Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Teatralnym gestem machnął paczką cygar w stronę D’rega, który stał obok namiotu. Ten wzruszył ramionami.
Ognisko było już tylko kupką szarości, ale Vimes rozgrzebał ją w próżnej nadziei znalezienia odrobiny żaru.
Uświadomił sobie, jak bardzo jest zły. Ahmed był kluczem, wiedział o tym. A teraz utknęli na pustyni, Ahmed zniknął, a oni wpadli w ręce… spokojnych i sympatycznych ludzi, trzeba przyznać. To rabusie, być może, lądowy odpowiednik piratów, ale Marchewa z pewnością by powiedział, że jednak są całkiem porządnymi facetami. Jeśli komuś odpowiadała ich gościnność, okazywali się mili jak zapiekanka albo baranie oko z melasą czy co jeszcze się tu podaje…
Coś poruszyło się w ciemności. Po zboczu wydmy zsunął się cień.
Coś zawyło na okrytej nocą pustyni.
Krótkie włoski zjeżyły się Vimesowi na karku, tak jak jeżyły się jego dalekim przodkom.
Noc zawsze jest stara. Zbyt często chodził ciemnymi ulicami w tych tajemniczych godzinach; czuł wtedy, jak noc się rozciąga, i wiedział w głębi duszy, że wprawdzie dni, królowie i imperia przychodzą i odchodzą, noc zawsze jest w tym samym wieku, zawsze sięgającym eonów. W aksamitnych mrokach rodziła się groza i choć zmieniała się natura szponu, natura bestii pozostawała bez zmian.
Wstał cicho i sięgnął po miecz.
Nie było go.
Zabrali mu. Nawet nie…
— Piękna noc — usłyszał głos z boku.
Jabbar stanął u jego ramienia.
— Kto tam jest? — syknął Vimes.
— Wróg.
— Który?
W mroku błysnęły zęby.
— Tego się dowiemy, offendi.
— Dlaczego chcą nas atakować?
— Może oni sądzą, że mamy coś, na czym im zależy.
Więcej cieni prześliznęło się po piasku.
A jeden wyrósł tuż za Jabbarem, schylił się i podniósł go do góry. Wielka szara dłoń ściągnęła mu z pasa miecz.
— Co mam z nim zrobić, panie Vimes?
— Detrytus?
Troll zasalutował ręką, w której wciąż trzymał D’rega.
— Obecny i gotowy, sir!
— Ale… — Vimes zrozumiał nagle. — Jest lodowato zimno! Twój mózg znowu działa?
— Nawet bardziej sprawnie, sir.
— Czy to dżinn? — zapytał Jabbar.
— Nie wiem, ale na pewno by się przydał. — Vimes znalazł wreszcie w kieszeni zapałki. — Postawcie go, sierżancie — polecił, zaciągając się cygarem. — Jabbar, to jest sierżant Detrytus. Może połamać ci wszystkie kości, nie wyłączając tych małych w palcach, które bardzo trudno…
Ciemność wydała świst i coś zaszeptało mu przy karku, o ułamek sekundy wcześniej, nim Jabbar skoczył i powalił go na ziemię.
— Oni strzelają w światło!
— Mwwf?
Vimes ostrożnie uniósł głowę i wypluł z ust piasek oraz okruchy tytoniu.
— Panie Vimes!
Tylko Marchewa potrafił tak szeptać. Szept kojarzył mu się z ukrywaniem i kłamstwem, więc radził sobie, szepcząc bardzo głośno. Ku przerażeniu komendanta wyszedł zza namiotu, trzymając w ręku małą lampkę.
— Odłóż tę przeklętą…
Vimes nie zdołał dokończyć zdania, ponieważ gdzieś wśród nocy zaczął krzyczeć człowiek. Był to piskliwy wrzask, który urwał się nagle.
— Aha… — Marchewa przykucnął obok Vimesa i zdmuchnął lampkę. — To była Angua.
— Przecież to nie… A… no tak. Chyba rozumiem, o co ci chodzi — powiedział niepewnie Vimes. — Ona tam jest, tak?
— Słyszałem ją już wcześniej. Sądzę, że dobrze się bawi. W Ankh-Morpork nie ma właściwie okazji, żeby sobie poszaleć.
— No… no nie. — Vimes wyobraził sobie rozszalałego wilkołaka. Ale Angua z pewnością by nie… — Wy dwoje… Dobrze wam się układa, prawda? — zapytał, starając się zidentyfikować kształty w ciemności.
— Doskonale, sir. Doskonale.
Czyli jej okresowa przemiana w wilka ci nie przeszkadza? Vimes nie potrafił się zmusić, by powiedzieć to głośno.
— Czyli… żadnych problemów?
— Właściwie żadnych, sir. Sama kupuje psie chrupki i ma własną klapkę w drzwiach. Kiedy przychodzi pełnia, praktycznie się nie mieszam.
Wśród nocy rozległy się krzyki, a potem jakiś kształt wyskoczył z ciemności, przemknął obok Vimesa i zniknął w namiocie. Nie szukał wejścia, tylko z pełną szybkością uderzył w płótno, a potem pędził dalej, aż namiot złożył się na nim.
— A to co było? — zdumiał się Jabbar.
— To wymaga dłuższych wyjaśnień — odparł Vimes, wstając z piasku.
Marchewa i Detrytus ściągali już powalony namiot.
— Jesteśmy D’regami — oświadczył z wyrzutem Jabbar. — Powinniśmy zwijać nasze namioty bezgłośnie pośród nocy, a nie…
Księżyc świecił dostatecznie jasno. Angua usiadła i wyrwała Marchewie z ręki kawałek namiotu.
— Bardzo dziękuję — powiedziała, owijając się nim. — I zanim ktoś powie cokolwiek, ugryzłam go tylko w pośladek. Mocno. I muszę was zapewnić, że wcale nie było to przyjemne.
Jabbar popatrzył w głąb pustyni, potem w dół, na piasek, potem na Anguę. Vimes widział, jak myśli. Serdecznie objął go ramieniem.
— Może lepiej wytłumaczę… — zaczął.
— Tam jest paruset żołnierzy — warknęła Angua.
— …później.
— Zajmują pozycje wokół was! I nie wyglądają przyjaźnie! Czy ktoś ma jakieś ubranie, które by pasowało? I jakieś przyzwoite jedzenie? Coś do picia! Tutaj w ogóle nie ma wody!
— Nie ośmielą się zaatakować nas przed świtem — stwierdził Jabbar.
— A co wy zrobicie, sir? — spytał Marchewa.
— O świcie ruszymy do ataku!
— Aha. Hm… Nie wiem, czy mógłbym zaproponować alternatywne rozwiązanie.
— Alternatywne? Atak jest słuszny! Atak to coś, do czego służy świt!
Marchewa zasalutował Vimesowi.
— Czytałem pańską książkę, sir. Kiedy pan… spał. Tacticus ma wiele do powiedzenia o tym, jak sobie radzić z przeważającymi siłami, sir.
— Tak?
— Pisze, że trzeba wykorzystać każdą okazję, by zmienić je w siły niedoważające, sir. Moglibyśmy zaatakować teraz.
— Przecież jest ciemno, człowieku!
— Równie ciemno jest dla nieprzyjaciela, sir.
— Chodzi mi o to, że nic nie widać! Nie wiedzielibyśmy, z kim walczymy. Co drugi raz trafialibyśmy w swoich!
— Nie, sir, ponieważ byłoby nas niewielu. Wystarczy tylko poczołgać się tam, zrobić trochę hałasu, a potem niech oni sami zajmą się resztą. Tacticus pisze, że nocą wszystkie armie są równie liczne.
— Coś w tym jest — zgodziła się Angua. — Oni czołgają się dookoła dwójkami i trójkami, a ubrani są całkiem jak… — Skinęła na Jabbara.
— To jest Jabbar — przedstawił D’rega Marchewa. — Ktoś w rodzaju niewodza.
Jabbar uśmiechnął się nerwowo.
— W waszym kraju często psy się zmieniają w nagie kobiety?
— Skąd. Czasami mijają całe długie dni i nie dzieje się to ani razu — burknęła Angua. — Chciałabym jakieś ubranie, jeśli można. I miecz, skoro mamy walczyć.
— Ehm… wydaje mi się, że Klatchianie mają dość szczególne poglądy na temat walczących kobiet… — zaczął Marchewa.
— Tak! — zgodził się Jabbar. — My się spodziewamy, że doskonale sobie poradzą, Niebieskooki. Jesteśmy D’regami!
Okręt wynurzył się na powierzchnię brudnej wody pod pomostem. Klapa otworzyła się wolno.
— Pachnie jak w domu — zauważył Nobby.
— Nie można ufać wodzie — pouczył go sierżant Colon.