Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 210
Перейти на страницу:

De­ana uśmie­cha­ła się pod ek­cha­arem, sze­ro­ko, jak nie uśmie­cha­ła się od wie­lu dni, wy­peł­nio­nych pró­ba­mi za­pa­no­wa­nia nad cha­osem w księ­stwie i opie­ką nad La­we­ne­re­sem. A po­nie­waż trans kha­an’s nie­sie wła­sne dary, a jed­nym z nich jest naj­peł­niej­sze zro­zu­mie­nie prze­ciw­ni­ka, była pew­na, że star­sza wo­jow­nicz­ka też się uśmie­cha. Obie tego po­trze­bo­wa­ły, jed­na, by za­po­mnieć o kło­po­tach, dru­ga, by przy­po­mnieć so­bie, jak to jest sta­nąć na­prze­ciw rów­no­rzęd­ne­go prze­ciw­ni­ka i udo­wod­nić, tak­że sa­mej so­bie, ile jest się war­tą.

I obie po­ję­ły w jed­nej chwi­li, że to De­ana wy­gra ten po­je­dy­nek. Była dwu­krot­nie młod­sza, szyb­sza i bar­dziej wy­trzy­ma­ła. No i była w cią­ży w cza­sie, gdy jej cia­ło osią­gnę­ło szczyt swo­ich moż­li­wo­ści, a do­świad­cze­nie star­szej wo­jow­nicz­ki nie mo­gło tych prze­wag zrów­no­wa­żyć. Za mo­ment zła­mie obro­nę, a jej tal­he­ry po­sma­ku­ją krwi.

Wy­star­czy.

Prze­rwa­ła atak w tej sa­mej chwi­li, gdy jej prze­ciw­nicz­ka od­sko­czy­ła, trzy­ma­jąc włócz­nię w po­zy­cji obron­nej. De­ana też cof­nę­ła się dwa kro­ki i scho­wa­ła sza­ble do po­chew. Przez ude­rze­nie, może dwa ude­rze­nia ser­ca, nim trans za­czął ją opusz­czać, re­je­stro­wa­ła wszyst­ko ze zdwo­jo­ną uwa­gą, ko­lor ka­my­ków na dzie­dziń­cu, la­zur wody w sa­dzaw­ce, wy­ra­ża­ją­cy wię­cej niż ty­siąc słów po­dziw na­ma­cal­nie wręcz pro­mie­niu­ją­cy od Am­wer cór­ki Pa­wal­li i Bah­me­ri s’Tal­lar.

Będą o tym opo­wia­dać na­wet za dwa­dzie­ścia lat.

— Wy­bacz moje sło­wa, mi­strzy­ni. — De­ana skło­ni­ła gło­wę przed Rash y’Wan­nu. — Je­steś szkar­łat­ną śmier­cią wy­grze­wa­ją­cą się na pia­sku.

Tam­ta za­sa­lu­to­wa­ła jej krót­ko bro­nią, po czym od­wró­ci­ła włócz­nię i wbi­ła ją ener­gicz­nie w zie­mię. Wi­dać było, że cięż­ko od­dy­cha, ale De­ana wie­dzia­ła, że na­dal się uśmie­cha.

— Tal­he­ry cię ko­cha­ją — wy­dy­sza­ła. — Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od­kąd ktoś zmu­sił mnie do ta­kiej obro­ny.

Kom­ple­ment wy­ma­gał grzecz­nej od­po­wie­dzi.

— Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od­kąd nie po­tra­fi­łam zła­mać czy­jejś obro­ny. Czy przyj­miesz moją pro­po­zy­cję? Zo­sta­niesz straż­nicz­ką mego domu? I na­uczy­ciel­ką?

— Na­uczy­ciel­ką? — Rash za­śmia­ła się krót­ko, ostro. — Chcesz, bym cię cze­goś uczy­ła? Cie­bie?

De­ana po­krę­ci­ła gło­wą.

— Nie mnie. Ale za­pew­niam, że znaj­dę ci wie­le pil­nych uczen­nic. Wam też — zwró­ci­ła się do po­zo­sta­łej dwój­ki. — Je­śli tyl­ko za­wrze­my umo­wę.

Rozdział 13

Po kil­ku go­dzi­nach jaz­dy ka­za­li za­sło­nić im oczy, co Ka­ile­an tro­chę roz­ba­wi­ło. Jan­ne, Lea i Da­ghe­na też uśmie­cha­li się pod no­sem, ale La­skol­nyk wark­nął tyl­ko krót­ko: „Spo­kój!” i pierw­szy po­zwo­lił za­ło­żyć so­bie opa­skę. Po­wstrzy­ma­ła się od wzru­sze­nia ra­mio­na­mi, kha-dar miał ra­cję, osten­ta­cyj­ne oka­zy­wa­nie nie­fra­so­bli­wo­ści w ta­kiej sy­tu­acji mo­gło ko­goś skło­nić do za­da­wa­nia głu­pich py­tań.

Le­piej, żeby nikt, na­wet po­ten­cjal­ni so­jusz­ni­cy, nie wie­dział, ja­ki­mi umie­jęt­no­ścia­mi dys­po­nu­je ich grup­ka.

Za­nim za­wią­za­no jej oczy, po­de­szła do swo­je­go ko­nia.

— To­ryn, tyl­ko bez gry­zie­nia.

Ogier par­sk­nął i po­trzą­snął łbem.

— Mó­wię po­waż­nie, nie będę znów pła­ci­ła ko­muś za stra­co­ne pal­ce.

Trzy­ma­ją­cy uzdę jej wierz­chow­ca wo­jow­nik gwał­tow­nie prze­su­nął dłoń w dół.

— Le­piej nie szarp za moc­no — wy­ja­śni­ła uprzej­mym to­nem. — Po­tra­fi też ko­pać.

Męż­czy­zna – są­dząc po twa­rzy, je­den z we­te­ra­nów w od­dzia­le nie­wol­ni­ków, być może na­wet były żoł­nierz – po­słał jej krzy­wy uśmiech i wy­mam­ro­tał coś o cho­ler­nych ko­nia­rzach.

— Umie też wy­czuć, gdy ktoś go nie lubi — kon­ty­nu­owa­ła, kie­dy po­da­no jej ka­wa­łek ma­te­ria­łu. — Poza tym to do­bry koń, tyl­ko cha­rak­ter ma wred­ny.

Za­wią­za­ła so­bie oczy. Je­den z nie­wol­ni­ków spraw­dził, czy do­brze, po czym na oślep wsko­czy­ła na sio­dło. Usia­dła wy­god­niej.

Ber­deth po­ja­wił się obok, wy­raź­nie za­cie­ka­wio­ny. Na­wią­za­ła kon­takt i po­zwo­li­ła, by za­la­ły ją ob­ra­zy wi­dzia­ne jego ocza­mi.

Dziw­nie było pa­trzeć na sie­bie samą. Nie­du­ża dziew­czy­na o ja­snych wło­sach za­ple­cio­nych w krót­ki war­kocz, do­sia­da­ją­ca wiel­kie­go ogie­ra; wy­glą­da­ła na jego grzbie­cie jak małe dziec­ko, któ­re wdra­pa­ło się na ko­nia swo­je­go ojca. Kol­czu­ga, ciem­ne spodnie – duch psa nie prze­ka­zy­wał jej ko­lo­rów tak, jak za­pa­mię­ta­ła – sza­bla przy boku i saj­dak z łu­kiem przy sio­dle. Koł­czan po dru­giej stro­nie pie­rzył się strza­ła­mi. Wła­ści­wie, uzna­ła po chwi­li, nie wy­glą­da źle. Po­pra­wi­ła się na ko­niu, ob­ser­wu­jąc się ocza­mi psa. Pod­nio­sła dłoń do czo­ła, od­gar­nę­ła wło­sy…

— Uwa­ga! W dro­gę!

To­ryn ru­szył stę­pa, do­sto­so­wu­jąc się do kro­ków prze­wod­ni­ka. Zgod­nie z po­le­ce­niem nie pró­bo­wał ni­ko­go gryźć, choć je­śli po­dróż po­trwa dłu­żej i za­cznie się nu­dzić, w koń­cu pew­nie bę­dzie chciał wy­pró­bo­wać zęby.

A może i ko­py­ta.

Za­głę­bi­li się w las. Ka­ile­an do­ra­sta­ła w Ole­ka­dach i do­brze pa­mię­ta­ła tam­tej­sze bory jo­dło­we i so­sno­we, szpa­le­ry pni z przy­cup­nię­ty­mi u ich stóp mcha­mi, pa­pro­cia­mi i kę­pa­mi traw. Tu­tej­sze lasy były inne, drze­wa i krze­wy roz­ra­sta­ły się dzi­ko, sza­leń­czo, wol­na prze­strzeń po­ja­wia­ła się tyl­ko tam, gdzie po­pra­co­wa­li lu­dzie z że­la­zem w ręku. Krza­ki, pną­cza i li­sto­wie, wy­ra­sta­ją­ce, zda­wa­ło­by się, wprost z zie­mi. Je­śli cały ten kraj wy­glą­dał po­dob­nie, nic dziw­ne­go, że ar­mia nie­wol­ni­ków nie bała się ka­wa­le­rii. Tu­taj dzie­się­ciu pie­szych strzel­ców mo­gło za­trzy­mać cho­rą­giew jaz­dy. I nic też dziw­ne­go, że Ka­hel-saw-Kir­hu, je­śli to on rze­czy­wi­ście do­wo­dził tą ar­mią, wy­brał Wy­ży­nę Ha­le­syj­ską jako miej­sce za­ło­że­nia obo­zu. Dla me­ekhań­skie­go pie­chu­ra to były wy­ma­rzo­ne wa­run­ki.

Tyl­ko że nie da się wy­grać po­wsta­nia, sie­dząc tyl­ko mię­dzy wzgó­rza­mi i cze­ka­jąc na cud.

Wę­dro­wa­li gę­sie­go, wą­ską prze­sie­ką wy­dar­tą dżun­gli. Zie­leń ota­cza­ła ich ze­wsząd, choć prze­ka­zy­wa­na oczy­ma du­cha psa wy­glą­da­ła ra­czej na ścia­nę sza­ro­ści, a tu­nel zda­wał się nie mieć po­cząt­ku ani koń­ca. W pew­nej chwi­li Ka­ile­an po­czu­ła się na­wet, jak­by po­łknął ją wiel­ki wąż. Kil­ka razy za­krę­ca­li, klu­czy­li i zba­cza­li, nie przej­mo­wa­ła się tym jed­nak, Ber­deth po­tra­fił­by wska­zać jej dro­gę po­wrot­ną na­wet w nocy i w desz­czu.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)