Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 116
Перейти на страницу:

Mój rozmówca wyjął jedną z igieł i pokazał mi.

— Pojedynczej prawie nie widać. Jest cienka niczym pajęcza nić, a jednak twardsza od stali. Od diamentu. Wbija się w czaszkę jak w jabłko. Jedna z nich tkwi teraz głęboko w twojej głowie. Tutaj.

Dotknął swojej głowy z tyłu, tuż nad karkiem. Czarny upiór wybrał garść lśniących igieł i ostrożnie umieścił je między palcami jednej dłoni.

— Dlatego nie możesz ruszać niczym prócz oczu, ust i języka. Możesz tylko mówić i patrzeć. Samo wbicie igły za bardzo nie boli — westchnął. — Rzecz w tym, gdzie się ją wbije. On, ten zakapturzony człowiek, to Kebiryjczyk. Nazywa się N’Gwemba Asani. Zazwyczaj leczy tymi igłami, ale wie też, gdzie w głowie człowieka mieszkają ból, smutek, groza i strach. Wie też, gdzie jest takie uczucie, jakby twoje oczy zalano wrzącym olejem albo jakby twoją nogę pożerały owady. Wystarczy wbić igłę. Teraz siedzi za tobą i wbił już sześć. Zaraz będziesz wyglądał jak jeż. A potem wystarczy, że trąci którąś z nich, a ty będziesz czuł, jakby pogrzebano cię żywcem, a za chwilę, jakbyś musiał patrzeć, jak gwałcą twoją małą córeczkę. I dalej, bez końca. To niczym gra na cintarze. Cintarze cierpienia. Muślin w kapturze Kebiryjczyka nie jest po to, żeby cię przerazić. Jest po to, żebyś nie widział, że N’Gwemba płacze. Nie powiem, że cierpi tak samo jak ty, bo to nieprawda. Nikt nie będzie cierpiał tak mocno.

Gdybym był po prostu skuty łańcuchami, myślę, że bym je rozerwał. Ale to nie były łańcuchy. To cienka jak włos, srebrna igła, która tkwiła w mojej głowie. Siedziałem nieruchomo na podobieństwo posągu, lecz w myślach szarpałem się jak szalony, miotałem się jak obłąkany ze strachu, konający koń.

A potem N’Gwemba trącił leciutko jedną z igieł.

Tę, w której mieszkała żałoba po ukochanej kobiecie. Świat, który przestał być światem, a stał się ciężarem nie do zniesienia. Pustym, spopielałym miejscem wygnania.

I tę, w której mieszkał ogień płonący głęboko w trzewiach. Garść połkniętych gorących węgli, smród palonych włosów, odgłos szorowania zębami po szkle. Krzyk płonących żywcem niemowląt.

Mój własny wrzask chyba rozerwał kamienną kopułę...

— My, Kireneni, wierzymy, że taki czyn kładzie się klątwą na życiu człowieka — wyszeptał mężczyzna. — Nazywa się go-hanmi. Dług krzywdy. Zapłacę za to, co ci zrobiłem, później zapłacą też moje dzieci. Tak długo, aż krzywda zostanie w pełni wyrównana. Zapłacę żałobą, chorobami i nieszczęściem. Ale może dzięki temu przetrwają Kireneni. Może nie zostaną wymordowani tylko dlatego, że nie wierzą w Podziemną i sens tego, by wszystko miało stawać się jednym. Może zdołają obronić prawo do tego, by żyć po swojemu. To moje agirano, mój obowiązek, który sam przyjąłem. Wybacz mi. Powiedz teraz, jak wielu was jest?

— Nie jestem szpiegiem świątyni! — wrzeszczałem na całe gardło. Myśl o tym, że siedzący za mną czarny stwór uniesie dłonie do mojej głowy napełniała mnie szaleństwem. — Jestem Kirenem! Jestem cesarzem!

Mężczyzna za stołem skrzywił się boleśnie, pochylił głowę i zamknął oczy.

A wtedy N’Gwemba znowu leciutko potrącił kilka igieł.

Ból jest niczym mroczne, czarno-czerwone słońce. Ohydne, małe słońce, które nie rozświetla mroku. Jest wieczne. I cuchnie.

Jak miałeś zawiadomić świątynię?

Ilu jeszcze jest takich jak ty?

Gdzie o nas słyszałeś?

Co miałeś zrobić, gdy tu dotrzesz?

— Wyjmij igły, N’Gwemba — powiedział mężczyzna zmęczonym tonem. — Wyjmij wszystkie, prócz tej, która odbiera mu ruch. Ale wbij jeszcze dwie. Daj mu spokój i odbierz zdolność do czucia bólu. Nie zniosę tego dłużej. Zadałem wszystkie pytania po trzy razy. Dość. Nie wiem, jak to zrobili, ale nawet ja nie udźwignę już więcej go-hanmi.

Sięgnął do pasa i wyjął swój klanowy nóż.

— Dosyć, chłopcze — wyszeptał. — To koniec. Nie będzie więcej bólu. Jestem stary, słaby i dłużej nie wytrzymam. Zawiodłem mój lud. I zawiodłem ciebie, bo dręczyłem cię na próżno.

— Dość! — To krzyczał kolejny człowiek bez twarzy, który pojawił się nagle jakby wyrósł pośrodku pomieszczenia. Ten jednak cały składał się z lśniącego pancerza. Był niczym istota z płynnego żelaza. — Dosyć tego szaleństwa! Ściągasz klątwę na nas wszystkich!

— To nie szaleństwo, wielebny — powiedział mężczyzna, otulając pięść dłonią i pochylając głowę. — Wojna jest okrutna. Tak dla nas, jak dla nich. My żyjemy światem, a nie niebiosami. Jeśli ten biedny chłopak zrobi to, do czego go wytresowano, wybiją nas co do jednego. Razem z twoimi sierotami. Nikt nie wyjdzie żywy.

— Wyjmij igły — rozkazał ostro mężczyzna w stali. Jego strój składał się z drobnych kółek i pokrywał całe ciało, przesłaniając też twarz. Widziałem go dobrze, siedząc wciąż niczym posąg. Przez ostatni czas umarłem już z bólu i nieszczęścia, potem zacząłem marzyć o śmierci, a potem się w niej zakochałem. Dokładnie tak, jak mówił tamten. Wciąż czekałem na jej ostrze, jak na pocałunek kochanki. Nie wiem, dlaczego widziałem wszystko tak ostro. Czułem ciężar każdego kółka lśniącego na ciele przybysza. Każdego ogniwa jego spływającej do ziemi kolczugi.

— Wyjmij igły i pomóż mu dojść do siebie. Niech mu dadzą inne ubranie i wodę. Niech się umyje. Niech wypije ambriji. Gdy odzyska rozum, niech prowadzą go do tohimona. I niech nikt nie śmie zrobić mu najmniejszej krzywdy.

— Wielebny... — przerwał mężczyzna stanowczo. — To...

— To nie jest szpieg! To ten, o którym śniłem! Będę czekał. Kiedy chłopak dojdzie do siebie, sam go zaprowadzę. Ty zaś padnij na twarz i módl się do swoich przodków, których hańbisz!

Kebiryjczyk wyjmował igły jedną po drugiej. Przynosił mi ulgę, a mimo to, ilekroć unosił dłoń do mojej głowy, przenikał mnie skurcz przerażenia. Gdy wyjął ostatnią, zwaliłem się na bok zupełnie bezwładnie.

Miałem przepocone ubranie, zmoczyłem się w spodnie i cały się trząsłem. Dopiero po dłuższym czasie zdołałem się poruszyć. Dźwignąłem się na kolana.

— Jak się nazywasz? — spytałem mężczyznę za stołem. Nie poznałem własnego głosu. Był jak zdarty.

— Jestem Węzeł, syn Ptasznika. Pochodzę z klanu Wody.

— Kiedy wojna się skończy, synu Ptasznika, kiedy już Kireneni będą wolni, odnajdę cię i zabiję.

— To, co mówiłeś na mękach...

— Tak. Jestem kai tohimonem klanu Żurawia, o amitrajskim imieniu Terkej Tendżaruk, Władca Tygrysiego Tronu. Płomienisty Sztandar, Pan Świata i Pierwszy Jeździec. Ale odnajdę cię nie jako cesarz. Odnajdę cię jako Filar, syn Oszczepnika. Przyjdę do twojego domu ze znakiem zemsty na twarzy wymalowanym własną krwią, z nożem w ręku. Wbiję na twoim dziedzińcu proporzec klanu Żurawia i zabiję cię u stóp twoich dzieci.

— Marzę o tym, by tak się stało, synu Oszczepnika — odparł, pochylając głowę. — Jeśli ten dzień nadejdzie, to będzie znaczyło, że odniosłem zwycięstwo i okrucieństwa, których się dopuściłem, nie poszły na marne.

— Tymczasem daj mi wodę i ubranie — warknąłem, patrząc na swoje trzęsące się wciąż dłonie. Wydawało mi się, że jeszcze nigdy nie byłem taki zmęczony. — A potem odejdź stąd. Nie chcę cię widzieć.

Węzeł przysłał nie tylko wodę, ale też dwie niewolnice, które przyniosły ze sobą ceber, ręczniki i miskę mydlnicy. Kiedy przyszły, siedziałem skulony, trząsłem się i płakałem. Umyły mnie bardzo delikatnie, zupełnie obojętnego i bezwolnego. Gdy jedna z nich osuszyła moją głowę ręcznikiem, zobaczyłem na nim maleńkie kropki krwi. Ślad po ukłuciach, przez które cieniutkie żądła wniknęły w moją głowę.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)