Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
- Автор: Мэй Джулиан
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Alfa-Wero
- ISBN: 83-7001-781-9
- Переводчик: Juliusz W. Garztecki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:
Siedzący obok Raimo posłużył się własnym środkiem pocieszenia. Pociągnął tęgi łyk z nowo napełnionej srebrnej flaszki i niezbyt szczerze zaproponował to Bryanowi.
— Tański bimber. Oczywiście, nie na poziomie Hudson Bay Company, ale niezły.
— Może później — rzekł z uśmiechem Bryan.
Raimo mruknął i łyknął ponownie. Euforia jego porannej przygody już zgasła; eksleśnik był zamyślony i nieswój. Bryan próbował go rozruszać pytaniami na temat zabawy zeszłej nocy, ale uzyskał tylko całkiem lakoniczną odpowiedź:
— Trzeba było tam być — rzekł Raimo i zamilkł.
Przez prawie godzinę lekko żeglowali szeroką rzeką między urwistymi brzegami, mając po lewej ręce lesiste podnóże Alp, a po prawej jałowy płaskowyż wznoszący się nad gęsto porośniętymi dolinami. Od czasu do czasu Creyn wskazywał miejsca, gdzie znajdowały się plantacje, ale drzewa rosły tak gęsto, że nie dało się dostrzec żadnych szczegółów nadbrzeżnych osiedli. Niekiedy spotykali mniejsze stateczki kursujące po płyciznach, raz zaś wyprzedzili długą, głęboko zanurzoną barkę bez żagla na maszcie i tylko z małą bańką plastykową przykrywającą sterówkę na śródokręciu. Jej szyper pozdrowił ich buczeniem syreny, na co kapitan Highjohn odpowiedział przerywanym rykiem swojej.
Rzeka zataczała teraz szeroki łuk, przepływając między wysokim przylądkiem i grupą skalistych wysepek. Ze szmerem mechanizmów zwinął się żagiel statku, złożył bom, a maszt wciągnął do swej obudowy. Statek nie tylko nie stracił na szybkości, ale kiedy opływał przylądek, nawet przyśpieszył. Bryan ocenił, że ich prędkość wynosi teraz trzydzieści albo i więcej węzłów. Równocześnie poczuł, że z wody przenikają przez kadłub i pneumatyczne oparcia foteli wibracje przejmujące go do szpiku kości. Gdy wpłynęli z rozpędem w stromy zakręt, a po obu stronach wyrosły ściany kanionu, drgania przeszły w głośny ryk.
Sukey wrzasnęła, a Raimo zaklął paskudnie.
Przed nimi Rodan ściśnięty między skalnymi ścianami spadał po pochyłości około dwudziestu stopni. Nurt, rozbity podwodnymi kamieniami, zmieni się we wściekłą kipiel. Statek zanurkował w bystrze, na dach kabiny zwaliła się lawina żółtej wody i na chwilę ich przykryła. Wreszcie Mojo uwolnił się i wyszedł na powierzchnię. Brnął wśród potwornie wysokich fal stojących i granitowych głazów, to znów kładł się na obie burty tak ostro, że mulista woda sięgała na przemian po obu stronach do połowy wodoszczelnej osłony przedziału pasażerskiego. Hałas był prawie nie do zniesienia. Raimo siedział z szeroko otwartymi ustami i krzyczał, ale huk spadającej z progu na próg rzeki zagłuszał jego wrzaski.
Przed nimi wyrosła czarna masa. Statek skręcił w miejscu na prawą burtę prawie o sześćdziesiąt stopni i minął wysoką, stromą skałę, ale wpadł w krętą szczelinę między szeregiem gigantycznych kamieni. Wydawało się niemożliwe, by kapitan widział, dokąd płynie, gdyż gęsto fruwająca piana przesłaniała widok. Ale statek zygzakował między skałami i tylko czasem czuło się uderzenia w pneumatyczne zderzaki.
Chwila wytchnienia nadeszła, gdy wpłynęli w głęboki wąwóz, w którym woda sunęła gładko. Lecz dobiegł ich okrzyk Highjohna:
— Ludzie, jeszcze ostatni raz!
Bryan zrozumiał wówczas, że kanion był tylko przejściem, przez które pędzili naprzeciw istnego muru ostrych skał, zębatych odłamów potrzaskanego granitu, o który rozbijały się żółte wody rzeki i tworzyły zachodzące na siebie zasłony z piany. Nie było tam widać żadnej drogi. Oszołomieni chrononauci chwycili za oparcia foteli i czekali na nieuchronne zderzenie.
Mojo popędził ku najwyższej skale; kołysał się gwałtownie. Runął w ścianę piany, ale zamiast zderzyć się z twardą skałą lub zatonąć, zaczął się unosić coraz wyżej na jakiejś niewidocznej fali. Nagle uderzył w coś potężnie lewą burtą, odbił od skały i pogrążył całkowicie w ciemnym tumanie. Zrobił wywrotkę o pełne trzysta sześćdziesiąt stopni, wreszcie zakołysał i poleciał w powietrzu. Opadł na rzekę ze wstrząsającym do szpiku kości trzaskiem, woda raz jeszcze zalała go aż po dach przedziału pasażerskiego. Wynurzył się prawie natychmiast i spokojnie popłynął szerokim korytem między niskimi brzegami. Pozostawił za sobą przełom rzeki, który właśnie przepłynęli, zakończony potężnym wodospadem, wielkim łukiem opadającym trzydzieści metrów jak wylot gigantycznego kanału do basenu.
— Możecie teraz, ludziska, odpiąć pasy bezpieczeństwa — powiedział kapitan. — Z drobnych rozrywek to na dziś rano wszystko. Dopiero po lunchu będzie naprawdę burzliwie. — Przespacerował się po przedziale pasażerskim, by sprawdzić dach. — Ani kropli przecieku!
— Gratulacje — szepnął Bryan. Drżącą ręką zaczął gmerać przy zatrzaskach pasów.
— Pomóc? — spytał Highjohn i pochylił się nad nim.
Uwolniony Bryan wstał niepewnie. Ujrzał, że inni, z Creynem i Elżbietą włącznie, siedzą nieruchomo w fotelach z zamkniętymi oczami, chyba uśpieni.
Marynarz z pięściami na biodrach obejrzał kolejno pasażerów i potrząsnął lekko głową.
— Za każdym, psiakrew, razem. Te wrażliwe tańskie typki po prostu nie wytrzymują Śluzy Camerona, bo większość z nich ma pietra przed wodą. No, więc się wyłączają. A jeśli zaobrączkowany człowiek daje oznaki lęku, Tanowie zwyczajnie też dla niego programują wyłączenie. Wiesz, jestem trochę zawiedziony. Każdy artysta lubi mieć publiczność.
— Rozumiem cię doskonale — rzekł Bryan.
— Nie często trafia mi się taki rzadki ptaszek jak ty, bez obręczy i tak dalej, no i na tyle mężczyzna, by przejść przez to nie jęcząc jak umierający. Ta pani bez obręczy — wskazał palcem Elżbietę — musiała chyba zemdleć.
— Nie sądzę — odparł Bryan. — Jest czynnym metapsychem. Przypuszczam, że zrobiła własne myślowe ćwiczenie uspokajające i drzemała przez całą zabawę tak jak Creyn.
Ale ty nie, co, chłopie? Podejrzewam, że bywałeś już na burzliwych wodach.
Bryan wzruszył ramionami.
Żeglarz amator. Morze Północne, La Manche, Śródziemniak. Jak wszyscy.
Highjohn klepnął go po ramieniu. Oczy mu zabłysły i uśmiechnął się po bratersku do Bryana.
Wiesz co? Chodź ze mną na dziób, a pokażę ci parę chwytów, jak się tę łajbę prowadzi, póki nie dopłyniemy do Feligompo. Jeśli ci się spodoba, to kto wie? Jest znacznie więcej gorszych zajęć tutaj na Wygnaniu.
— Z przyjemnością potowarzyszę ci w sterówce — odparł Bryan — ale nie będę w stanie przyjąć propozycji zostania u ciebie praktykantem. — Uśmiechnął się smutnie. — Myślę, że Tanowie mają w stosunku do mnie inne zamiary.
13
Klaudiusz ocknął się. Chłodny powiew dolatywał przez zasłony przeciw insektom, wykonane z drewnianych paciorków; otaczały z czterech stron sypialnię więźniów. Na zewnątrz dwóch wartowników krążyło nieustannie dokoła, śledząc uwięzionych. Widać było ruchy ich głów w brązowych hełmach; na ramionach mieli sprzężone łuki naciągnięte i gotowe do strzału.
Starszy pan sprawdził, jak się mają jego kończyny i, na Boga, sprawowały się nieźle. Po tylu latach jego mechanizm adaptacji do warunków polowych znów się włączył. Usiadł na sienniku i rozejrzał się. Prawie cała reszta leżała jak trupy. Ale nie spała Felicja, Alpinista Basil i dwaj japońscy roninowie. Z koszyka obok śpiącej kobiety dobiegało ciche poszczekiwanie, od innych śpiących chrapanie i niekiedy jęki.