Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
— Nieprzyjaciel wykradł z rąk jednego z moich najlepszych Zwycięskich chłopca, którego potrzebowaliśmy.
Tak jak podejrzewałem, wiadomość zupełnie bez znaczenia — pomyślał król.
— To twoje problemy — odpowiedział. — Sam musisz rozwiązywać tego typu sprawy, wiesz o tym. Już i tak za bardzo ci pomogłem; przypominam ci również, że z twojej winy straciłem już smoka i jeźdźca.
— Tym nieprzyjacielem jest Ido.
Te słowa spowodowały, że w całej świątyni zapadła ciężka cisza. Dohor poczuł, jak jego serce się zatrzymuje. Już przynajmniej trzy lata nie słyszał tego imienia i szczerze mówiąc, miał nadzieję, że nigdy więcej go nie usłyszy.
— To niemożliwe — powiedział, starając się nadać tonowi swojego głosu naturalną barwę. — Trzy lata temu znaleziono w Krainie Słońca zwęglone resztki — był to z pewnością jego smok. Ido nie żyje.
— Gnom bez oka, z długą białą blizną przebiegającą przez całą lewą stronę twarzy. Zabił jednego z moich Zwycięskich, a drugiego pozostawił nieprzytomnego na granicy między Wielką Krainą a Krainą Ognia. To on opisał mi go tymi słowami, dodając, że była to osoba w podeszłym wieku, ale bardzo doświadczona w sztuce walki.
Dłonie Dohora zadrżały i nie był w stanie tego ukryć.
— Gdzie on jest? — Jego głos był przepełniony powstrzymywanym gniewem.
Yeshol potrząsnął głową.
— Tego dokładnie nie wiemy. Prawdopodobnie jeszcze w Krainie Ognia, liże sobie rany gdzieś w ukryciu. Z tego, co mi powiedział mój człowiek, nie był w dobrym stanie.
Te słowa rozbudziły w Dohorze dawne i irytujące wspomnienia. Ruch oporu w akwedukcie Krainy Ognia, ciągłe wypady Ida przeciwko jego ludziom, długa wojna i ostatnia bitwa w podziemnych kanałach. Stracił tam na dole z tysiąc ludzi, a to wszystko po to, żeby wykurzyć jakąś setkę rebeliantów.
— Akwedukt — powiedział ledwo słyszalnie.
— Tak właśnie sądzimy. Zdaje się, że nie jest całkiem zalany.
Dohor nie wiedział o tym. Kiedy kazał otworzyć śluzy, liczył po prostu na potęgę wody. Ale to nie wystarczyło.
— Ja się tym zajmę — powiedział szybko, podnosząc się.
— Nie wątpiłem w to. — Yeshol się uśmiechnął. — Kiedy tylko Sherva podał mi imię nieprzyjaciela, byłem pewien, że będziecie chcieli rozwiązać sprawę przy pomocy własnych ludzi.
Dohor przytaknął sucho.
— Możesz uważać go już za martwego. Wkrótce przyprowadzę ci chłopca.
Yeshol skłonił się.
— Zdaję się na was. Moja przyszłość jest w waszych rękach.
Kiedy Learchos wszedł do komnaty, jego ojciec, Dohor, już siedział na tronie i na niego czekał. Kazał go wezwać zaraz po powrocie. Learchos zauważył, że był w czarnym płaszczu, który wkładał tylko na ważniejsze podróże. Nie wiedział, jakie są jego zamiary, ale z pewnością chodziło o istotną sprawę. Kiedy dowiedział się, że został wezwany, przez kilka minut ociągał się, kontemplując swoje spojrzenie w lustrze wiszącym w jego pokoju.
Nie dało się ukryć, był niesamowicie podobny do swojego ojca. Te same włosy, tak jasne, że wydawały się białe, to samo spojrzenie. Tylko zieleń oczu wziął od swojej matki, Sulany. To zbyt mało, aby zaznaczyć różnicę między nim a rodzicem. Za kilka lat odziedziczy królestwo i będzie musiał dalej walczyć o sen, który do niego nie należał. Gdyby to zależało od niego, zrezygnowałby z dokonywania tych rzezi, ale nie mógł, takie było jego nieuniknione przeznaczenie.
Podszedł do tronu marszowym krokiem. W końcu był poddanym, nikim innym, tylko posłańcem śmierci swego ojca. Kiedy znalazł się przy nim, uklęknął. Zawsze tak między nimi było, ich stosunki były chłodne i formalne. Nigdy żadnego serdeczniejszego słowa czy uścisku. Teraz, jak się nad tym zastanowił, zdał sobie sprawę, że po raz ostatni dotknęli się za czasów jego dzieciństwa, kiedy w Makracie, w obecności świętującego ludu, król wziął go w ramiona i pokazał z radością poddanym. Potem już nic więcej.
— Podnieś się.
Learchos usłuchał, ale trzymał opuszczony wzrok. Nie lubił ojca oglądać.
— Mam dla ciebie misję. I spójrz na mnie, kiedy do ciebie mówię, jesteś dziedzicem tronu, a nie byle jakim chłopem.
Learchos zrobił to niechętnie — patrzenie w twarz ojca od dawna uważał za nieznośne. Czuł się wówczas tak, jak gdyby przeglądał się w lustrze, i nie mógł ścierpieć myśli, że jest do niego podobny. Jego oblicze zdobywcy, za którym kryła się wina za niezliczone żałoby i wojny, denerwowało go.
Król wytrzymał jego spojrzenie z chłodem.
— Nadal masz minę zbitego psa, która ci nie przystoi.
— Jestem tylko zmęczony, ojcze, nic więcej — skłamał chłopak.
Dohor mu nie uwierzył. W każdym razie Learchosa to nie obchodziło. Nic z tego, co robił, nigdy nie zadowalało ojca. Zawsze okazywał się poniżej jego oczekiwań, nic, tylko go zawodził.
— Ido nie zginął, przeżył i właśnie udaremnia nasze plany.
Learchos zesztywniał.
— Ma przy sobie chłopca wartego tyle złota, ile sam waży. Wiedzie go ze sobą do Krainy Wód, a tam prawdopodobnie znajdzie sposób, żeby go gdzieś ukryć. Misja, jaką ci powierzam, jest bardzo prosta: znajdź i zabij tego przeklętego gnoma, zabierz chłopca i przyprowadź mi go.
Learchos zacisnął pieści. To nie była misja, którą chciałby wypełnić, zresztą jak każda z tych, które zlecał mu ojciec. Przez kilka lat był zadowolony, że mu służy, i miał nadzieję, że wcześniej czy później uda mu się wywrzeć na nim wrażenie swoimi osiągnięciami i zdolnościami wojennymi. Potem zrozumiał, na czym opierała się władza Dohora, i jednocześnie zorientował się, że jest absolutnie niezdolny, aby zaspokoić jego żądania. Od tamtej pory każda misja była tylko kolejnym powodem upokorzenia i bólu. Ale było też coś innego. Król to zauważył.
— Masz mi coś do powiedzenia, synu?
— Ależ skąd, ojcze, wypełnianie waszych rozkazów jest przyjemnością.
Learchos znowu wbił wzrok w ziemię.
— Czy zrozumiałeś, dlaczego wysyłam właśnie ciebie?
Chłopak podniósł na niego oczy. Wydawało się, że siedzący na umieszczonym na podwyższeniu tronie Dohor dominuje nad nim swoją potężną posturą.
— Sądzę, że tak.
— Sposób, w jaki pozwoliłeś uciec Idowi w Krainie Ognia, był niegodny, to plama, której w żaden sposób nie można tolerować na osobie przyszłego króla. Oczekuję, że potraktujesz mojego najgorszego nieprzyjaciela tak, jak sobie zasłużył, czy to jasne? Chcę jego głowy podanej na srebrnej tacy. Od ciebie nie zadowolę się niczym mniejszym.
Learchos opuścił głowę na znak zgody. Nie było mowy o dyskutowaniu z rozkazami ojca, chociaż w większości przypadków nie podzielał jego poglądów.
— Czy szpiedzy wiedzą, gdzie on się znajduje?
— Niemal zabił jednego człowieka w Wielkiej Krainie, niedaleko granicy z Krainą Ognia. Wydaje się, że został ranny. Można przypuszczać, że obierze najkrótszą bezpośrednią drogę, aby dotrzeć do Krainy Wody. Najlepszym momentem, aby go pochwycić, będzie przeprawa przez pustynię. Tam będzie całkiem odsłonięty i bez żadnej możliwości znalezienia schronienia, aby się ukryć.
— Oczywiście — odpowiedział Learchos obojętnym głosem.
— Weźmiesz Xarona.
Learchos kiwnął głową. Przynajmniej będzie latał.
— Jeżeli to wszystko…
— Nie zawiedź mnie. — Spojrzenie króla stało się przenikliwe i złe. — Do tej pory dałeś mi niezliczoną ilość powodów, aby cię wydziedziczyć, ale niestety jesteś moim jedynym spadkobiercą. Nie zmuszaj mnie, abym zrobił to, czego nie chcę.