Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Po raz kolejny nastąpił moment, kiedy Vimes poczuł na sobie ich badawczy wzrok. Trzeba zachować się dyplomatycznie, jak powiedział mu Vetinari.
Zaciągnął się głęboko.
— Poprawia aromat — stwierdził. — Przypomnijcie mi, żebym zabrał trochę do domu.
W oczach Jabbara sędziowie pokazali niechętnie przynajmniej dwie ósemki.
— Człowiek na koniu przyjechał i powiedział, że musimy walczyć z cudzoziemskimi psami…
— To my — wyjaśnił Marchewa.
— …bo ukradliście wyspę, co jest pod morzem. Ale co to dla nas? Nie znamy krzywd od was, zagranicznych diabłów, a ludzi, co smarują sobie brody olejem w Al-Khali, nie lubimy. No więc go odesłaliśmy.
— W całości? — zainteresował się Vimes.
— Nie jesteśmy barbarzyńscy. On był wyraźnie obłąkany. Ale zatrzymaliśmy jego konia.
— A 71-godzinny Ahmed rozkazał wam nas uwięzić, prawda? — powiedział Vimes.
— Nikt nie rozkazuje D’regom! Trzymanie was tutaj sprawia nam radość!
— A potem z radością pozwolicie nam odejść? Kiedy Ahmed wam powie?
Jabbar wpatrzył się w ogień.
— Nie będę o nim mówił. On jest przebiegły, chytry i niegodny zaufania.
— Ale wy też jesteście D’regami.
— Tak! — Jabbar znowu klepnął Vimesa w plecy. — I dlatego wiemy, o czym mówimy!
Klatchiański kuter był o milę czy dwie od portu, kiedy kapitan odniósł wrażenie, że nagle płynie mu się łatwiej. Może muszle odpadły od dna, pomyślał.
Kiedy kuter rozpłynął się w wieczornej mgiełce, z fal wysunęła się zakrzywiona rura i ze zgrzytem skierowała się ku brzegowi.
Stłumiony metaliczny głos jęknął:
— Och, nie…
A drugi metaliczny głos zapytał:
— Co jest, sierżancie?
— Wyjrzyj przez to.
— Dobra.
Przez chwilę trwała cisza, a potem drugi metaliczny głos rzucił:
— O żeż…
To, co stało na kotwicy przed miastem Al-Khali, nie było flotą. Było flotą flot. Maszty wyglądały jak pływający las.
Pod falami lord Vetinari stanął w kolejce do wyglądania przez rurę.
— Tyle statków — powiedział. — I to w tak krótkim czasie… Jak dobrze to zorganizowano. Bardzo dobrze. Można by wręcz powiedzieć… szokująco dobrze zorganizowano. Jak to mówią: „Jeśli pragniesz wojny, gotuj się do wojny”.
— Wydaje mi się, panie — wtrącił Leonard — że to powiedzenie brzmi: „Jeśli pragniesz pokoju, gotuj się do wojny”.
Vetinari przechylił głowę na bok; jego wargi poruszały się bezgłośnie, gdy powtarzał sobie to zdanie.
— Nie — stwierdził w końcu. — Nie. To mi zupełnie nie pasuje.
Wrócił na swoje miejsce.
— Ruszajmy dalej, ale ostrożnie — polecił. — Możemy wyjść na brzeg pod osłoną ciemności.
— Eee… Czy moglibyśmy wyjść na brzeg pod osłoną osłony? — zaproponował Colon.
— Te dodatkowe statki sprawią, że tym łatwiej zrealizujemy nasz plan — ciągnął Patrycjusz, nie zwracając na sierżanta uwagi.
— Nasz? — zdziwił się Colon.
— Mieszkańcy klatchiańskiej hegemonii występują we wszystkich kształtach i kolorach. — Vetinari spojrzał na Nobby’ego. — Praktycznie we wszystkich kształtach i kolorach — dodał. — Zatem nasze pojawienie się na ulicach nie powinno wzbudzić niepożądanych komentarzy. — Znowu zerknął na Nobby’ego. — Zbyt licznych.
— Mamy na sobie mundury, sir — przypomniał Colon. — Nie możemy przecież tłumaczyć, że idziemy na bal przebierańców.
— Ja w każdym razie swojego nie zdejmę — oświadczył Nobby. — Nie będę biegał po mieście w samych gatkach. Nie w porcie. Marynarze bardzo długo są na morzu. Słyszy się różne rzeczy.
— Jest nawet gorzej. — Sierżant nie tracił czasu na obliczanie, jak długo dowolny marynarz musiałby przebywać na morzu, by wizja Nobby’ego Nobbsa przedstawiła mu się jako cokolwiek innego niż cel. — Bo jak nie będziemy w mundurach, uznają nas za szpiegów. A wiesz, co się robi ze szpiegami.
— Powie mi pan, sierżancie?
— Bardzo przepraszam, wasza lordowska mość… — Colon podniósł głos.
Patrycjusz, pogrążony w dyskusji z Leonardem, obejrzał się niecierpliwie.
— Słucham, sierżancie?
— Co robią ze szpiegami w Klatchu, sir?
— Chwileczkę… — Leonard zastanowił się. — A tak. Wydaje mi się, że oddają ich kobietom.
Nobby rozpromienił się.
— No, to nie brzmi tak źle…
— Ale wiesz, Nobby… — zaczął Colon.
— …bo widziałem obrazki w tej książce, „Perfumowana bruzda”, co ją czytała kapral Angua, i tam…
— …nie, Nobby, posłuchaj, źle to…
— …znaczy, niech mnie, nie wiedziałem, że można to zrobić z…
— Nobby, słuchaj…
— …i jeszcze był taki kawałek, w którym ona…
— Kapralu Nobbs!!! — wrzasnął Colon.
— Tak, sierżancie?
Colon pochylił się i przez chwilę szeptał Nobby’emu do ucha. Wyraz twarzy kaprala zmienił się powoli.
— Oni naprawdę…
— Tak, Nobby.
— Naprawdę…
— Tak, Nobby.
— W domu tak nie robią.
— Nie jesteśmy w domu, Nobby. Wolałbym, żebyśmy byli.
— Chociaż słyszy się czasem różne historie o Ciotkach Cierpienia, sierżancie.
— Panowie — wtrącił Vetinari. — Obawiam się, że Leonard popuścił wodze wyobraźni. Owszem, może się to zdarzać w jakichś górskich plemionach, jednak Klatch to starożytna cywilizacja i tak się nie robi tu oficjalnie. Sądzę raczej, że daliby wam papierosa.
— Papierosa? — zdziwił się Fred Colon.
— Tak, sierżancie. I miły, nasłoneczniony mur, żeby pod nim stanąć.
Sierżant Colon szukał w tej wizji jakichś ukrytych wad.
— Porządnego skręta i mur, o który można się oprzeć? — upewnił się.
— Chyba woleliby, żebyście stali prosto, sierżancie.
— Trudno się dziwić. To, że ktoś jest więźniem, to jeszcze nie powód do niedbałości. No tak… w tej sytuacji mogę zaryzykować.
— Brawo — rzekł chłodno Patrycjusz. — Proszę powiedzieć, sierżancie… Czy w pańskiej długiej karierze wojskowej ktokolwiek rozważał awansowanie pana na oficera?
— Nie, sir.
— Naprawdę nie rozumiem dlaczego.
Noc rozlała się nad pustynią. Nadeszła nagle, w fioletach. W czystym powietrzu gwiazdy rzucały w dół swe promienie, przypominając każdemu skłonnemu do zadumy obserwatorowi, że właśnie na pustyniach i w górach rodzą się religie. Kiedy ludzie widzą nad głowami jedynie bezdenną nieskończoność, zawsze ogarnia ich rozpaczliwa, przemożna chęć znalezienia kogoś, kto stanie na drodze.
Życie wynurzyło się z nor i szczelin. Wkrótce pustynię wypełniło brzęczenie, stukanie i piski stworzeń, które — nie dysponując potężną mocą ludzkiego umysłu — nie przejmowały się szukaniem kogoś, na kogo da się zrzucić winę. Natomiast starały się znaleźć kogoś, kogo da się zjeść.
Około trzeciej nad ranem Vimes wyszedł z namiotu zapalić. Zimne powietrze uderzyło go jak skrzydło drzwi. Było lodowato. Tak nie powinno się chyba zdarzać na pustyni… Pustynie to przecież gorący piasek, wielbłądy i… i… Męczył się przez chwilę, jak człowiek, którego wiedza geograficzna kurczy się gwałtownie, kiedy tylko zejdzie z brukowanej drogi. Wielbłądy, tak, i daktyle. Możliwe, że jeszcze banany i kokosy. Ale takie zimno? I to ma być pustynia?