Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
- Автор: Троиси Личия
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Videograf II
- ISBN: 978-83-7183-583-4
- Переводчик: Zuzanna Umer
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:
Łzy zdusiły jej głos. Lonerin spróbował wziąć ją za rękę, ale ona ją wyrwała.
— Popełniasz błąd i krzywdzisz nie tylko mnie, robisz to przede wszystkim sobie samej — powiedział głosem, który wydawał się do niego nie należeć.
Następnie podniósł się, a ona odsunęła się na tyle, ile wystarczyło, żeby pozwolić mu otworzyć drzwi i odejść. Kiedy usłyszała, jak zamykają się znowu za jej plecami, rozszlochała się na dobre, wypłakując cały ból, jaki w niej pozostał.
23. Ostatnia podróż
Lonerin przemierzył most pędzony wściekłością. Czuł, że się dusi, szedł przez wioskę coraz szybszym krokiem, aż wreszcie zaczął biec. Świeże nocne powietrze chłostało jego rozpaloną twarz.
Dotarł do swojej kwatery, gwałtownie otworzył drzwi, po czym zatrzasnął je za sobą. Dopiero wtedy się zatrzymał. Ciszę wypełniał wyłącznie jego udręczony oddech. Stał i patrzył na zwyczajność swojego pokoju. Wytarta z jednej strony tunika z wydartymi kawałkami, których potrzebował do przemycia ran Dubhe. Zioła i buteleczki, których używał, żeby destylować dla niej eliksir, stojące porządnie na stoliku pod oknem. Łóżko ze starannie złożoną pościelą. Nagle ta scena wydała mu się nieznośnie niedorzeczna. Dlaczego wszystko było normalne, dlaczego w jego rzeczach nie było ani śladu tego, co się przed chwilą zdarzyło?
Poczuł, jak ślepa wściekłość uderza mu do głowy. Rzucił się do stołu i przewrócił go. Ampułki spadły i się potłukły, a zioła rozlały się na drewno pod jego stopami. Nie zwrócił na to uwagi, wziął z łóżka pościel i zrzucił na podłogę, cisnął o ścianę tym, co pozostało z jego koszuli. Krzyknął. Ciekawe, co pomyślą gnomy… Z pewnością się obudzą, ale nie dbał o to.
Upadł na kolana, blisko ławy, i zaczął okładać ją pięściami. Nie przerwał, dopóki nie poranił sobie rąk; wreszcie zatrzymał się. Złość wrzała w jego żyłach niczym trucizna, ale on doskonale wiedział, że nie wystarczyłoby mu nawet zniszczenie całego pokoju, żeby się lepiej poczuć. Fakt, że Dubhe już do niego nie należy, był prawdą straszliwą i nieuniknioną, której nikt nie mógł zmienić.
Ciche łzy zaczęły spływać mu po twarzy. Jak dawno już mu się to nie zdarzało…
Dzielni chłopcy nie płaczą. No już, Lonerinie, otrzyj sobie buzię.
Jego matka zawsze powtarzała mu to, kiedy był mały. To on musiał być mężczyzną w domu, skoro jego ojciec odszedł.
Nie rozumiał, dlaczego te wspomnienia wróciły do niego akurat teraz.
Podniósł dłonie do twarzy i zaczął szlochać, jak chwilę wcześniej Dubhe. Przez moment znowu ją zobaczył skuloną na ziemi, przy drzwiach, po tym, jak siłą zmusił ją do pocałunku. Nie czuł się winny temu, co zrobił, nie potrafił, jej odrzucenie zacierało wszelkie ślady zrozumienia. A jednak było mu źle, łzy przeciekały mu przez złączone palce, a czerwone oczy piekły od płaczu.
Nie było tak, jak mówiła. Nie było tak i już. Gildia nie miała z tym nic wspólnego. On ją kochał. On ją ocali. Kiedy był dzieckiem, Czarny Bóg dał mu życie w zamian za życie jego matki, a on nie mógł nic zrobić. Tym razem będzie inaczej. A jednak, mimo jego zaangażowania i oddania, Dubhe wciąż odrzucała jego miłość i upierała się, aby dalej rozkoszować się tym niedorzecznym bólem z przeszłości.
Lonerin był zdruzgotany. Chciałby, żeby Dubhe była przy nim, pragnął kontaktu fizycznego z nią bardziej niż czegokolwiek innego. Chciał się poczuć tak jak dawniej, gdy jego matka sprawdzała mu gorączkę albo kiedy przygarniała go po tym, gdy jako mały chłopiec gubił się na targu w kolorowym zgiełku kupców. Było tak samo. To samo wrażenie błogości i szczęścia.
Rozkoszował się tymi strzępkami wspomnień do końca, całkiem pogrążając się w melancholii i samotności, chociaż wiedział, że łatwo może zgubić drogę powrotną.
Miał jeszcze nadzieję, że Dubhe przyjdzie. Prawie ją widział, jak otwiera drzwi i biegnie ku niemu z oczami spuchniętymi od płaczu. Powie mu, że się pomyliła i wszystko będzie jak dawniej.
Czekał skulony w tej samej pozycji przez całą noc, ale nikt nie przyszedł.
Obudził go gnom, który zazwyczaj przynosił mu rano śniadanie. Lonerin usłyszał, jak puka do drzwi. Nawet się nie zorientował, że jest już dzień. Noc była niewyraźną magmą, w której nie istniały godziny, a czas zatrzymał się na wiecznej, lepkiej teraźniejszości.
— Proszę!
Gnom wszedł ostrożnie. Lonerin słyszał odgłos jego uważnych kroków miażdżących odłamki szkła, jakie pozostały na podłodze. Podniósł głowę i zobaczył, jak stoi nieruchomo na środku pokoju z tacą w rękach, jak gdyby przyłapano go na gorącym uczynku. Miał spojrzenie pełne obawy, najwyraźniej Lonerin musiał wyglądać strasznie, ale chłopak nie przejął się tym. Nastała chwila milczenia, po czym gnom zaryzykował zadanie kilku pytań dotyczących jego stanu zdrowia.
— Sa makhtar ani — odpowiedział Lonerin, uśmiechając się słabo. Wszystko dobrze, chociaż ani on, ani gnom nie wierzyli w to naprawdę. — Nar kathar — dodał.
Nie chciał jedzenia. Gnom ograniczył się do postawienia posiłku na podłodze, po czym szybko zniknął za drzwiami. Lonerin chciał go zapytać, gdzie jest Dubhe, ale nie zdążył. Zresztą jedyne, co się liczyło, to fakt, że nie przyszła. Prawdopodobnie nawet słyszała, jak krzyczał, i świadomie odwróciła się do niego plecami. Podwójna zdrada.
Popatrzył na dymiące miski i poczuł, jak kurczy mu się żołądek. Omiótł pokój spojrzeniem. Bałagan był straszliwy, a leżący na ziemi stół miał ułamaną nogę. Było mu wstyd za siebie. Widok efektów wczorajszego wybuchu gniewu sprawił nagle, że poczuł się zażenowany i stwierdził, że musi stąd wyjść.
Na zewnątrz było nadzwyczaj ciemno. Niebo było ponure i gęste; smoki pod skałą milczały w swoich pieczarach. Kilka błyskawic przecięło dolinę, po czym rzęsisty i zarazem łagodzący deszcz zaczął obmywać ziemię. Jak wtedy na początku podróży, w lesie. To było silniejsze od niego: przy tej myśli jego spojrzenie automatycznie padło na chatkę Dubhe, ledwo dostrzegalną w oddali.
Powinienem zobaczyć, jak się czuje, podleczyć jej rany, sprawdzić, czy wzięła eliksir.
Zamknął oczy i jego stopy ruszyły same.
Wioska zdawała się pusta. Drewniane mosty były śliskie od wody. Przeszedł przez kilka z nich, zszedł na niższy poziom, potem znowu wszedł wyżej. Serce zaczęło bić mu szybciej, kiedy tylko chatka Dubhe znalazła się w zasięgu jego wzroku. Wyobraził sobie, że dziewczyna jeszcze siedzi z plecami opartymi o drzwi.
Zatrzymał się. Ciemne drewno zmoczonej deszczem konstrukcji stało się prawie czarne. Popatrzył na drzwi i okna. Zaryglowane. Nie mógł iść dalej. Stał tam jak skamieniały z już przemoczonymi włosami.
W ułamku sekundy pojął, że powiedziała mu prawdę. Nie kochała go. Nigdy go nie pokocha. Minęło zaledwie kilka godzin, a jego złudzenia spływały teraz razem z deszczem. Usiadł pod jakimś daszkiem, nie miał już siły, żeby do niej iść ani żeby wracać do swojego pokoju. Siedział i patrzył na padający deszcz, a ubrania kleiły mu się do skóry.
Trzy następne dni Dubhe spędziła zamknięta w swojej chatce. Była zmęczona, a w każdym razie nie miała najmniejszej ochoty, żeby znowu wychodzić. Na zewnątrz przebywał Lonerin i była pewna, że nie jest w stanie znieść jego spojrzenia.
Nigdy by nie uwierzyła, że powiedzenie mu „nie”, odpędzenie go, będzie takie bolesne. Ta pełna i bezlitosna świadomość, że skrzywdziła osobę, która uratowała jej życie, niszczyła ją. Czuła się tak, jak na początku podróży, tak, jak gdyby cofnęła się w czasie. Znów była naznaczona, a jej przeznaczenie ścigało ją, zmuszając do uderzania i ranienia, nawet kiedy nie chciała, jak gdyby śmierć i ból były jedynym, co jej pisane.