Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Otworzył je i zamknął kilka razy, jakby podziwiając dokładność wykonania. Poznasz rzemieślnika po jego narzędziach, tak zawsze powtarzał, i w tej chwili wyglądał, jakby zamierzał ocenić And’ewersa na podstawie jakości sprzętu w kuźni. Zdawało się, że całą uwagę poświęca kleszczom.
– Co to właściwie obchodzi kha-dara jakiegoś małego czaardanu? – Kowal pochylił się i zaczął majstrować przy miechu.
– Większy ruch na Stepach to więcej kłopotów. Bandyci już zauważyli, że pojawiło się więcej karawan, zresztą nie tylko oni. – Kleszcze trzymane przez Laskolnyka otworzyły się i zamknęły niemal bezgłośnie. – Koczownicy też patrzą na nie łakomie.
– Żeby trzymać z daleka bandytów, są najemni strażnicy, a żeby trzymać z daleka Se-kohlandczyków, jest wojsko. A wolne czaardany są od jednego i drugiego, jak słyszałem. – And’ewers poruszył miechem, wzbijając lekki obłok popiołu.
– Wojsko i wolne czaardany mogą nie wystarczyć.
– A dlaczego?
Och, nie dało się tego pytania zadać bardziej neutralnym tonem. Równie dobrze kowal mógłby wywrzeszczeć: „Wiem, o co ci chodzi, ale i tak ze mnie tego nie wyciągniesz”. Rozmawiający nadal unikali swojego wzroku. Jakby prowadzili dialog z powietrzem.
– Te kilka pułków, które przybyły ostatnio na Wschód, to tylko demonstracja. – Kha-dar odłożył kleszcze i sięgnął po małą nadstawkę, służącą do wykuwania grotów. – Mają być tak widoczne, jak się da, ale otrzymały rozkaz wycofania się na zachód, jeśli przyjdzie co do czego. Imperium nie pozwoli się wciągnąć w wojnę, nie będzie kowadłem, na którym następca Yawenyra wykuje na nowo jedność swojego królestwa. Jeżeli, rzecz jasna, ten stary sukinsyn wreszcie umrze. A jeśli sprawy potoczą się źle, oddamy wschodnie prowincje, zamkniemy się w twierdzach i przyjmiemy walną bitwę w głębi kraju, na naszych warunkach. Nie popełnimy tych samych błędów co trzydzieści lat temu.
Jak na dowódcę wolnego czaardanu kha-dar znakomicie orientował się w planach imperialnej armii.
– I zostawicie nasze obozy na pastwę koczowników? – Kowal wyprostował się po raz pierwszy i spojrzał na Laskolnyka. Ciemną twarz miał gładką i spokojną, jakby rozmawiali o pogodzie, ale Kailean wiedziała, że wewnątrz wrze. To nie była zwykła rozmowa o cenach żelaza i taktyce wojskowej.
– Ale waszych obozów już nie będzie. – Nadstawka powędrowała na miejsce i kha-dar zmierzył się wzrokiem z And’ewersem. – I właśnie ten ich brak stanie się zapewne przyczyną wojny.
Coś brzęknęło i zatańczyło na kowadle. Małe stalowe kółko z ośmioma szprychami wirowało chwilę, zanim spadło i potoczyło się w kąt.
– Cena koni pociągowych poszybowała w górę już w zeszłym roku, z ośmiu orgów na dwadzieścia – głos Laskolnyka był spokojny i cichy. – I to właśnie zwróciło uwagę pewnych... rozumnych ludzi, którym płaci się za to, żeby uważali na takie właśnie rzeczy. Dlaczego – zapytali się – dlaczego na ziemiach, na których żyje prawie ćwierć miliona Wozaków, hodujących najlepsze konie pociągowe na świecie, nagle nie można kupić przyzwoitej pary? Nie było żadnej zarazy ani do innych prowincji nie sprzedano więcej koni niż zwykle. Bo oczywiście pomysł, że Verdanno przehandlowali je Se-kohlandczykom, uznano za absurdalny. Wyjaśnienie było jedno: Wozacy przestali sprzedawać swoje konie. Ale dlaczego? Czy chcą podbić ceny, zdominować rynek? A może chodzi o coś innego?
Kowal, z miną, jakby zobaczył ducha, gapił się w kąt, w którym znikł symbol koła.
– A potem ktoś rozumny postanowił sprawdzić, co jeszcze poszło w górę. – Laskolnyk stał teraz na wprost And’ewersa, skupiony i spięty. – Drewno, żelazo, skóry, pasza, broń, żywność. Ten ktoś rozumny był kiedyś kwatermistrzem w Czwartej Armii i nagle doznał olśnienia. To wyglądało tak, jakby jakaś armia szykowała się do wojny, takie skoki cen zawsze towarzyszyły zakupom dla wielkiej masy wojska. Ale jakie wojska stacjonują na Wschodzie? Przecież regularnej jazdy mamy tu nie więcej niż dwanaście tysięcy, a wolne czaardany nie zaczęły nagle uzbrajać się na potęgę. No i po co tej armii taka ilość drewna? I wtedy zrozumiał. Tyle drewna przydałoby się, gdyby ktoś chciał zbudować tysiące wozów.
Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało takim tonem, że kowal drgnął i spojrzał na Laskolnyka. Twarz miał dziwnie bezbronną i... Kailean poczuła lęk – martwą.
– Wozy... – zaczął z wahaniem. – Wozy wymagają napraw. Tylko tyle.
Szeptał tak, że ledwo go słyszała, ale to był inny szept niż zwykle. Niemal proszący.
– Pewnie tak. – Kha-dar wzruszył ramionami. – I pewnie wszystkie naraz. To oczywiste. A to, że pięć lat temu miało się szczęście, jeśli na drodze spotkało się verdański rydwan, a teraz wokół każdego obozu i pomiędzy nimi śmigają ich setki, to tylko taka moda. Młodzi muszą się wyszaleć. A broń, paszę i żywność Wozacy skupują, bo zapowiada się ciężka zima i być może po niej pojawi się więcej band. I przestali sprzedawać swoje konie i bydło, bo chcą podbić ceny. Wszystko da się wytłumaczyć. Wszystko. Każdą rzecz z osobna. Każda z nich jest jak jedna nić w gobelinie, przyjacielu, nieczytelna, ale jeśli cofnąć się trochę i spojrzeć na całe dzieło, to układa się ono w obraz płonącej granicy. Co oni planują, And’ewers? A może inaczej – kiedy ruszą? Bo to, że ruszą, jest pewne.
Kowal wyprostował się, odruchowym gestem odrzucił warkocz na plecy. Chwilę mierzyli się wzrokiem.
– Nie wiem. Przysięgam na życie moich dzieci, że nie. Zanim wyjechałem z obozu, już niektórzy mówili o kołach. O karawanach, wędrówce i powrocie na wyżynę.
– Niektórzy mówili o powrocie, już przekraczając bród – warknął Laskolnyk. – Już wtedy byli tacy, którzy mówili: „Odpoczniemy, zbierzemy siły i ruszymy z powrotem”. I przez ostatnie dwadzieścia parę lat powtarzali tę gadkę w kółko tak długo, aż nikt już ich nie słuchał. Wywiad wewnętrzny też. O Verdanno wiedzieli tylko tyle, że hodują konie, robią świetne uprzęże i niezłą broń, i że na okrągło gadają o odbiciu tej swojej wyżyny. Tylko gadają, bo przecież dobrze im tutaj, mogą handlować, powiększać stada i żyć w dostatku. To tylko bzdury powtarzane przez głupich staruchów, tłumaczono, wspominających nad dzbanem własną młodość. Po co mieliby wracać na Wyżynę Lytherańską, na te latem wietrzne, a zimą na wpół zamarznięte ziemie, o które musieliby stoczyć wojnę z Se-kohlandczykami? Tam nie mają niczego, tu mają wszystko. A przynajmniej przyszłość lepszą niż śmierć w wozie podpalonym setką płonących strzał. Co ich tam pcha?