Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Przeszli przez ostatnią grodź i znaleźli się w środkowym wspólnym pomieszczeniu. Udało mu się zajrzeć do sterowni: zobaczył całą ścianę urządzeń fotonicznych błyskających wykresami i tekstem. Słyszał szum systemu nawiewczego, brzęczenie motorów napędzających filtry, melodyjne bulgotanie towarzyszące napowietrzaniu basenu i chrobot automatów wydobywczych karmiących generatory masy, które zapewniały statkowi przyspieszenie i sztuczną grawitację. Podobnie jak „Stella Maris”, „Giordano Bruno” był częściowo wyeksploatowanym asteroidem i łatwo było rozpoznać wiele z jego pierwotnego wyposażenia. Częścią systemu napowietrzani a i odprowadzaniazużytych substancji była tuba Wolvertona umieszczona w centralnym pomieszczeniu. Szóstka dla Boga, pomyślał Emilio. Rośliny lepiej wytwarzają powietrze niż jakiekolwiek urządzenie wymyślone przez człowieka.
Dopiero kiedy zorientował się w rozplanowaniu wspólnego pomieszczenia, przyjrzał się sześciu mężczyznom, którzy siedząc lub stojąc, wpatrywali się w niego w milczeniu.
— Wiedziałeś — powiedział do Danny’ego Żelaznego Konia.
Joseba Urizarbarrena odwrócił się do Danny’ego, usta miał otwarte. Sean Fein już się opanował, rysy mu stwardniały.
— Grzech zaniedbania — dodał Sandoz, ale Danny wciąż milczał.
— Twoje protezy są w magazynie — powiedział Carlo. — Chcesz je teraz?
— Dziękuję, najpierw zobaczę się z Johnem. Gdzie jest luk hangaru?
— Nico! — zawołał Carlo. — Pokaż drogę don Emiliowi!
Nico poprowadził Sandoza korytarzem.
— Sandoz, mamy dwa wahadłowce! — zawołał Carlo, uruchamiając pompę wyrównującą ciśnienie między pomieszczeniami załogi i hangarem. — Oba o zasięgu o wiele większym niż ten prom, który was tak zawiódł podczas pierwszej wyprawy. A jeden z nich to pojazd bezzałogowy, którym można sterować z oddali. Jak widzisz, wykorzystałem błędy poprzedników! Załoga „Giordana Bruna” nie utknie na powierzchni Rakhatu!
Rozległ się zduszony, podobny do westchnienia syk, kiedy Nico otworzył luk.
— Perfavore — poprosił Sandoz — un momento solo, si?
Nico spojrzał przez ramię na Carla, a ten wspaniałomyślnie skinął głową. Nico odsunął się nieco, przytrzymując klapę luku.
Emilio wszedł do środka. Ciężkie, stalowe drzwi zamknęły się za nim z metalicznym zgrzytem, który przeraziłby go, gdyby nie był całkowicie otumaniony narkotykiem. Obchodząc promy, zatrzymywał się, by sprawdzić cumy i klapy towarowe. Wszystko było należycie zabezpieczone. Nawet dysze były czyste. Wtedy natknął się na Johna. Siedział, oparty o byle jak uszczelnioną przegrodę, tuż za bezzałogowym promem.
John, szary jak kamienne trzewia asteroidu tworzące „Bruna”, podniósł głowę, gdy Emilio dał nurka pod kadłub promu i stanął przed nim.
— Och, mój Boże — jęknął John. — Właśnie myślałem, że już nie może być gorzej.
— Uwierz człowiekowi, który sporo o tym wie — powiedział Emilio lekko bełkotliwym głosem. — Zawsze może być gorzej.
— Emilio, przysięgam, nie wiedziałem! — zawołał Candotti z płaczem. — Wiedziałem, że Carlo trzyma kogoś w przedziale medycznym, ale nie miałem pojęcia kogo i dlaczego… Powinienem sprawdzić… O Jezu…
W porządku, John. Nic nie mogłeś na to poradzić. — Nawet otumaniony narkotykiem, Emilio wiedział, co ma zrobić i co powiedzieć. — Tak jest lepiej — dodał, klękając przy Candottim i używając swych przegubów, by przytulić jego głowę do swojej piersi. — Lepiej się wypłakać — powiedział, ale nie czuł nic, zupełnie nic. To dziwne, pomyślał, kiedy John szlochał na jego piersi. Tego właśnie pragnąłem przez te wszystkie miesiące, przed Giną…
— Nie mogłem się modlić — wyszeptał Candotti.
— To normalne, John.
— Siedziałem tu przy drzwiach, żeby nie zapaskudzić promu… — powiedział John, pociągając głośno nosem i starając się wziąć w garść. — Carlo powiedział Nicowi, że jeśli nie wróci w ciągu dziesięciu minut, ma tu zrobić próżnię! Nie potrafiłem się modlić. Wiesz, o czym myślałem? O malinowym dżemie!
— Buum! — Zrobił grymas, który miał być uśmiechem. — Za dużo widziałem filmów o podróżach kosmicznych.
— Wiem. To normalne. Już dobrze.
Czuł ostry ból promieniujący od rąk, ale pozwolił, by John przywarł do niego i zdał sobie sprawę, że ból łatwiej jest znieść, kiedy się nie myśli o tym, że będzie trwał wiecznie. Pożyteczna lekcja, pomyślał, patrząc ponad głową Johna na zewnętrzne drzwi hangaru. Były czyste, musieli je niedawno zmienić.
— Chodź — powiedział. — Wejdziemy do środka. Możesz wstać?
— Tak. No jasne.
John wstał o własnych siłach i otarł twarz rękawem, ale zachwiał się i zatoczył na kamienną ścianę hangaru.
— W porządku — powiedział po dłuższej chwili.
Kiedy doszli do klapy wiodącej do pomieszczeń załogowych, Emilio pokazał Johnowi gestem, by w nią zastukał, nie chcąc narażać własnych rąk.
— Nie pokazuj im niczego, John — powiedział, kiedy czekali, aż im otworzą właz.
John spojrzał na niego niepewnie, mrugając oczami, ale potem kiwnął głową i wyprostował się.
— To hasło naszego życia — powiedział cicho Emilio Sandoz, nie patrząc już na Johna. — Nic nie dawać tym skurwysynom.
Klapę otworzył im nie Nico, ale Sean Fein, posępny jak chmura gradowa, który w milczeniu zaopiekował się Johnem, prowadząc go na górny pokład, gdzie były kabiny. Carla nigdzie nie było widać, zniknął też Żelazny Koń, tylko gdzieś z dołu dochodził natarczywy głos Joseby.
Protezy czekały na stole we wspólnym pomieszczeniu. Siedział przy nim Nico, jedząc lunch, a także jakiś barczysty mężczyzna, którego zwaliste cielsko zaskakująco kontrastowało z impresjonistyczną gamą kolorów: proste włosy barwy dojrzałych żonkili opadające na różową skórę i hiacyntowe oczy.
Sandoz usiadł i przyciągnął do siebie protezy, wtykając w nie po kolei ręce.
— Frans Vanderhelst — przedstawił się grubas. — Pilot.
— Emilio Sandoz. Poborowy. — Złożył ręce na podołku i spojrzał na wielkiego młodzieńca siedzącego obok Fransa. — A ty jesteś Nico, ale formalnie nas nie przedstawiono.
— Emilio Sandoz, Niccolo d’Angeli — powiedział usłużnie Frans z pełnymi ustami. — Za wiele nie mówi, ale… chizz e un brav’ scugnizz’… Jesteś dzielnym chłopcem, prawda, Nico? Si un brav’ scugnizz’, co, Nico?
Nico ostrożnie osuszył usta serwetką, uważając, by nie urazić bladosinego nosa.
— Bra v scugnizz — potwierdził posłusznie z powagą w wodnistych, brązowych oczach, osadzonych w czaszce, która wydawała się trochę za mała jak na człowieka o takim wzroście.
— Jak tam twój nos, Nico? — zapytał Sandoz bez cienia złośliwości. — Wciąż boli? — Nico zdawał się uporczywie myśleć o czymś innym, więc Sandoz zwrócił się do Fransa: — Kiedy się widzieliśmy ostatnio, pomagałeś Nicowi wytrząsnąć ze mnie flaki, o ile dobrze pamiętam.
— Bo grzebałeś w programach nawigacyjnych — odrzekł spokojnie Frans, biorąc do ust następną porcję. — Nico i ja robiliśmy tylko to, co do nas należy. Chyba nie czujesz do nas urazy?
Chyba nie czuję — odpowiedział Sandoz przyjaznym tonem. — Z twojego akcentu wnioskuję, że jesteś z… Johannesburga, tak? — Frans pochylił głowę w niemym podziwie. — A sądząc po twoim imieniu, nie jesteś katolikiem. Vanderhelst przełknął i zrobił obrażoną minę.