Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Ach — powtórzył Gödel i uśmiechnął się szeroko, ukazując nierówne zęby. — Oczywiście.
Wstał niezgrabnie, obszedł biurko i wyciągnął rękę. Chwyciłem ją; była chuda, koścista i zimna.
— Miło mi — powiedział. — Spodziewam się, że przeprowadzimy wiele interesujących rozmów.
Mówił dobrze po angielsku, z lekkim niemieckim akcentem.
Wallis przejął inicjatywę i wskazał nam fotele przy oknie.
— Mam nadzieję, że znajdzie pan dla siebie miejsce w tym nowym wieku — powiedział do mnie szczerze Gödel. — Pewnie jest to świat trochę dzikszy od tego, który pan pamięta, ale być może tak jak ja, będzie pan tolerowany jako pożyteczny ekscentryk. Czyż nie?
Wallis wtrącił hałaśliwie:
— Niech pan da spokój, profesorze...
— Ekscentryk — warknął. — Ekkentros... Poza centrum. — Spojrzał na mnie. — Podejrzewam, że to właśnie tacy obaj jesteśmy. Trochę poza środkiem spraw. Słuchaj, Wallis, wiem, że wy, solidni Brytyjczycy, uważacie mnie za dziwaka.
— No cóż...
— Biedny Wallis nie może się przyzwyczaić do tego, że w nieskończoność przepisuję swoje notatki — powiedział do mnie Gödel. — Czasami robię to kilkanaście razy... a potem i tak w końcu wyrzucam swoją twórczość do kosza, tak jak pan to widział! Czyż to nie dziwne? No cóż. Niech tak będzie!
— Musi pan trochę żałować, że opuścił pan swój dom, profesorze — powiedziałem.
— Wcale nie. Musiałem uciec z Europy — odrzekł niskim, konspiracyjnym głosem.
— Dlaczego?
— Oczywiście z powodu kajzera.
Barnes Wallis rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
— Wie pan, mam dowody — powiedział z zapałem Gödel. — Proszę wziąć dwie fotografie, powiedzmy jedną z 1915 i jedną z bieżącego roku, człowieka, który podaje się za kajzera Wilhelma. Jeśli zmierzy pan długość nosa i weźmie jej stosunek do odległości od czubka nosa do skraju podbródka, stwierdzi pan, że jest inny!
— Ja... ach... na wielkiego Scotta!
— W rzeczy samej. I z takim substytutem kajzera przy sterze władzy, któż wie, dokąd zmierzają Niemcy?
— Właśnie — wtrącił pospiesznie Wallis. — W każdym razie bez względu na pańskie pobudki cieszymy się, że przyjął pan zaproponowaną przez nas profesurę w tym college’u, i że wybrał pan Brytanię na swój nowy dom.
— Tak — potwierdziłem. — Czy nie mógł pan znaleźć sobie miejsca w Ameryce? Może w Princeton lub...
Wyglądał na zszokowanego.
— Z pewnością mogłem. Ale to było całkowicie niemożliwe. Całkowicie.
— Dlaczego?
— Oczywiście z powodu konstytucji!
Po czym ten niezwykły człowiek wdał się w długi i obszerny wywód o tym, jak odkrył w amerykańskiej konstytucji lukę umożliwiającą legalne wprowadzenie dyktatury!
Wallis i ja siedzieliśmy w milczeniu i przetrwaliśmy to do końca.
— No i cóż pan o tym sądzi? — zapytał Gödel po wyłuszczeniu swojego wywodu.
Wallis rzucił mi kolejne srogie spojrzenie, ale postanowiłem dać szczerą odpowiedź.
— Nie mogę nic zarzucić logice pańskiego rozumowania — rzekłem — ale uważam jej zastosowanie za skrajnie dziwaczne.
Żachnął się.
— Cóż... być może! Ale tylko logika się liczy. Nie sądzi pan? W metodzie aksjomatycznej tkwi ogromna siła. — Uśmiechnął się. — Mam również ontologiczny dowód na istnienie Boga. Moim zdaniem jest niezbity i ma zaszczytnych poprzedników, których historia sięga osiem wieków wstecz, do czasów arcybiskupa Anzelma. Widzi pan...
— Może innym razem, profesorze — wtrącił Wallis.
— Ach tak. No dobrze. — Spojrzał po kolei na nas. Jego wzrok był przenikliwy, wręcz obezwładniający. — A więc porozmawiajmy o podróżowaniu w czasie. Naprawdę panu zazdroszczę.
— Podróżowania?
— Tak. Ale nie tego całego nużącego skakania po historii.
Miał załzawione oczy, które błyszczały w silnym świetle elektrycznym.
— A zatem czego?
— Oglądania innych światów, innych możliwości. Czy pan mnie rozumie?
Poczułem dreszcz. Zdolność pojmowania Gödela wydawała się nadzwyczajna, prawie telepatyczna.
— Proszę powiedzieć, co pan ma na myśli.
— Realność innych światów, które posiadają znaczenie wykraczające poza doświadczenie naszego krótkiego istnienia, jest dla mnie oczywista. Każdy, kto przeżył cud matematycznego odkrycia, musi wiedzieć, że prawdy matematyczne istnieją niezależnie od umysłów, w których tkwią, że te prawdy to okruchy myśli jakiegoś wyższego intelektu...
— Proszę posłuchać — ciągnął. — Nasze życie tutaj, na Ziemi, ma wątpliwe znaczenie. A zatem jego prawdziwy sens musi tkwić gdzieś poza tym światem. Rozumie pan? To zwykła logika. Koncepcja, że wszystko na świecie ma jakieś nadrzędne znaczenie, to dokładna analogia zasady, że wszystko ma przyczynę — zasady, na której opiera się cała nauka. Wynika z tego, że gdzieś poza naszą historią znajduje się ostateczny świat — świat, w którym wyjaśnione jest całe znaczenie.
— Już z samej swojej natury — mówił dalej — podróżowanie w czasie jest powodem zakłócenia historii, a przez to powstania lub odkrycia światów innych od naszego. Dlatego zadaniem Podróżnika w Czasie jest prowadzenie poszukiwań... nieustannych poszukiwań aż do chwili, gdy ostateczny świat zostanie znaleziony — lub zbudowany!
Po wyjściu od Gödela zagłębiłem się w myślach. Postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę drwił z matematykow-filozofów, gdyż ten dziwny człowieczek, nie opuszczając swojego biura, zawędrował dalej w czasie, przestrzeni i rozumieniu, niż mnie się to kiedykolwiek udało w moim wehikule czasu! I wiedziałem, że wkrótce znów będę musiał odwiedzić Gödela... gdyż byłem pewien, że w jego skrzyni dostrzegłem buteleczkę z plattnerytem.
11. NOWY PORZĄDEK ŚWIATA
Powróciłem do naszej kwatery około szóstej. Znalazłem resztę moich towarzyszy w palarni. Morlok nadal ślęczał nad swoimi notatkami — wydawało się, że próbuje odtworzyć tę przyszłą naukę, mechanikę kwantową, z własnej, niedoskonałej pamięci. Podskoczył, gdy wszedłem.
— Znalazłeś Gödela?
— Tak. — Uśmiechnąłem się do niego. — Miałeś rację. — Zerknąłem na Filby’ego, ale biedny staruszek drzemał nad czasopismem i nas nie słyszał. — Gödel chyba ma trochę plattnerytu.
— Ach. — Twarz Morloka była jak zwykle bez wyrazu, ale wykonał zdecydowanie ludzki gest — uderzył pięścią w dłoń. — A więc jest nadzieja.
Teraz podszedł do mnie Moses. Podał mi szklankę whisky z wodą. Wypiłem drinka z wdzięcznością, gdyż przez cały dzień było tak samo gorąco jak rano.
Moses przysunął się do mnie i pochylając ku sobie głowy, we trójkę zaczęliśmy cicho rozmawiać.
— Ja też doszedłem do pewnego wniosku — zaczął Moses.
— Jakiego?
— Że faktycznie musimy się stąd wydostać, obojętne jak!
Moses opowiedział mi, czego się dowiedział. Znudzony uwięzieniem, zagaił rozmowę z młodymi żołnierzami, którzy nas strzegli. Oprócz szeregowców znajdowało się tam kilku oficerów. Wszyscy żołnierze wyznaczeni do naszej ochrony i innych obowiązków na terenie tego miasteczka uniwersyteckiego byli na ogół inteligentni i starannie wykształceni. Polubili Mosesa i zaprosili go do pobliskiego zajazdu — Queen’s Arms na Queen’s Gate Mews — a potem pojechali rykszami do West Endu. Po kilku drinkach ci młodzi ludzie ochoczo zabrali się do przekonywania obcego przybysza z przeszłości do swoich idei i koncepcji ich nowego, nowoczesnego państwa.