Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 87
Перейти на страницу:

Nie słyszałem, aby kiedykolwiek wcześniej się to zdarzyło.

Miasteczko Mürren — wolne od samochodów, śmieci i zaległości w płaceniu rachunków — leży w cieniu trzech słynnych szczytów: Panny (Jungfrau), Mnicha (Mönch) i Ogra (Eiger). Jeżeli pasjonują was tego typu opowieści, być może zainteresuje was legenda, według której Mnich broni cnoty Panny przed zakusami Ogra — pełni tę funkcję z powodzeniem i najwyraźniej bez większego wysiłku od czasu oligocenu, kiedy niepowstrzymane procesy geologiczne wyszarpnęły te trzy masywy skalne z posad ziemi i wyniosły je w górę, powołując do istnienia.

Mürren to niewielkie miasteczko z bardzo małymi szansami na stanie się większym. Ponieważ można się do niego dostać tylko helikopterem lub kolejką linową, na górę dostarcza się jedynie ograniczoną ilość kiełbasek i piwa pozwalających zaspokoić głód i pragnienie mieszkańców oraz turystów. Mieszkańcy uważają ten stan rzeczy za korzystny. W Mürren znajdują się trzy duże hotele, z tuzin mniejszych pensjonatów oraz sto rozproszonych chałup i domków letniskowych; wszystkie mają przesadnie wysokie dachy dwuspadowe, za sprawą których każdy dom w Szwajcarii wygląda, jakby jego większa część została zakopana pod ziemią. Co, biorąc pod uwagę obsesję Szwajcarów na punkcie schronów przeciwatomowych, zapewne odpowiada prawdzie.

Mimo że miasteczko zostało zaprojektowane i zbudowane przez Anglika, kurort ten nie ma obecnie szczególnie angielskiego charakteru. W lecie pojawiają się tam Niemcy i Austriacy, aby pospacerować i pojeździć na rowerach; a w zimie przyjeżdżają na narty Włosi, Francuzi, Japończycy i Amerykanie — generalnie wszyscy, którzy porozumiewają się międzynarodowym językiem jaskrawokolorowych strojów sportowych.

Szwajcarzy przyjeżdżają przez cały rok, aby zarabiać pieniądze. Wszyscy wiedzą, że najwięcej pieniędzy zarabia się między listopadem a kwietniem w znajdujących się poza trasami narciarskimi sklepikach i obiektach bureau de change. Istnieje nadzieja, że w przyszłym roku — najwyższy czas! — zarabianie pieniędzy stanie się sportem olimpijskim. Szwajcarzy już zacierają ręce.

Jednak Francisco uznał Mürren za wyjątkowo atrakcyjny cel naszej pierwszej wycieczki szczególnie z jednego powodu. Wszyscy mamy lekką tremę, nawet Cyrus, a to przecież człowiek twardy jak skała. W związku z tym, że Mürren jest miejscowością małą, szwajcarską, praworządną i trudno dostępną, nie pracuje tam żaden policjant.

Nawet na pół etatu.

Bernhard i ja przyjechaliśmy dziś rano i zameldowaliśmy się w swoich pokojach; on w hotelu Jungfrau, ja w Eiger.

Dziewczyna w recepcji obejrzała dokładnie mój paszport, jakby po raz pierwszy widziała coś takiego, po czym przez następnych dwadzieścia minut wypytywała mnie o mnóstwo rzeczy, które szwajcarscy hotelarze chcą wiedzieć o swoich gościach, zanim pozwolą im się położyć do łóżka. Jeżeli dobrze pamiętam, zatkało mnie na chwilę przy pytaniu o drugie imię nauczyciela geografii, a już na — pewno zawahałem się przy kodzie pocztowym akuszerki, która asystowała przy porodzie mojej prababki. Poza tym śpiewająco odpowiedziałem na wszystkie pytania.

Rozpakowałem się i przebrałem w pomarańczowo-żółto-liliową wiatrówkę, bo właśnie w czymś takim należy chodzić w ośrodku narciarskim, jeżeli nie chce się rzucać w oczy, następnie wyszedłem wolnym krokiem z hotelu i ruszyłem w górę do miasteczka.

Było piękne popołudnie; takie, dzięki któremu człowiek uświadamia sobie, że Bóg potrafi czasami naprawdę dobrze poradzić sobie z pogodą i widokami. o tej porze dnia na oślich łączkach prawie nikt nie jeździł, mimo że jeszcze przez dobrą godzinę miały panować dobre warunki narciarskie. Później słońce chowało się za Schilthornem, a ludzie nagle przypominali sobie, że jest połowa grudnia, a oni znajdują się ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza.

Przez jakiś czas siedziałem przed barem i udawałem, że piszę pocztówki, od czasu do czasu rzucając okiem na stado niesamowicie młodych francuskich dzieci, które jeździły za instruktorką po stoku w krokodylim szyku. Każde z nich było mniej więcej rozmiaru gaśnicy, miało na sobie goretex i kaczy puch warty trzysta funtów. Ślizgały się i wiły za swoją amazonką, niektóre w pozycji wyprostowanej, inne zgięte wpół, a jeszcze inne były zbyt małe, aby dało się powiedzieć, czy są wyprostowane, czy zgięte wpół.

Zacząłem się zastanawiać, ile jeszcze czasu minie, zanim na stokach zaczną się pojawiać ciężarne matki, zjeżdżające na brzuchach, wykrzykujące polecenia techniczne i gwiżdżące Mozarta.

Tego dnia wieczorem Dirk Van Der Hoewe w towarzystwie szkockiej żony Rhony i dwóch nastoletnich córek przybył o ósmej do hotelu Edelweiss. Mieli za sobą długą — sześciogodzinną podróż. Dirk był zmęczony, rozdrażniony i tłusty.

W dzisiejszych czasach politycy zazwyczaj nie są tłuści — albo dlatego, że mają więcej pracy, albo dlatego, że wyborcy doszli do wniosku, iż wolą mieć możliwość zobaczenia obu stron wybieranej osoby bez konieczności przechylania się na boki — niemniej jednak Dirk wydawał się opierać temu trendowi. Stanowił fizyczną pamiątkę po ubiegłym wieku, kiedy polityką zajmowano się między drugą a czwartą po południu, przed wciśnięciem się w wymyślne spodnie i udaniem się na wieczór pikieta i foie gras. Miał na sobie dres i buty z futerkiem, wcale nie aż tak niecodzienny strój u Holendra, oraz parę okularów podskakujących na różowej tasiemce na piersiach.

Razem z Rhoną stali na środku holu i dyrygowali roznoszeniem wspaniałych bagaży z napisem Louis Vuitton, podczas gdy ich nachmurzone córki kopały w podłogę, pogrążając się w swoim pełnym złości, nastoletnim piekle.

Obserwowałem ich z baru. Bernhard obserwował ich zza stojaka na gazety.

Jutro przeprowadzimy próbę techniczną, oznajmił Francisco. Róbcie wszystko dwa razy wolniej, nawet cztery razy wolniej, ale jeżeli pojawi się jakiś problem albo cokolwiek, co może się nim stać, zatrzymajcie się i to sprawdźcie. Dzień później miała nastąpić próba ze strojami, w normalnym tempie z kijkiem narciarskim jako karabinem, ale dziś ograniczyliśmy się do próby technicznej.

W skład drużyny wchodziłem ja i Bernhard oraz Hugo i Latifa w odwodzie; mieliśmy nadzieję, że jej pomoc nie okaże się konieczna, ponieważ nie umiała jeździć na nartach. Podobnie jak Dirk — w Holandii znajduje się bardzo niewiele pagórków wyższych niż paczka papierosów — ale on zapłacił za swoje wakacje, umówił się z fotoreporterem, że ten uwieczni na zdjęciu zatroskanego męża stanu podczas wypoczynku, a w ogóle niech go piekło pochłonie, jeżeli przynajmniej nie spróbuje.

Obserwowaliśmy, jak Dirk i Rhona wypożyczają sprzęt, po czym, stękając, stąpają ciężko w butach narciarskich; obserwowaliśmy, jak mozolnie wspinają się pięćdziesiąt metrów w górę po oślej łączce, przystając co chwilę, aby podziwiać widok i pomajstrować przy sprzęcie; obserwowaliśmy, jak Rhona przygotowuje się do zjazdu, a Dirk znajduje sto pięćdziesiąt powodów, aby nigdzie się nie ruszać; po czym wreszcie, kiedy wszystko zaczęło nas swędzieć od stania w bezruchu i nicnierobienia przez tak długi czas, zobaczyliśmy jak holenderski wiceminister finansów, blady z przejęcia, ześlizguje się trzy metry w dół po stoku i siada.

Wymieniliśmy z Bernhardem spojrzenia. Pozwoliliśmy sobie na to po raz pierwszy od momentu przyjazdu. Musiałem się odwrócić, żeby podrapać się w kolano.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)