Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
— Odeszli razem z więźniami. Już wszystko zniszczyli i wzięli to, co chcieli.
Gnom patrzy na niego twardym spojrzeniem.
— Oni? A ty gdzie byłeś, chłopczyku, kiedy źli walczyli?
Learchos czuje, że to zdanie uderza go mocniej niż miecz. Ucieka spojrzeniem, przenosi wzrok na niezbyt odlegle od niego skały, wyblakłe od wiatru i dymu wulkanu.
— Byłem z nimi — szepcze.
To wyznanie kosztuje go więcej niż cały wstyd, jaki czuje, asystując przy każdej rzezi dokonanej przez jego ojca.
— Zostawiono cię tu, żebyś na nas czekał? Czego szukałeś?
— Niczego.
— Ido pochyla się ku niemu, nie przesuwając miecza. Learchos czuje teraz, jak jego oddech ogrzewa mu szyję.
— Nie opłaca ci się mnie oszukiwać. Nie zabiję cię, dopóki nie dowiem się tego, czego chcę, i gwarantuję ci, że mam swoje metody, aby zmusić cię do mówienia. Jeżeli dalej będziesz się opierał, zabiorę cię ze sobą i pożałujesz tego mojego momentu łaskawości, czy to jasne?
Learchos pozostaje obojętny. Już nie czuje strachu: to, co przed chwilę wyznał, pozwoliło mu przekroczyć barierę przerażenia.
— Patrzyłem na to, co zrobiłem. Szukałem jakichś pozostałych przy życiu.
— Nie opowiadaj mi bzdur — odpowiada sucho Ido.
— Byłem pewien, że mi nie uwierzysz, i wcale mi na tym nie zależy. To prawda.
Learchos czuje, że ta ostentacyjna pewność siebie wkrótce go opuści. Chce, żeby wszystko się skończyło, na zawsze i szybko.
— Uderz mnie — mówi z przekonaniem.
Naprawdę tego chce, czeka na ostateczne pchnięcie mieczem.
Ido stoi przed nim nieruchomo. Jest zdumiony, a mimo to nie traci czujności. Powoli jednak jego spojrzenie się zmienia. Dla niego ten chłopak nie jest już wrogiem. W końcu wzdycha, po czym opuszcza miecz wzdłuż boku.
— Idź sobie — mówi mu rozkazującym tonem.
Learchos patrzy na niego zdumiony.
— Mogę jeszcze zmienić zdanie, więc gdybym był w twojej sytuacji, natychmiast bym uciekł.
Młody książę pozostaje na swoim miejscu, z rękami na ziemi. Nagle nie chce odchodzić. Nie chce ocalenia, nie zasługuje na nie. Pochyła więc głowę i zaczyna płakać. Wytrzymał aż do tej chwili, ale teraz już nie może. Czuje się zagubiony i głupi.
Ido stoi nieruchomo, nie wie, co zrobić.
— Powiedziałem ci, że jesteś uratowany, nie każ mi tego powtarzać.
Learchos podnosi się, ociera łzy. Bezimienny lęk ściska go w piersi.
— Przepraszam. Za wszystko. — Jest w stanie powiedzieć tylko tyle.
Potem biegnie przez równinę. Mija swojego zabitego smoka leżącego pod łapami drugiego zwierzęcia. Biegnie, biegnie i chciałby zniknąć. Myśli tylko o tamtym mieczu wymierzonym w jego gardło i o owych słowach, które otworzyły drogę całemu temu bólowi.
„Byłem z nimi”.
Learchos wzdycha. To było przykre wspomnienie. Wielokrotnie wracał do niego myślą, ale nigdy nie sądził, że będzie mógł jeszcze zobaczyć Ida. Kiedy dowiedział się, że prawdopodobnie nie żyje, z jakiegoś dziwnego powodu zrobiło mu się przykro.
W końcu skierował się do stajni. Zastanawiał się, co jego ojciec ma zamiar zrobić z chłopcem, jakie inne okropieństwa kryje w sobie to zadanie, ale były to niepotrzebne pytania, które tylko przygniatały jego duszę. W końcu, mimo tego wszystkiego, co wiedział o Dohorze, nadal pozostawał głupim dzieciakiem, który pragnie sprawić ojcu przyjemność.
Pomyślał o Idzie, o długu, jaki miał wobec niego. Prawdopodobnie byłoby lepiej, gdyby gnom zabił go tamtego dnia pod Thalem, ale i tak był mu winien życie. A teraz rozkazali mu go zabić.
Wszedł do stajni z opuszczonym wzrokiem, zamknął na moment oczy i przygotował się do tego, co go czekało.
— Wyprowadź Xarona, mam misję — powiedział do stajennego.
22. Wioska
Pobyt u ludu Huve minął jak we śnie. Dubhe większość czasu spędziła w łóżku, ogarnięta straszliwym zmęczeniem. Nie mogła wstawać, rany szaleńczo ją bolały, ale to przede wszystkim znużenie psychiczne powstrzymywało ją od jakiejkolwiek reakcji. Myślała, że za tą wioską, za puszczą, którą mogła dostrzec z okien swojego pokoju, problemy, które podążały za nią do tej chwili, tylko czekają, aby doszła do siebie, chcąc ją znowu pochwycić. Kiedy już wyjdzie z tego chronionego obszaru, nic jej nie uratuje.
Przede wszystkim pozostawała niewiadoma sprawa eliksiru: Lonerin, aby wydrzeć ją śmierci, zużył całą zawartość buteleczki i nic więcej nie zostało. Dubhe czuła, że Bestia śpi lekkim snem: uwolnienie jej było ryzykowną decyzją, za którą wcześniej czy później będzie musiała drogo zapłacić. Teraz miała jedyną, słabą nadzieję: dotarcie do Sennara na czas, zanim to się stanie. Właśnie, Sennar… Kto mógł im zagwarantować, że jeszcze żyje i że uda im się go odnaleźć? A przy tym wszystkim, jak powinna się zachowywać wobec Lonerina? Umysł Dubhe był plątaniną tysięcy myśli i miała szczęście, że jej towarzysz w tych dniach był zajęty.
— Muszę nauczyć się sztuki medycznej tych ludzi, może wśród tutejszych roślin są jakieś, które mogłyby zmniejszyć skutki twojej klątwy — powiedział jej.
Od tamtej chwili był zawsze na dworze, nie wiadomo gdzie. Przychodził do niej dopiero wieczorem, z podkrążonymi oczami i często podrapanymi rękami. Lekki pocałunek w policzek, po którym wypytywał o jej stan zdrowia, skrupulatnie oglądając rany.
Ich związek zdawał się kręcić już wyłącznie wokół tego. Lonerin zachowywał się, jak gdyby miał na tym punkcie obsesję, a Dubhe jeszcze nie miała odwagi, żeby jasno postawić przed nim sprawę. Była przekonana, że wcześniej czy później będzie musiała stawić czoła tej konfrontacji. Na razie jednak nie czuła się na to gotowa.
I tak spędzała dni, wpatrując się w kwadrat okna, śledząc niebo, które z godziny na godzinę zmieniało kolory, i słuchając odgłosów puszczy. Z tego łóżka wszystko wydawało jej się odległe i mgliste.
Przez kilka dni jedynym, co łączyło ją z ludem Huve, była osoba kapłana, który ją leczył. Był to zaledwie chłopak, mieszały się w nim groteskowo cechy Elfów i gnomów: szpiczaste uszy odznaczały się na ogolonej głowie, a długa broda w głębokim, ciemnoniebieskim kolorze pozwalała domyślać się koloru jego włosów. Chodził z gołym torsem, a na jego piersi widniał czerwony tatuaż, który w sposób szczególny wyróżniał się na bladej skórze. Był to spory i skomplikowany rysunek Ojca Puszczy, przedstawionego w najdrobniejszych szczegółach. Spodnie, które nosił, miały dziwny krój i wydawały się uszyte z giemzy. Kapłan wchodził do pokoju w milczeniu i nigdy nie zwracał się do niej ani słowem. Nie patrzył jej nawet w oczy, ograniczając się do sprawdzenia stanu jej ran, nie pozwalając spojrzeniu błądzić gdzie indziej po ciele.
W jego obecności Dubhe czuła się zakłopotana. Z jednej strony znowu odnosiła wrażenie, że jest tylko przedmiotem do analizowania i manipulowania, tak jak zawsze, kiedy ją leczono lub kiedy jakiś kapłan sprawdzał stan jej klątwy. Z drugiej — niemożność porozmawiania z nim i podziękowania mu. Jego dłonie były naprawdę nadzwyczajne. Za każdym razem, kiedy dotykał jej rozcięć, recytował dziwne formuły, coś w rodzaju litanii w nieznanym języku, która jednak przynosiła jej natychmiastową ulgę. Z jego dłoni rozchodziło się lecznicze ciepło, a stan zdrowia dziewczyny poprawiał się w oczach. Skóra zabliźniała się, a tam, gdzie była uszkodzona i potłuczona, wracała jak nowa. To był cud. Dzięki okładom i masażom Dubhe z dnia na dzień czuła się lepiej, a nawet jej dłoń, którą z wielkiego bólu na początku nawet nie poruszała, powoli odzyskiwała swój pierwotny wygląd.