postawimy przed sowieckim sądem?
-Oni nie wyglądają na takich głupców, którzy dadzą się zamknąć w łagrach.
Szli dalej w milczeniu. Noc była ciepła i wyjątkowo spokojna. Żadnych bombowców nad miastem, żadnych poważniejszych kanonad z armatnich dział. Gdzieś z oddali pojedyncze serie cekaemów, czasem daleko, daleko jakaś flara na spadochronie. I kompletna pustka. Gdzieś tu, pod ziemią, tkwiły przecież tysiące ludzi. W dusznych, ciasnych i mrocznych wnętrzach rozlegały się ich szepty, odgłosy kaszlu, plącz dzieci, jęki rannych. Gdzieś. Daleko pod powierzchnią. Na poziomie ulicy nie słychać było niczego z podziemnego świata klaustrofobicznych ciemności. Nie było też zapachu potu i środków dezynfekcyjnych, fekaliów, karbidu i najgorszej woni - zapachu strachu. Lekki, chłodny wiatr pachniał jedynie czymś, co kojarzyło się z ogniskami w lecie, biwakami i wakacyjnymi obozami.
-Wiesz co?
Schielke spojrzał na przyjaciela zaskoczony.
-Nie może być tak, żeby Sherlock Holmes nie rozwiązał jakiejś sprawy.
Na szczęście nie musiał odpowiadać. Przed Neumarkt zatrzymał ich nocny patrol.
-Abwehra, sekcja specjalna - pokazali dokumenty. - Do dowódcy baterii.
Podoficer z patrolu obejrzał się przez ramię, jakby chciał upewnić się, czy działa wielkiego kalibru ciągle stoją na środku placu. Były na miejscu, co wyraźnie go uspokoiło.
-No to musicie panowie zejść do bunkra. - Ręką wskazał kierunek najbliższego wejścia, a właściwie olbrzymiego, wybrukowanego zjazdu do betonowych podziemi.
Skinęli głowami. Bez słowa przeszli pomiędzy ciemnymi bryłami potężnych dział. Następny patrol zatrzymał ich przed szerokim zjazdem prowadzącym do podziemia, a kolejny, właściwie już warta stacjonarna, tuż pod pancernymi drzwiami. Papiery Tietza jednak robiły wrażenie. Nikt po drodze nie zdobył się nawet na cień komentarza.
Wnętrze ogromnego bunkra też robiło wrażenie. Właściwie tonęło w mroku - nie sposób było przeliczyć choćby stojaków z artyleryjską amunicją. Słabe żarówki paliły się jedynie nad konsolami łączności i stołami, na których rozłożono mapy i tablice przeliczeniowe. Dwie ściany posmarowane fosforem mżyły w półmroku na zielono - gdyby wysiadł prąd, byłyby jedynym źródłem światła. W ich świetle upiorne wrażenie robiła zwykła brukowana ulica z idealnymi krawężnikami. Niby nic, tyle, że biegła głęboko pod ziemią i nikła gdzieś w mroku.
-Słucham panów? - Młody chorąży wyprężył się przed nimi na baczność.
-Musimy porozmawiać z dowódcą. - Znowu papiery poszły w ruch.
-Oczywiście, zawołam go. Tylko to może trochę potrwać. - Zrobił ręką ruch, jakby przykładał do ucha niewidzialną słuchawkę i pokazał palcem sufit. Obaj zrozumieli. Szef rozmawiał z wierchuszką.