Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Dubhe przebrała się natychmiast i nagle poczuła się dobrze. Nie były to już szaty Zabójcy i nie były to także ubrania złodziejki. Były czymś odmiennym, nowym.
Jej wzrok padł na odzienie, które właśnie zdjęła. Wśród czerni skóry dostrzegła coś białego. Jej serce drgnęło. List Mistrza.
Wzięła go do ręki. Był wyblakły od tych wszystkie momentów, kiedy go czytała i głaskała.
Po raz kolejny rozłożyła go wzdłuż głębokich bruzd, które go rysowały, przesunęła palcami po atramencie, po zagięciach papieru. Ileż łez wylała nad nim przez cały ten czas.
Sądzę, że Cię kocham. Kocham ją przez Ciebie.
Słowa, które w swoim czasie rozpaliły jej serce miłością i bólem. Teraz rozumiała je do głębi, nagle wszystko stało się dla niej jasne. Zamknęła list i odłożyła go tam, gdzie był wcześniej, razem ze swoimi starymi ubraniami.
— Jesteś gotowa?
Dubhe odwróciła się w kierunku drzwi. Lonerin czekał na nią, też ubrany w stylu Huve. Miał koszulę taką jak ona, ale dekoracja na jego piersi przedstawiała olbrzymie drzewo pełne poskręcanych gałęzi i wielkich liści.
— Tak — przytaknęła, biorąc kij.
Kiedy wyruszyli w drogę, Lonerin poinformował ją o tym, co powinna wiedzieć przed wieczorem. Wytłumaczył jej, że wódz wioski to po prostu osoba wybrana przez wszystkich mieszkańców, aby kierować losami tej małej wspólnoty, i że chatka, do której zmierzali, była wybudowana wokół tutejszego Ojca Puszczy.
— Huve mają dwóch bogów: jednego dla Puszczy, Ojca Puszczy, i jednego dla zwierząt, Makhtahara, smoka lądowego. Tutaj mają szczególne szczęście, bo jest też smocze gniazdo.
— A ta kolacja? — spytała Dubhe.
— Wódz wioski chce z nami porozmawiać. Ze mną już miał okazję to zrobić i opowiedziałem mu naszą historię, ale oczywiście pragnie poznać też ciebie. Dlatego pozwala nam uczestniczyć w kolacji, jaką spożywają na cześć Ojca Puszczy co dwadzieścia osiem dni, przy pełni księżyca.
Dubhe lekko się zasępiła.
— Co mu o mnie powiedziałeś?
— Wie o twojej klątwie.
— A o mojej pracy?
Lonerin milczał przez kilka chwil.
— Wie, że ściga nas Gildia, ale nie wie, że jesteś złodziejką.
To jej się nie podobało. Wieczór zaczynał się pod złą gwiazdą.
Kiedy jednak weszli do wielkiej sali, wydawało się, że napięcie opada. Stał tam wielki stół wybudowany wokół monumentalnego pnia drzewa. Ojciec Puszczy był znacznie mniejszy niż tamten, którego napotkali jakiś czas wcześniej, ale należał do tego samego gatunku i promieniował takim samym tajemniczym i mistycznym czarem. Wydawało się, że to on oświetla całą salę.
Przy stole siedzieli praktycznie wszyscy mieszkańcy wioski, każdy w świątecznym ubraniu. Kobiety miały na sobie kolorowe, jaskrawe tuniki udekorowane geometrycznymi i abstrakcyjnymi wzorami, a mężczyźni nosili koszule przykrywające ich zazwyczaj nagie torsy, przyozdobione czerwonymi figurami o najprzeróżniejszych formach. Uczesania kobiet były szczególnie okazałe. Niektóre z nich poprzeplatały włosy kolorowymi wstążkami lub przykryły je turbanami wykonanymi z szerokich pasm dekorowanej tkaniny, inne miały skomplikowane fryzury ustrojone najprzeróżniejszymi ozdobami, od smoczych zębów po ptasie piórka. Słychać było lekki szmerek podekscytowania i wszystko — od zaproszonych po rozmieszczone w regularnych odstępach płonące pochodnie — nadawało temu miejscu świąteczny nastrój.
Dubhe i Lonerin usiedli koło wodza wioski. Nie był aż tak stary, jak dziewczyna sobie wyobrażała. Gęstą brodę miał splecioną w cienkie warkoczyki, a jego długie i lśniące włosy połyskiwały ciemnym jak noc granatem. Siedział na poduszce ze skrzyżowanymi nogami, jak wszyscy przy tym stole, i uśmiechnął się miło do swoich gości, kiedy tylko do niego podeszli.
Lonerin pozdrowił go, mówiąc w ich języku, a Dubhe tylko uśmiechnęła się zawstydzona.
Wódz popatrzył na nią życzliwie i głęboko.
— Nie martw się, już nie będę wymieniał z twoim przyjacielem słów w języku, którego nie rozumiesz.
Uśmiechnął się do niej. Wyrażał się poprawnie, z lekką cudzoziemską naleciałością, która nadawała jego mowie ton elegancji.
— Dziękuję wam niezmiernie za pomoc, jakiej nam udzieliliście — powiedziała z ulgą Dubhe.
— Krzyk Makhtahara poprowadził nas do was. Pokonaliście jego nieprzyjaciela, nie mogliśmy wam nie pomóc.
Najwyraźniej gnom mówił o Rekli.
Rozpoczęła się kolacja. Najpierw była modlitwa dziękczynna, którą Lonerin próbował jej z grubsza przetłumaczyć, a potem wszyscy zaczęli jeść. Okazja musiała być naprawdę wielka, sądząc po obfitości wszelkiego rodzaju dań. Przynajmniej jeden talerz każdej potrawy był składany u stóp Ojca Puszczy jako ofiara. Wódz zabawiał ich, objaśniając sens każdej rytualnej tradycji swojego ludu.
Był taktowny: żadnego pytania o nich, tylko spokojne opowiadanie o swoim ludzie i jego zwyczajach, i Dubhe powoli zaczęła przesiąkać atmosferą, która wydawała jej się prawie rodzinna. Gnom był uprzejmy, a ruchy, z jakimi Huve składali swoje ofiary, harmonijne i niezmienne od wieków, ich twarze zaś uśmiechnięte i gościnne.
Kolacja zakończyła się późną nocą przebłagalnym tańcem w pełni księżyca. Z oddali powietrze wypełniały ryki smoków.
— Słyszycie? Makhtahar nam odpowiada, uczestniczy w naszym śpiewie. To on podarował nam to cudowne miejsce i sprawia, że puszcza zawsze nas karmi i chroni przed Elfami.
Takie stwierdzenie dotyczące Elfów wydało się Dubhe dziwne. Zawsze myślała o nich jako o ludzie nastawionym pokojowo i nie mogła sobie wyobrazić, żeby mogły być w jakikolwiek sposób zagrożeniem dla tego spokojnego i hojnego plemienia. Nie skomentowała tego jednak i ograniczyła się do milczącego uczestnictwa w ceremonii.
Dopiero kiedy wszystko się skończyło, wódz przeszedł do konkretniejszych rozmów. Poprowadził ich do pokoju położonego nieco dalej w tej wielkiej chacie, usiadł przed nimi i kazał im się rozgościć.
— Wolałem zaczekać, aż poczujesz się dobrze, żeby z wami porozmawiać — zaczął, zwracając się do Dubhe. — Jesteście towarzyszami podróży, jak mi powiedział Lonerin, i dzielicie to samo przeznaczenie. Wiem zatem, co was tu sprowadziło, i wiem, jak wam pomóc.
Serce Dubhe zaczęło bić mocniej, ale zauważyła, że Lonerin nie był zaskoczony. Najwyraźniej coś wiedział.
— To Sennar nauczył was naszego języka, prawda? — spytał.
Wódz uśmiechnął się przyjaźnie.
— Pochodzimy ze Świata Wynurzonego, przenieśliśmy się stamtąd wieki temu, kiedy Elfy jeszcze nie zaludniły wybrzeża. Ale niewiele pamiętamy z waszego języka. Potem, prawie czterdzieści lat temu, przybył tu mężczyzna, którego szukacie.
Zarówno Lonerin, jak i Dubhe nadstawili uszu.
— Przez długi czas był moim bliskim przyjacielem, to od niego nauczyłem się waszego dialektu. Widywaliśmy się często, ale od kilku lat przestałem go odwiedzać.
Młodzi zesztywnieli.
— Zrozumiałem, że towarzystwo nie sprawia mu już przyjemności, że samotność jest jego jedynym pragnieniem. Od tego czasu kontaktujemy się wyłącznie listownie.
— Czyli jeszcze żyje? — przerwał mu Lonerin, oddychając z ulgą.
Wódz przytaknął.
— Nasza misja jest niezwykle ważna, już miałem okazję, żeby wam to wytłumaczyć. Odnalezienie Sennara jest dla nas nadzwyczaj istotne. Tu chodzi o ocalenie Świata Wynurzonego oraz o przeżycie mojej towarzyszki.