Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Podzielił się tym spostrzeżeniem z młodszym mnichem, na co został uraczony opowieścią o bandach wiejskich parobków, walczących ze sobą w imię honoru swoich osad, o rywalizacji między czeladnikami różnych cechów, często kończącej się połamanymi kończynami, a nawet śmiercią, oraz o bandach kibiców w różnych miastach Imperium, które dzieliły się na frakcje i potrafiły wywołać zamieszki pustoszące całe dzielnice. Ci ostatni ucichli nieco po wojnie z koczownikami, gdy cesarz nakazał wśród nich bezwzględny pobór, argumentując, że skoro lubią walczyć, to Meekhan nie znajdzie lepszych obrońców. A wszystkie te grupy łączyło to, że niemal w całości składały się z młodych mężczyzn, którzy nie mieli żon ani dzieci.
Zagadanie do brata Naywira przypominało niekiedy wybicie dziury w tamie.
Ale uwzględniając, że Ynao odzywała się półsłówkami, a Domaha wciąż obowiązywał ślub Martwych Ust, Altsin jakoś to znosił. Lepszy dziki słowotok niż ponure milczenie.
Ognie na brzegu pogasły około północy. Złodziej zastanawiał się, czy ta ka’hoona świętowała zakończenie jakiegoś rajdu, tańcem i śpiewem opłakując swoich poległych, czy też szykowała się dopiero na wyprawę. Tak czy inaczej, tej nocy również trzymali wartę, bo choć pół mili od brzegu powinni być bezpieczni, to lepiej nie kusić losu.
Kolejnego dnia w południe minęli ujście Maluaryny. Zaskakująco wąskie i niegościnne. Wieści przekazywane przez mnichów wędrujących na południe mówiły, że ma ona gdzieniegdzie prawie pół mili szerokości, natomiast jej gardziel zwężała się nagle do jakichś trzystu jardów, co sprawiało, że rzeka nie tyle wpadała, ile wystrzeliwała w ocean z prędkością górskiego strumienia. Jej wody były mętne i brązowawe, więc łódka wpłynęła nagle z ciemnej zieleni na burą szarość i natychmiast, pchana silnym prądem, zaczęła być odpychana od wybrzeża. Nic dziwnego, że nikt nie próbował wykorzystać tego miejsca do budowy portu, nawet dwustuwiosłowa galera nie zdołałaby wpłynąć w gardziel Maluaryny.
Altsin pozwolił się ponieść rzece jeszcze milę w głąb oceanu, zanim powoli skierował dziób ku brzegowi. Wiatr mu sprzyjał, ale i tak upłynęło pół dnia, nim zbliżyli się znów do lądu.
Spojrzał kątem oka na dziewczynę. Siedziała przy maszcie i po raz pierwszy, odkąd opuścili Kamanę, uśmiechała szeroko. Jakby minięcie ujścia zdjęło jej z twarzy niewidzialną maskę. Do półwyspu mieli jeszcze ze dwa dni drogi, ale teraz, przynajmniej dla niej, płynęli wzdłuż „swojego” wybrzeża. Tutejsze klany mogły być wrogie wobec Uwerunków, ale była to wrogość znana, niepodszyta wściekłą nienawiścią, jaka dzieliła północ z południem. Istniała spora szansa, że nawet jeśli dziewczyna zostanie teraz odkryta, autorytet Enroha i mnichów Wielkiej Matki ją ochroni.
Altsin uśmiechnął się do niej i mrugnął porozumiewawczo. Zdumiewające, ale nie fuknęła ani nie błysnęła mu nożem w oczy, tylko podeszła i usiadła obok.
– Przepraszam – powiedziała po meekhańsku.
Zerknął na nią, zdziwiony.
– Podobno nie znasz meekhu.
Przeszła na seehijski.
– Nie znam, on mnie nauczył tego słowa. – Wskazała Naywira.
– Po co?
– Bo w moim języku go nie ma. Nie ma słowa, które można powiedzieć, gdy zrobiło się coś złego, skrzywdziło kogoś i należy prosić o wybaczenie, bez ujmowania sobie honoru. My możemy to robić, błagać o darowanie win, ale zawsze wiąże się to z utratą czci. Ten, kto przyznaje się do błędu, traci twarz. Lepiej zginąć. – Westchnęła. – Nie mamy słowa przepraszam, trudno nam prosić o wybaczenie, a zamiast dziękuję, częściej mówimy „nie zapomnę ci tego”, co brzmi jak groźba.
– Dużo rzeczy jest u was na opak.
O dziwo, odpowiedziała uśmiechem.
– Tak. Mojego ojca nazywają Mała Pięść, bo jak zaciśnie pieść, to jest taka. – Rozsunęła dłonie na szerokość mniej więcej ośmiu cali. – Do tej pory opowiadają, jak dwoma ciosami zabił trzech wojowników z plemienia Wyrwyrów.
– To musi być niezła historia.
– Tak. – Ynao pokiwała głową, ale nie wyglądała na chętną do opowiadania.
Altsin nie nalegał, mimo że cisza powoli stawała się niezręczna.
– Słowo przepraszam nie jest złe – zagaił, żeby podtrzymać rozmowę.
– Nie. Tylko trzeba je znać. Wasza bogini, Wielka Pani, mówi, że ludzie popełniają błędy, bo taka ich natura, więc jeśli ktoś chce się poprawić i prosi o wybaczenie, powinno mu być udzielone bez żadnego uszczerbku na honorze.
Hm. Dziesięć dni w klasztorze. To wiele wyjaśniało.
– Przeor rozmawiał z tobą, gdy nabierałaś sił, prawda?
To było podobne do Enroha, katować bezbronną dziewczynę religijnymi opowieściami.
– Tak. Codziennie. Przepraszam to potężne słowo, można je powiedzieć, gdy stłukło się gliniany kubek i gdy zabiło komuś ojca. I zadziała.
No cóż, chyba jednak nie wszystko zrozumiała tak, jak mnich by tego sobie życzył.
– Wiesz, gdyby to słowo zawsze działało, nie mielibyśmy wojen, porachunków, zemst, rzezi i mordów na kontynencie.
– Wiem. – Pokiwała głową i uśmiechnęła się nieśmiało. – Ojciec przeor mówił, że przepraszam to potężne słowo, ale jest jak nóż, którego nie można ostrzyć…
Ech, te religijne przenośnie.
– To znaczy?
– Im częściej go używamy, tym bardziej się tępi i gorzej działa. Prawdziwą sztuką jest żyć tak, by nie musieć go co chwilę powtarzać.
Złodziej zamarł z dłonią zaciśniętą na rumplu tak, że drewno aż zatrzeszczało. A potem zgięło go wpół, potężnie, jakby czterokonny zaprzęg usiłował poderwać go z ławki, szarpnięty ster obrócił łódkę bokiem do fali, dziewczyna krzyknęła krótko, siedzący przy maszcie Naywir uchylił się, robiąc unik przed przelatującym bomem, żagiel zatrzepotał, gubiąc wiatr… Domah poderwał się i ruszył ku Altsinowi z niepokojem wypisanym na twarzy.
A on widział to i nie widział jednocześnie. Nie mógł widzieć, bo miał zamknięte oczy, a jednocześnie widział… wiedział, co się dzieje na łodzi, dzięki jakimś zmysłom, których nie potrafił nawet nazwać. Widział, jak Naywir przeskakuje nad nim i łapie za ster, ustawiając ich dziobem do fali, jak Domah podnosi go łagodnie i układa na stercie pledów obok masztu, a dziewczyna… widział jej twarz… już wcześniej… taki układ oczu, nosa i brwi. I te słowa, które padły. Nie musieć co chwila przepraszać… Nie musieć co chwila… Nie muszę… nie będę… Zostań ze mną… możesz stąd odejść… nie musisz… nie będę… przepraszam…
Przepraszam.
Czuł go. Każdym nerwem, każdą cząstką ciała. Reagwyr, fragment jego duszy, który uzyskał samodzielność i nie był już Reagwyrem, budził się i rozglądał. Był jak… motyl próbujący wyjść na świat. Co zostaje z poczwarki, gdy motyl rozprostuje skrzydła?
Nie.
Nieeeee!
Wygiął się, waląc potylicą o burtę. Z ust pociekła mu ślina, oczy odwróciły się do wewnątrz. Nie. Chcesz, to walcz, aż rozszarpiesz to ciało na strzępy, ale nie Obejmiesz mnie.
No już, sukinsynu! Dawaj!
Zaczęły trząść nim drgawki i nagle rozległ się najbardziej przerażający dźwięk, jaki usłyszał w życiu. Jakby ktoś próbował upiec w miedzianej rurze kilka żywych kotów naraz.
To ja, prawie się zdumiał. To moje gardło wydaje te odgłosy. Dziwne, bo od dłuższej chwili nie oddycham. Przerażająco jasne i spokojne myśli. Poczuł na twarzy i w ustach krew.
A potem coś uniosło go w górę i unieruchomiło. Szarpnął się, a raczej coś nim szarpnęło, ale równie dobrze mógłby próbować się wydostać spod kila pełnomorskiego statku.