Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Jestem holenderskim agnostykiem reformowanym… To coś zupełnie innego niż agnostyk katolicki, rozumiesz?
Sandoz pokiwał głową, przyjmując tę uwagę bez komentarza. Wyciągnął się wygodnie w fotelu i rozejrzał wokoło.
— Najlepszy pod słońcem — mruknął Frans, śledząc jego spojrzenie.
Wszystkie urządzenia, wszystkie elementy armatury i wyposażenia lśniły czystością, a te, które nie były w użyciu, spoczywały pod pokrowcami. „Giordano Bruno” był dobrze zorganizowanym i zarządzanym pojazdem kosmicznym. I gościnnym — Frans uniósł właśnie pytająco swoje prawie niewidoczne brwi, podnosząc butelkę pinot grigio. Sandoz wzruszył ramionami: Dlaczego nie?
— Szkło jest na drugiej półce nad zlewem — poinformował go Frans, zabierając się ponownie do jedzenia. — Możesz sobie wziąć coś do jedzenia, jeśli jesteś głodny. Wybór jest niezły. Szef dba o dobry stół.
Sandoz wstał i przeszedł do kuchni. Frans z satysfakcją nasłuchiwał brzęku pokrywek i trzasku otwieranych drzwiczek: wybór był rzeczywiście imponujący. Kilka minut później Sandoz wrócił ze szklanką zakleszczoną w protezie jednej ręki i talerzem cacciatore z kurczaka w drugiej.
— Całkiem nieźle sobie z tym radzisz — zauważył Frans, wskazując widelcem na protezy.
— Tak. To sprawa praktyki — odpowiedział spokojnie Sandoz. Nalał sobie wina i wypił łyk, zanim zabrał się do gulaszu. — To jest wspaniałe — stwierdził po jakimś czasie.
— Dzieło Nica — wyjaśnił mu Frans. — Nico ma wiele talentów.
Nico rozpromienił się.
— Lubię gotować — przyznał z dumą. — Bucatani al dente, scamorza z grilla, pizza Margherita, jajka sadzone na frytkach…
— Myślałem, że nie jadasz mięsa — powiedział Frans, widząc, jak Sandoz przeżuwa kawałek kurczaka.
Sandoz spojrzał na swój talerz.
— Zostanę potępiony — stwierdził spokojnie. — I zdycham z bólu w rękach, ale tym też się nie przejmuję. Co dostaję?
— To coś w rodzaju tłumika emocji — powiedział Żelazny Koń tuż zza jego pleców. Obszedł bezgłośnie stół i stanął za Nikiem, naprzeciw Sandoza. Frans, wyraźnie uradowany, patrzył to na jednego, to na drugiego, jak widz na kortach Wimbledonu. — Zwykle używa się go, by opanować bunt więźniów — wyjaśnił Żelazny Koń. — Nie upośledza władz poznawczych. Tłumi emocje.
— To twój pomysł? — zapytał Sandoz.
— Carla, ale nie próbowałem mu tego wyperswadować. Danny sprawiał wrażenie, jakby sam zażywał ten lek. Frans poczuł się zawiedziony.
— Interesujące świństwo — zauważył Sandoz. Wziął nóż i obejrzał dokładnie jego ostrze, a potem spojrzał na swój talerz. — Od czasu tej masakry zapach mięsa wywoływał we mnie mdłości, ale teraz… — Wzruszył ramionami i przeniósł spojrzenie z noża na Żelaznego Konia. — Chyba mógłbym wyciąć ci serce i zjeść je — powiedział z lekkim zdziwieniem — gdybym wiedział, że w ten sposób zapewnię sobie dziesięć minut ze swoją rodziną.
Na Żelaznym Koniu i to nie zrobiło żadnego wrażenia.
— Ale sobie nie zapewnisz — stwierdził sucho. Frans znowu się uśmiechnął.
— Nie. Więc równie dobrze mogę pogodzić się z tym, co jest.
— Byłem pewny, że sam do tego dojdziesz — powiedział Żelazny Koń i odwrócił się, aby wyjść.
— Danny! — zawołał Sandoz, kiedy tamten był już przy drzwiach.
Gdyby grodzie nie były wyłożone polimerem, nóż wbiłby się dość głęboko, a tak odbił się tylko od ściany tuż obok głowy Danny’ego i upadł na podłogę.
— To zdumiewające, że dawne umiejętności gdzieś tam w człowieku tkwią i można je wykorzystać, kiedy zajdzie pilna potrzeba — powiedział Sandoz z uśmiechem, ale spojrzenie miał zimne i twarde jak stal. — Chciałbym widzieć, jak dojrzewa jedno konkretne dziecko — dodał tym strasznym, zwykłym głosem. — Jak długo już lecimy, panie Vanderhelst?
Frans zdał sobie sprawę, że wstrzymał oddech i uniósł się na krześle.
— Prawie cztery tygodnie.
— Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego czas zachowuje się w ten sposób. Dzieciaki zmieniają się tak szybko, zwłaszcza kiedy ich tatusiowie podróżują z relatywistycznymi szybkościami. Dlaczego, Danny? Te środki są naprawdę obrzydliwe. Możesz mi powiedzieć, jaki cel je usprawiedliwia?
— Powiedz mu — warknął Sean Fein, wchodząc do wspólnego pomieszczenia po odprowadzeniu Candottiego do kabiny. — Jeden Bóg wie, jaki mamy dzień w tej cholernej rurze, ale w jakimś kalendarzu musi być Jom Kippur. A jakbyś się zapytał jakiegoś rabina, Danny, to by ci powiedział, że nie wystarczy błagać Boga o zmiłowanie. Musisz prosić o przebaczenie człowieka, którego skrzywdziłeś. — A kiedy Danny wciąż milczał, wybuchnął: — Powiedz mu, na miłość Jezusa i dobro twojej własnej żałosnej duszy!
Oparty sztywno o ścianę, Daniel Żelazny Koń wreszcie przemówił, a jego głos był równie beznamiętny jak wywód.
— Anulowanie aktu kasacji Towarzystwa Jezusowego, a także wszystkich procesów sądowych, jakie nam wytoczono. Przywrócenie wpływowej pozycji, która nam umożliwi wprowadzenie w życie programów kontroli narodzin i działań na rzecz biednych w całej sferze władzy Kościoła. Przekazanie przez kamorrę do Watykanu dokumentów umożliwiających zidentyfikowanie księży skorumpowanych przez środowiska przestępstw zorganizowanych, tak aby Kościół mógł się oczyścić z elementów, które podkopały moralny autorytet Rzymu. Środki umożliwiające jezuitom powrót na Rakhat i kontynuowanie tam dzieła Bożego. — Zamilkł, lecz po chwili dodał jedyny powód, który naprawdę się liczył. — Zbawienie jednej duszy.
— Mojej? — zapytał Sandoz kpiącym tonem. — No cóż, podziwiam twoją ambicję, jeśli nawet nie pochwalam twoich metod, ojcze Żelazny Koniu.
— Nie zrobiliby Johnowi krzywdy — powiedział Danny. — To był blef.
— Naprawdę? — Sandoz wzruszył ramionami i ściągnął w dół wargi, jakby się nad czymś zastanawiał. — Zostałem porwany, a później dwukrotnie pobity do nieprzytomności. Obawiam się, że muszę poważnie traktować groźby Carla.
— Przykro mi, Sandoz — powiedział udręczony Danny.
— Gówno mnie obchodzi, że jest ci przykro — odrzekł cicho Sandoz. — Jeśli chcesz rozgrzeszenia, idź do księdza.
Sean, którego ta wymiana zdań napełniła obrzydzeniem, poszedł do kuchni. Kiedy wrócił ze szklanką i butelką irlandzkiej whisky, Danny nadal tam stał, wpatrując się ponuro w Sandoza.
— A co z Candottim? — warknął Sean.
Danny wziął głęboki oddech i odwrócił się, aby wyjść, ale przedtem podniósł nóż i położył go na stole przed Sandozem.
Musi mieć mocne nerwy, pomyślał Frans. Portorykańczyk był przez całe tygodnie przykuty do łóżka i ledwo trzymał się na nogach, w dodatku miał okaleczone ręce, więc trudno było powiedzieć, czy umyślnie nie trafił w Danny’ego. Frans odnosił jednak dziwne wrażenie, że Sandoz mógłby jego, Fransa, przyszpilić do ściany, gdyby tylko chciał. Dla Carla zabezpieczeniem był Candotti, ale Wódz mógł liczyć tylko na siebie…
— No cóż, czy się komu podoba, czy nie, wszyscy tu jesteśmy — powiedział Sean, nalewając sobie whisky. Potrząsnął nią, patrząc na Sandoza chłodnymi niebieskimi oczami. — To tylko przypuszczenie, ale idę o zakład, że na tym całym Bożym świecie nic nie pogorszyłoby samopoczucia tego faceta tak, jak twoje przebaczenie. Rozżarzone węgle na jego głowę.