Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Duch – powiedział Bryce. – Co duchy mają wspólnego z waszymi zainteresowaniami?
– Nic – odpowiedział Isley. – Nie wierzymy w duchy. Ale zastanawiamy się, czy takie fenomeny nie wynikają z zakłóceń w komunikacji między cywilizacjami. Może to obcy gatunek, komunikujący się tylko telepatycznie, może energia psychiczna, której nie jesteśmy w stanie odebrać, wywołuje niszczycielskie zjawiska, zwykle przypisywane złośliwym duchom.
– I co w końcu zdecydowaliście na temat tego złośliwego ducha w Vermont? – spytała Jenny.
– Zdecydowaliśmy? Nic – stwierdził Isley.
– Tylko że było to… interesujące – dodał Arkham.
Jenny spojrzała na Lisę i zobaczyła, że oczy dziewczyny są bardzo szeroko otwarte. Oto coś, co Lisa była w stanie pojąć, zaakceptować i uznać na trwałe. Oto strach, na który była dokładnie przygotowana dzięki filmom, książkom i telewizji. Potwory z przestrzeni kosmicznej. Najeźdźcy z innych światów. Zabójstwa w Snowfield nie stawały się dzięki temu mniej okropne. Ale było to zagrożenie znane i stąd dużo łatwiej można było na nie przystać niż na nieznane. Jenny miała poważne wątpliwości, czy tu miało miejsce pierwsze spotkanie gatunku ludzkiego z istotami z gwiazd, ale Lisa gotowa była w to uwierzyć.
– A co ze Snowfield? – spytała. – O co tu chodzi? Czy tu wylądowało coś… stamtąd?
Arkham spojrzał zmieszany na majora Isleya.
Isley chrząknął. Dźwięk przetworzony przez kwadratowe pudełko zabrzmiał jak zgrzyt nie naoliwionego mechanizmu.
– Jest o wiele za wcześnie na wydawanie sądów. Wierzymy, iż pierwsze spotkanie między ludźmi a obcymi może w jakimś nikłym stopniu grozić biologicznym skażeniem. Dlatego mamy porozumienie o wymianie informacji z programem Copperfielda. Niewytłumaczalny wybuch nieznanej choroby może wskazywać na nie rozpoznany kontakt z pozaziemską rasą.
– Ale jeśli mamy do czynienia z pozaziemskim stworem – Bryce nie krył niewiary – cholerny z niego dzikus jak na “wysoką" inteligencję.
– Pomyślałam to samo – powiedziała Jenny. Isley uniósł brwi.
– Nie ma gwarancji, że istota o większej inteligencji okaże się pacyfistyczna i miłosierna.
– Uhm – mruknął Arkham. – To powszechny błąd: przyjęcie za pewnik, że obcy nauczyli się żyć w całkowitej harmonii ze sobą i innymi gatunkami. Jak to jest w tej starej piosence…: “wcale tak nie musi być". Przecież ludzkość zaszła dużo dalej na drodze ewolucji niż goryle, ale nasz gatunek jest z pewnością bardziej wojowniczy niż te zwierzęta w stanie największej agresywności.
– Może któregoś dnia spotkamy życzliwy gatunek obcych, którzy nauczą nas żyć w pokoju – powiedział Isley. – Może podarują nam wiedzę i technologię, dzięki którym rozwiążemy wszystkie nasze ziemskie problemy i nawet sięgniemy do gwiazd. Może.
– Ale alternatywy wykluczyć się nie da – ponuro zakończył Arkham.
6
Jedenasta godzina w poniedziałek w Snowfield oznaczała godzinę siódmą w poniedziałek w Londynie.
Żałosny mokry dzień ustąpił żałosnej mokrej nocy. Krople deszczu bębniły o okno w maleńkiej kuchni dwupokojowego mansardowego mieszkania Timothy'ego Flyte'a.
Profesor stał nad deseczką do krajania, robił kanapkę.
Zakosztowawszy świetnego, szampańskiego śniadania na koszt Burta Sandlera, nie miał ochoty na lunch. Darował sobie również popołudniową herbatę.
Miał dzisiaj dwie lekcje. Jednemu uczniowi dawał korepetycje z czytania hieroglifów, drugiemu z łaciny. Z brzuchem pełnym śniadania zasnął na chwilkę podczas obu lekcji. Żenujące. Ale płacili tak marnie, że nie powinni chyba zbyt narzekać; to było wyjątkowe.
Właśnie kładł cieniutki płatek gotowanej szynki i plasterek szwajcarskiego sera na posmarowany musztardą chleb, gdy usłyszał dzwonek telefonu w hallu frontowym na dole. Profesor nie spodziewał się rozmowy. Rzadko miewał telefony.
Ale w kilka sekund później rozległo się pukanie do drzwi. Pukał hinduski młodzian, wynajmujący pokój na parterze. Łamaną angielszczyzną oznajmił Timothy'emu, że ma telefon. Pilny.
– Pilny? Od kogo? – dopytywał się Timothy, podążając schodami za młodym człowiekiem. – Przedstawił się?
– Sand… lir – zakomunikował Hindus. Sandler? Burt Sandler?
Po śniadaniu ustalili warunki nowego wydania Odwiecznego wroga, wersji mającej szansę dotrzeć do przeciętnego czytelnika. Po pierwszym wydaniu, niemal siedemnaście lat temu, Flyte otrzymał kilka ofert spopularyzowania swych teorii o zbiorowych zaginięciach, ale odrzucił je. Czuł wtedy, że ułatwiłby zadanie wszystkim tym, którzy tak nieuczciwie oskarżali go o oszustwo, chęć zbicia kabzy i schlebianie prymitywnym gustom. Jednakże lata niedostatku sprawiły, że teraz chętniej nadstawił ucha na ten pomysł. Zjawienie się Sandlera i propozycja kontraktu przyszły na czas: coraz większy niedostatek osiągnął krytyczną fazę. Zdarzył się prawdziwy cud. Tego ranka ustalili zaliczkę (potrąconą z tantiem) na piętnaście tysięcy dolarów. Przy obecnym kursie przekraczało to nieco osiem tysięcy funtów. Nie była to fortuna, ale więcej, niż Timothy widział od bardzo, bardzo dawna; w tej chwili wydawała mu się nieprzebranym bogactwem.
Dotarł do stóp wąskich schodów, do małego stoliczka, na którym pod tanią reprodukcją złego obrazu stał telefon. Uczony zastanawiał się, czy Sandler nie dzwoni, aby zerwać umowę.
Serce zaczęło mu bić tak mocno, że niemal odczuwał ból.
Młody hinduski dżentelmen powiedział:
– Ja nadzieja nie jest kłopot, sir. Wrócił do swego pokoju i zamknął drzwi. Flyte podniósł słuchawkę.
– Halo?
– Dobry Boże, czytał pan wieczorną gazetę?! – zapytał Sandler. Głos miał piskliwy, prawie histeryczny.
Timothy zaczął podejrzewać, że Sandler golnął sobie nieźle. I to mają być pilne sprawy handlowe?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Sandler rzekł:
– Chyba się stało! Na Boga, doktorze Flyte, chyba to się właśnie stało! Jest w wieczornej gazecie. I w radiu. Na razie niewiele szczegółów. Ale wygląda na to, że stało się!
Uczucie niepokoju o kontrakt zmieszało się teraz z rozdrażnieniem.
– Zechciałby pan być nieco bardziej konkretny, panie Sandler?
– Odwieczny wróg, doktorze Flyte. Jeden z tych stworów znów zaatakował. Właśnie wczoraj. W jakimś miasteczku w Kalifornii. Jest kilka trupów. Większość zaginęła. Setki. Całe miasteczko. Przepadło.
– Niech Bóg ma ich w swojej opiece – powiedział Flyte.
– Mam przyjaciela w londyńskim biurze Associated Press i czytał mi ostatnie doniesienia agencji telegraficznych – ciągnął Sandler. – Znane mi są sprawy, o których jeszcze nie pisało się w gazetach. Przede wszystkim – policja kalifornijska wysłała za panem APB. Wydaje się, że jedna z ofiar czytała pańską książkę. Kiedy nastąpił atak, ten człowiek zamknął się w łazience. Stwór wykończył go i tak. Ale on miał dość czasu, żeby na lustrze napisać pańskie nazwisko i tytuł książki!
Timothy zaniemówił. Obok stolika stało krzesło. Nagle okazało się potrzebne.
– Władze w Kalifornii nie wiedzą, co się stało. Nawet nie mają pojęcia, że Odwieczny wróg to tytuł książki, i nie wiedzą nic o panu. Myślą, że to atak gazowy, uderzenie bronią biologiczną albo nawet kontakt z cywilizacją pozaziemską. Ale człowiek, który napisał pańskie nazwisko na lustrze, był lepiej zorientowany. I my też. Resztę powiem panu w samochodzie.
– W samochodzie?