Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 137
Перейти на страницу:

Przeszli przez ostatnią grodź i znaleźli się w środkowym wspólnym pomieszczeniu. Udało mu się zajrzeć do sterowni: zobaczył całą ścianę urządzeń fotonicznych błyskających wykresami i tekstem. Słyszał szum systemu nawiewczego, brzęczenie motorów napędzających filtry, melodyjne bulgotanie towarzyszące napowietrzaniu basenu i chrobot automatów wydobywczych karmiących generatory masy, które zapewniały statkowi przyspieszenie i sztuczną grawitację. Podobnie jak „Stella Maris”, „Giordano Bruno” był częściowo wyeksploatowanym asteroidem i łatwo było rozpoznać wiele z jego pierwotnego wyposażenia. Częścią systemu napowietrzani a i odprowadzaniazużytych substancji była tuba Wolvertona umieszczona w centralnym pomieszczeniu. Szóstka dla Boga, pomyślał Emilio. Rośliny lepiej wytwarzają powietrze niż jakiekolwiek urządzenie wymyślone przez człowieka.

Dopiero kiedy zorientował się w rozplanowaniu wspólnego pomieszczenia, przyjrzał się sześciu mężczyznom, którzy siedząc lub stojąc, wpatrywali się w niego w milczeniu.

— Wiedziałeś — powiedział do Danny’ego Żelaznego Konia.

Joseba Urizarbarrena odwrócił się do Danny’ego, usta miał otwarte. Sean Fein już się opanował, rysy mu stwardniały.

— Grzech zaniedbania — dodał Sandoz, ale Danny wciąż milczał.

— Twoje protezy są w magazynie — powiedział Carlo. — Chcesz je teraz?

— Dziękuję, najpierw zobaczę się z Johnem. Gdzie jest luk hangaru?

— Nico! — zawołał Carlo. — Pokaż drogę don Emiliowi!

Nico poprowadził Sandoza korytarzem.

— Sandoz, mamy dwa wahadłowce! — zawołał Carlo, uruchamiając pompę wyrównującą ciśnienie między pomieszczeniami załogi i hangarem. — Oba o zasięgu o wiele większym niż ten prom, który was tak zawiódł podczas pierwszej wyprawy. A jeden z nich to pojazd bezzałogowy, którym można sterować z oddali. Jak widzisz, wykorzystałem błędy poprzedników! Załoga „Giordana Bruna” nie utknie na powierzchni Rakhatu!

Rozległ się zduszony, podobny do westchnienia syk, kiedy Nico otworzył luk.

— Perfavore — poprosił Sandoz — un momento solo, si?

Nico spojrzał przez ramię na Carla, a ten wspaniałomyślnie skinął głową. Nico odsunął się nieco, przytrzymując klapę luku.

Emilio wszedł do środka. Ciężkie, stalowe drzwi zamknęły się za nim z metalicznym zgrzytem, który przeraziłby go, gdyby nie był całkowicie otumaniony narkotykiem. Obchodząc promy, zatrzymywał się, by sprawdzić cumy i klapy towarowe. Wszystko było należycie zabezpieczone. Nawet dysze były czyste. Wtedy natknął się na Johna. Siedział, oparty o byle jak uszczelnioną przegrodę, tuż za bezzałogowym promem.

John, szary jak kamienne trzewia asteroidu tworzące „Bruna”, podniósł głowę, gdy Emilio dał nurka pod kadłub promu i stanął przed nim.

— Och, mój Boże — jęknął John. — Właśnie myślałem, że już nie może być gorzej.

— Uwierz człowiekowi, który sporo o tym wie — powiedział Emilio lekko bełkotliwym głosem. — Zawsze może być gorzej.

— Emilio, przysięgam, nie wiedziałem! — zawołał Candotti z płaczem. — Wiedziałem, że Carlo trzyma kogoś w przedziale medycznym, ale nie miałem pojęcia kogo i dlaczego… Powinienem sprawdzić… O Jezu…

W porządku, John. Nic nie mogłeś na to poradzić. — Nawet otumaniony narkotykiem, Emilio wiedział, co ma zrobić i co powiedzieć. — Tak jest lepiej — dodał, klękając przy Candottim i używając swych przegubów, by przytulić jego głowę do swojej piersi. — Lepiej się wypłakać — powiedział, ale nie czuł nic, zupełnie nic. To dziwne, pomyślał, kiedy John szlochał na jego piersi. Tego właśnie pragnąłem przez te wszystkie miesiące, przed Giną…

— Nie mogłem się modlić — wyszeptał Candotti.

— To normalne, John.

— Siedziałem tu przy drzwiach, żeby nie zapaskudzić promu… — powiedział John, pociągając głośno nosem i starając się wziąć w garść. — Carlo powiedział Nicowi, że jeśli nie wróci w ciągu dziesięciu minut, ma tu zrobić próżnię! Nie potrafiłem się modlić. Wiesz, o czym myślałem? O malinowym dżemie!

— Buum! — Zrobił grymas, który miał być uśmiechem. — Za dużo widziałem filmów o podróżach kosmicznych.

— Wiem. To normalne. Już dobrze.

Czuł ostry ból promieniujący od rąk, ale pozwolił, by John przywarł do niego i zdał sobie sprawę, że ból łatwiej jest znieść, kiedy się nie myśli o tym, że będzie trwał wiecznie. Pożyteczna lekcja, pomyślał, patrząc ponad głową Johna na zewnętrzne drzwi hangaru. Były czyste, musieli je niedawno zmienić.

— Chodź — powiedział. — Wejdziemy do środka. Możesz wstać?

— Tak. No jasne.

John wstał o własnych siłach i otarł twarz rękawem, ale zachwiał się i zatoczył na kamienną ścianę hangaru.

— W porządku — powiedział po dłuższej chwili.

Kiedy doszli do klapy wiodącej do pomieszczeń załogowych, Emilio pokazał Johnowi gestem, by w nią zastukał, nie chcąc narażać własnych rąk.

— Nie pokazuj im niczego, John — powiedział, kiedy czekali, aż im otworzą właz.

John spojrzał na niego niepewnie, mrugając oczami, ale potem kiwnął głową i wyprostował się.

— To hasło naszego życia — powiedział cicho Emilio Sandoz, nie patrząc już na Johna. — Nic nie dawać tym skurwysynom.

* * *

Klapę otworzył im nie Nico, ale Sean Fein, posępny jak chmura gradowa, który w milczeniu zaopiekował się Johnem, prowadząc go na górny pokład, gdzie były kabiny. Carla nigdzie nie było widać, zniknął też Żelazny Koń, tylko gdzieś z dołu dochodził natarczywy głos Joseby.

Protezy czekały na stole we wspólnym pomieszczeniu. Siedział przy nim Nico, jedząc lunch, a także jakiś barczysty mężczyzna, którego zwaliste cielsko zaskakująco kontrastowało z impresjonistyczną gamą kolorów: proste włosy barwy dojrzałych żonkili opadające na różową skórę i hiacyntowe oczy.

Sandoz usiadł i przyciągnął do siebie protezy, wtykając w nie po kolei ręce.

— Frans Vanderhelst — przedstawił się grubas. — Pilot.

— Emilio Sandoz. Poborowy. — Złożył ręce na podołku i spojrzał na wielkiego młodzieńca siedzącego obok Fransa. — A ty jesteś Nico, ale formalnie nas nie przedstawiono.

— Emilio Sandoz, Niccolo d’Angeli — powiedział usłużnie Frans z pełnymi ustami. — Za wiele nie mówi, ale… chizz e un brav’ scugnizz’… Jesteś dzielnym chłopcem, prawda, Nico? Si un brav’ scugnizz’, co, Nico?

Nico ostrożnie osuszył usta serwetką, uważając, by nie urazić bladosinego nosa.

— Bra scugnizz — potwierdził posłusznie z powagą w wodnistych, brązowych oczach, osadzonych w czaszce, która wydawała się trochę za mała jak na człowieka o takim wzroście.

— Jak tam twój nos, Nico? — zapytał Sandoz bez cienia złośliwości. — Wciąż boli? — Nico zdawał się uporczywie myśleć o czymś innym, więc Sandoz zwrócił się do Fransa: — Kiedy się widzieliśmy ostatnio, pomagałeś Nicowi wytrząsnąć ze mnie flaki, o ile dobrze pamiętam.

— Bo grzebałeś w programach nawigacyjnych — odrzekł spokojnie Frans, biorąc do ust następną porcję. — Nico i ja robiliśmy tylko to, co do nas należy. Chyba nie czujesz do nas urazy?

Chyba nie czuję — odpowiedział Sandoz przyjaznym tonem. — Z twojego akcentu wnioskuję, że jesteś z… Johannesburga, tak? — Frans pochylił głowę w niemym podziwie. — A sądząc po twoim imieniu, nie jesteś katolikiem. Vanderhelst przełknął i zrobił obrażoną minę.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)