Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Deana uśmiechała się pod ekchaarem, szeroko, jak nie uśmiechała się od wielu dni, wypełnionych próbami zapanowania nad chaosem w księstwie i opieką nad Laweneresem. A ponieważ trans khaan’s niesie własne dary, a jednym z nich jest najpełniejsze zrozumienie przeciwnika, była pewna, że starsza wojowniczka też się uśmiecha. Obie tego potrzebowały, jedna, by zapomnieć o kłopotach, druga, by przypomnieć sobie, jak to jest stanąć naprzeciw równorzędnego przeciwnika i udowodnić, także samej sobie, ile jest się wartą.
I obie pojęły w jednej chwili, że to Deana wygra ten pojedynek. Była dwukrotnie młodsza, szybsza i bardziej wytrzymała. No i była w ciąży w czasie, gdy jej ciało osiągnęło szczyt swoich możliwości, a doświadczenie starszej wojowniczki nie mogło tych przewag zrównoważyć. Za moment złamie obronę, a jej talhery posmakują krwi.
Wystarczy.
Przerwała atak w tej samej chwili, gdy jej przeciwniczka odskoczyła, trzymając włócznię w pozycji obronnej. Deana też cofnęła się dwa kroki i schowała szable do pochew. Przez uderzenie, może dwa uderzenia serca, nim trans zaczął ją opuszczać, rejestrowała wszystko ze zdwojoną uwagą, kolor kamyków na dziedzińcu, lazur wody w sadzawce, wyrażający więcej niż tysiąc słów podziw namacalnie wręcz promieniujący od Amwer córki Pawalli i Bahmeri s’Tallar.
Będą o tym opowiadać nawet za dwadzieścia lat.
— Wybacz moje słowa, mistrzyni. — Deana skłoniła głowę przed Rash y’Wannu. — Jesteś szkarłatną śmiercią wygrzewającą się na piasku.
Tamta zasalutowała jej krótko bronią, po czym odwróciła włócznię i wbiła ją energicznie w ziemię. Widać było, że ciężko oddycha, ale Deana wiedziała, że nadal się uśmiecha.
— Talhery cię kochają — wydyszała. — Minęło sporo czasu, odkąd ktoś zmusił mnie do takiej obrony.
Komplement wymagał grzecznej odpowiedzi.
— Minęło sporo czasu, odkąd nie potrafiłam złamać czyjejś obrony. Czy przyjmiesz moją propozycję? Zostaniesz strażniczką mego domu? I nauczycielką?
— Nauczycielką? — Rash zaśmiała się krótko, ostro. — Chcesz, bym cię czegoś uczyła? Ciebie?
Deana pokręciła głową.
— Nie mnie. Ale zapewniam, że znajdę ci wiele pilnych uczennic. Wam też — zwróciła się do pozostałej dwójki. — Jeśli tylko zawrzemy umowę.
Rozdział 13
Po kilku godzinach jazdy kazali zasłonić im oczy, co Kailean trochę rozbawiło. Janne, Lea i Daghena też uśmiechali się pod nosem, ale Laskolnyk warknął tylko krótko: „Spokój!” i pierwszy pozwolił założyć sobie opaskę. Powstrzymała się od wzruszenia ramionami, kha-dar miał rację, ostentacyjne okazywanie niefrasobliwości w takiej sytuacji mogło kogoś skłonić do zadawania głupich pytań.
Lepiej, żeby nikt, nawet potencjalni sojusznicy, nie wiedział, jakimi umiejętnościami dysponuje ich grupka.
Zanim zawiązano jej oczy, podeszła do swojego konia.
— Toryn, tylko bez gryzienia.
Ogier parsknął i potrząsnął łbem.
— Mówię poważnie, nie będę znów płaciła komuś za stracone palce.
Trzymający uzdę jej wierzchowca wojownik gwałtownie przesunął dłoń w dół.
— Lepiej nie szarp za mocno — wyjaśniła uprzejmym tonem. — Potrafi też kopać.
Mężczyzna – sądząc po twarzy, jeden z weteranów w oddziale niewolników, być może nawet były żołnierz – posłał jej krzywy uśmiech i wymamrotał coś o cholernych koniarzach.
— Umie też wyczuć, gdy ktoś go nie lubi — kontynuowała, kiedy podano jej kawałek materiału. — Poza tym to dobry koń, tylko charakter ma wredny.
Zawiązała sobie oczy. Jeden z niewolników sprawdził, czy dobrze, po czym na oślep wskoczyła na siodło. Usiadła wygodniej.
Berdeth pojawił się obok, wyraźnie zaciekawiony. Nawiązała kontakt i pozwoliła, by zalały ją obrazy widziane jego oczami.
Dziwnie było patrzeć na siebie samą. Nieduża dziewczyna o jasnych włosach zaplecionych w krótki warkocz, dosiadająca wielkiego ogiera; wyglądała na jego grzbiecie jak małe dziecko, które wdrapało się na konia swojego ojca. Kolczuga, ciemne spodnie – duch psa nie przekazywał jej kolorów tak, jak zapamiętała – szabla przy boku i sajdak z łukiem przy siodle. Kołczan po drugiej stronie pierzył się strzałami. Właściwie, uznała po chwili, nie wygląda źle. Poprawiła się na koniu, obserwując się oczami psa. Podniosła dłoń do czoła, odgarnęła włosy…
— Uwaga! W drogę!
Toryn ruszył stępa, dostosowując się do kroków przewodnika. Zgodnie z poleceniem nie próbował nikogo gryźć, choć jeśli podróż potrwa dłużej i zacznie się nudzić, w końcu pewnie będzie chciał wypróbować zęby.
A może i kopyta.
Zagłębili się w las. Kailean dorastała w Olekadach i dobrze pamiętała tamtejsze bory jodłowe i sosnowe, szpalery pni z przycupniętymi u ich stóp mchami, paprociami i kępami traw. Tutejsze lasy były inne, drzewa i krzewy rozrastały się dziko, szaleńczo, wolna przestrzeń pojawiała się tylko tam, gdzie popracowali ludzie z żelazem w ręku. Krzaki, pnącza i listowie, wyrastające, zdawałoby się, wprost z ziemi. Jeśli cały ten kraj wyglądał podobnie, nic dziwnego, że armia niewolników nie bała się kawalerii. Tutaj dziesięciu pieszych strzelców mogło zatrzymać chorągiew jazdy. I nic też dziwnego, że Kahel-saw-Kirhu, jeśli to on rzeczywiście dowodził tą armią, wybrał Wyżynę Halesyjską jako miejsce założenia obozu. Dla meekhańskiego piechura to były wymarzone warunki.
Tylko że nie da się wygrać powstania, siedząc tylko między wzgórzami i czekając na cud.
Wędrowali gęsiego, wąską przesieką wydartą dżungli. Zieleń otaczała ich zewsząd, choć przekazywana oczyma ducha psa wyglądała raczej na ścianę szarości, a tunel zdawał się nie mieć początku ani końca. W pewnej chwili Kailean poczuła się nawet, jakby połknął ją wielki wąż. Kilka razy zakręcali, kluczyli i zbaczali, nie przejmowała się tym jednak, Berdeth potrafiłby wskazać jej drogę powrotną nawet w nocy i w deszczu.