Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
And’ewers uspokoił się już, odetchnął głęboko i uśmiechnął tak, jakby ktoś wbijał mu nóż w serce.
– Awolanderay.
– Co?
– Nie macie takiego słowa w Imperium. To znaczy mniej więcej „duma źrebiąt”. Gdy młody koń, roczniak ledwo, próbuje ścigać się z dorosłymi, gdy chłopiec, który dopiero co wykuł swoje kavayo, rzuca wyzwanie starszemu wojownikowi, mówimy – awolanderay. I uśmiechamy się, bo to w gruncie rzeczy powód do radości, mieć dumne i odważne potomstwo. Jednak to, co się teraz dzieje... to była i jest nasza wina, nas, starszych. Wychowywaliśmy tu dzieci... Chcieliśmy im przekazać, jak to jest być Wozakami, chcieliśmy nauczyć, jak to jest żyć w karawanie, mimo iż karawany już nie jeździły. I opowiadaliśmy – o wędrówkach, o wielkich, ruchomych miastach, o życiu na wyżynie. I kłamaliśmy, mówiliśmy tylko o dumie, honorze, wolności i bohaterstwie. Tworzyliśmy legendy, w których zabrakło miejsca na plemienne waśnie, zdrady i podłości. Tak, generale, banda pijanych starców, snujących mrzonki o swojej młodości, wychowała młode pokolenie. I nawet nie zauważyliśmy, jak chłopcy i dziewczynki stali się młodymi mężczyznami i kobietami, których marzenia wyrosły na naszych bajkach... Mówisz, że kilka lat temu było niewiele rydwanów. To prawda. Ale też kilka lat temu woźnice tych rydwanów przechodzili jeszcze wyprostowani pod końskim brzuchem. A teraz pchają się do wojny i nie można ich już powstrzymać.
Kowal zapatrzył się gdzieś przed siebie.
– Kiedyś zapytałeś mnie, dlaczego tu przyjechałem. Uciekłem, Genno, uciekłem przed tymi opowieściami, nie chciałem, żeby moi synowie wyrastali na woźniców rydwanów, którzy wyruszają do samobójczych szarż, i nie chciałem, żeby moje córki wyrastały na wdowy. – Wskazał na kąt, w który potoczyło się stalowe kółko. – Uciekłem przed tym, przed kołem, które już wtedy niektórzy zaczęli nosić. I przed wozem płonącym gdzieś na stepie.
– Trudno uciec przed rydwanem, a bojowe wozy nie płoną tak łatwo, ojcze.
Der’eko stał w wejściu do kuźni i uśmiechał się szeroko. Z lodowatym, wyzywającym grymasem. Kailean prawie podskoczyła, gdy się tam pojawił. Zasłuchana, nie zauważyła, kiedy ją opuścił. Laskolnyk spojrzał na drzwi, jak gdyby właśnie na niego czekał, i skinął głową na powitanie.
– Jeśli wyjedziesz stąd, przekroczysz rzekę i skierujesz się na północny wschód, to trafisz na szlak do waszej wyżyny – powiedział takim tonem, jakby kontynuował jakąś wcześniejszą dyskusję. – A jeśli nie będziesz go znał, drogę wskażą ci resztki wozów, zwęglone deski, poczerniałe okucia. Będzie tak, mimo że upłynęło ponad dwadzieścia lat. Kupcy, którzy czasem tamtędy jeżdżą, nazywają tę drogę Szlakiem Spalonych Wozów.
– Wiemy o tym. I nie zamierzamy obrażać się o tę nazwę. Ale gdy wybuchło powstanie, nie mieliśmy prawdziwych bojowych wozów, bo koczownicy kilka lat wcześniej kazali wszystkie zniszczyć. W Krwawym Marszu wzięły udział tylko zwykłe wozy mieszkalne, ledwo co przysposobione do walki. I dziękuję, że pan to powiedział, generale.
– Co?
– Że to nasza wyżyna.
Zapadła chwila ciszy. Laskolnyk mierzył Pierwszego wzrokiem. Patrzył na spodnie, pas, skórzaną kamizelkę.
– Widziałem twój rydwan, chłopcze. Solidne burty, miejsce dla dwóch ludzi, jeden z przodu powozi, drugi stoi z tyłu. Trudno w takim rydwanie rozmawiać w czasie drogi, prawda?
– Jakoś sobie radzimy.
– To bojowy rydwan, Der!
– Ależ ja nie zamierzam zaprzeczać. – Uśmiech Der’eko stał się jeszcze bardziej lodowaty i jeszcze bardziej wyzywający. – To rydwan do walki. Obozy czują się zagrożone, nie tylko Mandellen, inne również. Zresztą Imperium też czuje się niezbyt pewnie, skoro przesuwa wojska nad granicę. I to gwardyjskie pułki. Wszyscy o tym wiedzą, generale. Ojciec Wojny słabuje, szarpanina między Synami może się rozlać na cały Wschód. Ja mogę tylko przysiąc, że jeśli wybuchnie wojna, będziemy walczyć z najeźdźcą ze wszystkich sił. I dlatego się uzbrajamy.
Laskolnyk pokiwał głową, jakby rozbawiony bezczelnością młodego.
– Wojna może wybuchnąć, bo wy wyruszycie na wschód, a Ojciec Wojny lub jego następca potraktuje to jako atak ze strony Meekhanu. Nie przyszło wam do głowy, że te pułki mają powstrzymać nie koczowników, ale was?
Nawet And’ewers, od dłuższej chwili milczący, wyglądał na wstrząśniętego. Jego pierworodny zmrużył oczy.
– Nie zrobicie tego – sapnął.
– A dlaczego nie? Jeśli mamy nie dopuścić do wojny...
Der’eko pochylił głowę, obnażył zęby.
– Tylko spróbujcie!
Kha-dar zachował spokój. Jego wzrok wędrował od ojca do syna.
– Tacy podobni – uśmiechnął się wreszcie – i tacy różni. Do tej pory nie byłem pewien, czy naprawdę zamierzacie ruszyć, Der’eko. Twój ojciec zachował milczenie, ty nie. Mądrość i wiek, nigdy ich nie lekceważ.
– Nie dacie rady nas powstrzymać!
– Kto wie? – Laskolnyk wzruszył ramionami. – Mamy tu już dwanaście tysięcy zawodowej jazdy i drugie tyle nieregularnych, bo każdy dowódca pułku otrzymał rozkaz, żeby zaciągać wolne czaardany. A czym jest wóz bez koni?
Przez chwilę Der’eko wyglądał na zagubionego. Potem zrozumiał.
– Ruszcie tylko stada... – wycharczał.
– To co? Będziecie za nimi gnać na piechotę? Wasze tabuny i bydło są zbyt liczne, więc pasą się poza obozami. Wiemy gdzie. Wystarczy jeden dekret o konfiskacie, a wojsko zagarnie je i popędzi w głąb Imperium. Obozy mogą zostać błyskawicznie otoczone przez piechotę, a wierz mi, wystarczy kilka godzin, żeby zamknąć każdy w pierścieniu okopów. Czym więc jest wóz bez koni, pytam?