Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 151
Перейти на страницу:

Altsin obudził się pierwszy. Przez chwilę leżał, obserwując Amonerię na tle jaśniejącego nieba. Wyspa była wielkim czarnym lewiatanem wyłaniającym się z mroku, prastarym olbrzymem, porośniętym szczeciną borów i puszcz, płaczącym strumieniami rzek i chuchającym mglistym oparem na świat. Nic go nie obchodziły stworzenia, które od kilku tysiącleci zamieszkiwały jego powierzchnię, za nic miał ich tragedie, bohaterstwo, honor, podłość czy szlachetność. Pewnego dnia olbrzymowi przyjdzie chętka na obmycie twarzy w morzu, a wtedy skończy się era ludzi na Amonerii.

W tym momencie poczuł ukłucie niepokoju. Czy ja naprawdę miałbym takie skojarzenie, patrząc na kontur wyspy wycinany z nieboskłonu nożycami słońca?

Po wczorajszym ataku nie miał jednak siły się zamartwiać, więc przekuł złość w lekkie, leciuteńkie rozbawienie. To ty czy ja? Twoja czy moja fantazja? Jak mam to rozróżnić? Ale skoro jest dla mnie taka naturalna i oczywista, to jakie to ma znaczenie? Jeśli zacznę robić uniki przed każdą myślą, która nie wyda mi się własna, skończę jako szaleniec ścigający nawet nie samego siebie, lecz własne wyobrażenie o tym, kim jestem naprawdę. Cień marzeń o sobie samym. Obłęd.

Jeszcze dwa dni i wracamy. A potem… lepiej żeby Enroh dotrzymał słowa.

Złodziej uniósł dłoń i zamarł, wpatrzony w obrzmiałe, podbiegłe czernią stawy. Nie bolało. Nic a nic. I to było najbardziej przerażające.

Rozdział 17

Dwadzieścia dni. Tyle zajęło im dotarcie do gór. W tym czasie karawana rozrosła się do dwóch i pół tysiąca ludzi oraz przeszło dwóch tysięcy zwierząt. W każdym z punktów postoju, przy oazie, cysternie z wodą czy studni, czekały na nich grupy wojowników z Rodu Słowika, dodatkowe zwierzęta i zapasy, które niczym strumyki wpływające do rzeki dołączały do głównej kolumny.

Deana nigdy nie sądziła, że można nad taką masą zapanować do tego stopnia, iż będzie ona wędrować w tempie większym niż kilka mil dziennie. Ale odziani na żółto strażnicy byli świetnie zorganizowani i błyskawicznie wykonywali wszystkie rozkazy Wielkiego Kohira Dworu. Sam Evikiat był wszędzie, widziała go dziesiątki razy każdego dnia, średniego wzrostu mężczyzna – ze szpakowatą brodą sięgającą brzucha, noszący zawsze śnieżnobiały turban i ciężki sztylet o falistej głowni zatknięty za pas – osobiście sprawował kontrolę nad każdym detalem marszu. Raz zatrzymał się, spojrzał w jej stronę i wykonał coś, co było albo lekkim ukłonem, albo nagłym kichnięciem. Odpowiedziała issarskim pozdrowieniem dla nieznajomego, którego rzecz jasna nie zrozumiał. Od tej pory ignorował ją zupełnie.

Najgorsze były pierwsze trzy dni. Deana była słaba, kręciło jej się w głowie, miała mdłości, a jej pot cuchnął jak stare, przesiąknięte krwią bandaże. Dziękowała Pani, że nikt nie widzi jej twarzy albo że może zatrzymać się na kilka chwil, niby zainteresowana grupą jeźdźców galopujących wzdłuż karawany bądź zafascynowana majestatem wędrujących słoni. Nikt nie zauważał, że pod ekchaarem próbuje wtedy złapać oddech.

Całe szczęście wędrowali z przerwami. Zaczynali o świcie, by wczesnym przedpołudniem rozbić pospiesznie namioty, w których szukano schronienia przed bezlitosnym słońcem, a ruszano dopiero kilka godzin przed zmrokiem. Ta pustynia była inna niż północna część Travahen, mniej piaszczysta, gdzieniegdzie rosły nawet kępy akacji i opuncji, ale słońce zdawało się tu mocniej smagać wszystko swoim żarem. W najgorętszych godzinach dnia nawet wielbłądy stały ze smętnie opuszczonymi głowami, a osły i muły toczyły zacięte walki o każdy skrawek cienia, nawet jeśli oznaczało to, że będą musiały tulić się do jakiegoś kolczastego pnia.

Na pół dnia karawana zamierała i tylko krąg wojowników Rodu Słowika pozostawał w ruchu. Deana, leżąc w namiocie i walcząc z mdłościami, musiała przyznać, że czuje dla nich coś w rodzaju podziwu.

Suchi odwiedzał ją rankiem i wieczorem, zostawiał porcję leków i plotek. Białe Konoweryn szykowało się na powitanie swojego cudem ocalonego księcia. Po wielu dniach niepewności, gdy rządziła zwołana pospiesznie rada, składająca się z kapłanów, magów, przedstawicieli arystokracji i największych kupieckich cechów, która nie potrafiła nic poza radzeniem o tym, jak radzić, wieść o odnalezieniu Laweneresa, Ślepego Księcia, spłynęła na ulice miasta niczym niespodziewany deszcz w środku najgorętszego lata. Dziękczynne modły dzień i noc łaskotały pięty Pana Ognia, Rody Wojny na wyścigi deklarowały lojalność, nawet Demenaya złożyła ofiarę i kazała setce swoich najpiękniejszych dziewcząt tańczyć dzień i noc przed ołtarzem Służki.

Wieści truciciela składały się z potoku imion, tytułów i nazw, które nic jej nie mówiły. Kraje Dalekiego Południa miały własne prawa, przesądy i zwyczaje, a ona nie będzie tam tak długo, by poznawanie ich miało jej się do czegokolwiek przydać.

Suchi uśmiechał się tylko, gdy to mówiła, i stwierdzał, że jemu też meekh nie był do niczego potrzebny, ale nie żałuje, że go poznał, bo człowiek tym się różni od zwierząt, że gromadzi zbędną wiedzę.

Trzeciego wieczoru wręczył jej tylko jedną buteleczkę słodko pachnącego leku.

– Pij dużo wody rankiem, a na każdą półkwartę dodaj sześć kropel. Wieczorem to samo. Oczyściłaś już organizm, teraz musisz go wzmocnić. Jedz cztery razy dziennie, dużo zbóż, chleba, podpłomyków, kaszy. Unikaj jeszcze czerwonego mięsa, każę ci przysłać tyle kurcząt i gołębi, ile dasz rady zmieścić w brzuchu. Bolą cię stawy?

– Nie.

– Pokaż ręce.

Obejrzał je uważnie, podszczypując i badając żyły. Ramiona ciągle były chude i słabe, ale ćwiczyła już regularnie z talherami, więc mięśnie wyraźnie zaznaczały się pod skórą.

– Dobrze. Myślę, że za miesiąc będziesz wyglądać lepiej, niż gdy opuszczałaś rodzinny dom. Książę o ciebie pytał.

Wyszarpnęła dłonie z jego uścisku i opuściła rękawy.

– Więc dlatego obmacujesz mnie jak zwierzę na sprzedaż?

Otworzył szeroko oczy, co wyglądało, jakby nad głazem jego nosa pojawiły się dwie lodowe sadzawki.

– To też. Poza tym sprawdzam, czy nadal masz barani łeb, ośli upór, żmijowe kły, kocie pazury i mądrość świeżo wyklutego pisklęcia. Stwierdzam, że wszystko jest na miejscu, więc chyba mogę uznać cię za wyleczoną.

Syknęła poirytowana.

– Widzisz – skwitował bezlitośnie. – Jak małe kociątko. Czeka nas jeszcze pięć, może sześć dni drogi, zanim staniemy na przełęczy Nol. Stamtąd w dwa dni dotrzemy do miasta, może prędzej, jeśli będzie trzeba się spieszyć. Więc odpoczywaj, kiedy się da, jedz, pij i śpij. Prawdziwa przygoda zacznie się, gdy przekroczymy góry.

Miał rację co do drogi, odpoczywania, jedzenia, picia i snu. Jadła za trzech, wykorzystywała każdą chwilę, poza ćwiczeniami i jedzeniem, na sen i każdego dnia czuła się lepiej. Widziała spojrzenia wędrujących z nią ludzi, jedne zdumione, inne pełne podziwu, i w jakiś dziwny sposób jej to schlebiało. Czarnoskóry rzemieślnik, z którym handlowała, za każdym razem, gdy się spotykali, pozdrawiał ją uśmiechem i przyłożeniem dłoni do serca, kilku strażników wykonywało podobne gesty, gdy ją widzieli. Nawet poganiacze zwierząt i zwykli niewolnicy witali ją w ten sposób. Ale nikt poza trucicielem nie ośmielał się do niej pierwszy odezwać.

No cóż, mieli swoją oswojoną lwicę.

Szóstego dnia zobaczyli na horyzoncie góry, dziewiątego dało się wyróżnić poszczególne szczyty.

– Magarhy – wyjaśnił jej Suchi, który jak zwykle zagadnął ją, gdy się tego najmniej spodziewała. – Mave Agar Rahyi, czyli Mur Agara Wielkiego. Taka nazwa widnieje na kopiach kopii starożytnych, tysiącletnich map, przechowywanych w Bibliotece Konowerskiej. Spróbuj to szybko wymówić pięć razy, a zrozumiesz, czemu nasi przodkowie ją skrócili. Oczywiście boskie imię w nazwie nie mogło zniknąć. A jutro dotrzemy do przełęczy Nol. To najkrótsza droga ku miastu, wszystkie karawany z niej korzystają.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)