Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Toż każdy odonianin jest już i tak przeświadczony, że jesteśmy zgrają wyzyskiwanych niewolników na pensji, więc co za różnica, jeśli zobaczy coś, co go w tym przekonaniu utwierdzi?
— Nie dbam o to, co on zobaczy. Nie chcemy, by jego widziano. Nie czytałeś brukowców? Albo ulotek, które w zeszłym tygodniu krążyły po Starym Mieście, zapowiadających przybycie „Zwiastuna”? Tego z mitu, który przychodzi przed nowym millennium. „Obcy, wyrzutek, wygnaniec, przynoszący w pustych rękach nadchodzący czas”. Cytują to. Motłoch wpadł w jeden z tych swoich pieprzonych apokaliptycznych nastrojów. Wypatruje przewodnika. Katalizatora. Przebąkuje o strajku generalnym. Nigdy się niczego nie nauczą. Mimo to trzeba im dać nauczkę. Wyślemy to przeklęte buntownicze bydło na wojnę z Thu, to jedyny pożytek, jaki możemy z nich mieć.
Żaden z mężczyzn nie odezwał się już podczas jazdy.
Nocny stróż w Domu Starszych Wykładowców pomógł im zataszczyć Szeveka do pokoju. Położyli go na łóżku. Z miejsca zaczął chrapać.
Oiie został przy nim chwilę, ściągnął mu buty i okrył go kocem.
Oddech pijanego cuchnął; Oiie cofnął się od łóżka, strach przed Szevekiem i miłość, którą do niego czuł, ścierały się ze sobą.
Zmarszczył się i burknął:
— Śmierdzący dureń.
Zgasił światło i wyszedł do drugiego pokoju. Pae stał przy biurku i przeglądał papiery Szeveka.
— Zostaw to — mruknął Oiie, na jego twarzy odbiła się jeszcze silniejsza odraza. — Chodźmy już. Jest druga nad ranem. Padam z nóg.
— Czym ten gnojek się zajmował, Demaere? Tutaj wciąż nic nie ma, absolutnie nic. Czyżby to był kuty na cztery nogi oszust?
Czyżbyśmy zostali nabici w butelkę przez zasranego naiwnego wieśniaka z Utopii? Gdzie ta jego teoria? Co z naszymi przeskokowymi podróżami kosmicznymi? Co z naszą przewagą nad Hainami? Od dziewięciu czy dziesięciu miesięcy karmimy skurczybyka i nic z tego nie mamy!
Wsunął jednak do kieszeni jedną z kartek, nim ruszył za Oiiem do drzwi.
Rozdział ósmy
Anarres
Siedzieli w sześcioro na terenach sportowych Parku Północnego w Abbenay, w złocistościach, upale i kurzu długiego wieczoru.
Wszyscy przyjemnie syci — obiad, zabawa uliczna i uczta przy ogniskach trwały bowiem przez całe niemal popołudnie. Było święto połowy lata. Dzień Insurekcji, upamiętniający pierwsze wielkie powstanie w Nio Esseii w roku urrasyjskim 740, przed dwustu blisko laty. Tego dnia kucharze i pracownicy stołówek podejmowani byli z honorami jako goście pozostałej części wspólnoty, bowiem to cech kucharzy i kelnerów rozpoczął strajk, który rozwinął się następnie w powstanie. Wiele było takich tradycyjnych obchodów i świąt na Anarres, niektóre wprowadzili osadnicy, inne — jak dożynki i Święto Letniego Przesilenia — zrodziły się spontanicznie z rytmu życia na planecie oraz potrzeby tych, którzy razem pracowali i razem pragnęli świętować.
Prowadzili bezładne rozmowy — wszyscy z wyjątkiem Takver, która tańczyła całymi godzinami, pochłonęła stosy smażonego chleba i pikli i była niezwykle ożywiona.
— Dlaczego Kvigot dostał skierowanie do zakładów rybnych nad Morzem Kerańskim, gdzie będzie musiał zaczynać wszystko od początku, a Turib przejmuje jego program badawczy tu na miejscu? — pytała. Jej syndykat naukowy został włączony do przedsięwzięcia kierowanego bezpośrednio przez KPR, i Takver stała się od tamtej pory zagorzałą zwolenniczką niektórych poglądów Bedapa. — Bo Kvigot jest dobrym biologiem, który nie zgadza się ze spierniczałymi teoriami Simasa, a Turib zerem i włazi Simasowi w tyłek. Zobaczycie, kto zostanie kierownikiem programu paodejściu Simasa. Turib, idę o zakład!
— Co to wyrażenie oznacza? — zapytał ktoś, kto nie czuł powoni do krytyki społecznej.
Bedap, któremu rósł już brzuch i dlatego podchodził poważnie do ćwiczeń fizycznych, truchtał gorliwie dokoła boiska. Pozostali siedzieli na pylistym stoku pod drzewami, oddając się ustnym ćwiczeniom.
— To słowo ajońskie — wyjaśnił Szevek. — Oznacza urrasyjską grę w prawdopodobieństwa. Ten, kto odgadnie właściwie, dostaje własność drugiego.
Już dawno przestał przestrzegać zakazu Sabula, żeby nie wspominał o nauce ajońskiego.
— W jaki sposób podobne słowa dostały się do prawiekiego?
— Osadnicy — odpowiedział ktoś. — Prawiekiego uczyli się już jako dorośli; jeszcze przez długi czas musieli myśleć w starym języku. Czytałem gdzieś, że słowa „cholerny” nie ma w słowniku języka prawiekiego — ono również pochodzi z ajońskiego. Farigv, tworząc język, nie przewidział przekleństw, jeśli nawet tak, komputery nie uznały ich za niezbędne.
— Cóż więc znaczy powiedzenie „idź do diabla”? — zapytała Takver. — Sądziłam, że znaczy ono gnojówka w miasteczku, w którym się wychowałam. Idź do diabła! — a więc w miejsce najobrzydliwsze.
Desar, matematyk, który miał już etat w Instytucie i włóczył się stale za Szevekiem, choć rzadko odzywał się do Takver, stwierdził z właściwym sobie lakonizmem:
— Urras.
— Na Urras oznacza to miejsce, dokąd idziesz, gdy zostałeś potępiony.
— Czyli skierowanie w lecie na Południowy Zachód — rzekł Terrus, ekolog, stary przyjaciel Takver.
— W ajońskim to wyrażenie należy do trybu religijnego.
— Wiem, że musisz czytać po ajońsku, Szev, ale czy musisz też czytywać teksty religijne?
— Pewna część starożytnej fizyki Urrasyjczyków utrzymana jest w całości w trybie religijnym. Pojęcia takie na przykład jak to o którym mówimy. „Do diabła” znaczy „do piekła” — czyli do miejsca absolutnego zła.
— Skład obornika w Dolinie Krążystej — stwierdziła Takver. — Tak też myślałam.
Przytruchtał zakurzony na biało, ociekający potem Bedap.
Zwalił się ciężko obok Szeveka i dyszał jak miech.
— Powiedz coś po ajońsku — poprosiła Richat, studentka Szeveka. — Jak to brzmi?
— No wiesz: idź do diabła! Cholera!
— Ale przestań mnie przeklinać — roześmiała się — i powiedz jakieś całe zdanie.
Szevek dobrodusznie spełnił jej prośbę.
— Prawdę mówiąc, nie wiem, jak to się wymawia — dodał. — Po prostu zgaduję.
— Co to znaczyło?
— Jeśli upływ czasu jest właściwością ludzkiej świadomości, przeszłość i przyszłość są funkcjami umysłu. Keremcho, prekursor teorii następstw.
— Pomyśleć, jakie to dziwne; ludzie mówią, a ty ich nie rozumiesz!
— Oni nie rozumieją się nawet między sobą. Mówią w stu różnych językach, ci zwariowani władycy na Księżycu…
— Wody, wody — wychrypiał zdyszany Bedap.
— Nie ma wody — przypomniał mu Terrus. — Od osiemnastu dekad nie padało. Mówiąc dokładniej, od stu osiemdziesięciu trzech dni. Najdłuższa susza w Abbenay od czterdziestu lat.
— Jeśli tak dalej pójdzie, przyjdzie nam wprowadzać do obiegu wtórnego urynę, jak to praktykowano w dwudziestym roku. Może szklaneczkę siuśków, Szev?
— Nie żartuj — burknął Terrus. — Stąpamy po ostrzu noża. Popada czy nie popada? Już wiadomo, że ze zbiorów liści na Południowym Wschodzie będą nici. Nie spadła tam od trzydziestu dekad ani kropla deszczu.
Popatrzyli w zamglone, złociste niebo. Ząbkowane liście drzewa, pod którymi siedzieli — z gatunku wysokich egzotycznych drzew, sprowadzonych ze Starego Świata — zwisały z gałęzi pokryte kurzem, wyschnięte na wiór.
— Nigdy więcej Wielkiej Suszy — oznajmił Desar. — Nowoczesne zakłady odsalania. Remedium.
— Istotnie, mogą pomóc złagodzić jej skutki — zgodził się Terrus.