Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Zacumowali i po chwili bezowocnego poszukiwania suchego kawałka gruntu postanowili spędzić noc w łodzi. Lepsze to niż kolejna noc żeglowania w ciemności, a Altsin nie ufał swoim umiejętnościom aż tak, by ryzykować spotkanie z podwodnymi skałami.
Łódź miała dwadzieścia cztery stopy długości, prawie osiem szerokości i była typową dla tych wód rybacką krypą, solidną, ciężką, zaopatrzoną w trójkątny żagiel i porządny ster. Wypożyczenie jej zapewne sporo kosztowało, ale skoro przeor mógł w ten sposób szybko i bez rozgłosu pozbyć się swojego „problemu”, to zapewne cena nie grała roli. Poza tym złodziej nie zdziwiłby się, gdyby starzec wystawił za to rachunek Radzie Kamany.
Całe szczęście ów „problem”, którego pozbywano się z miasta, nie sprawiał im kłopotów. Co prawda minęło prawie dziesięć dni od rozmowy z Enrohem, zanim dziewczyna nabrała sił na tyle, by sprostać trudom podróży, ale dzięki temu był z niej pożytek na pokładzie. Razem z Naywirem wciągała żagiel, pomagała sprzątać pokład, a nawet potrafiła zasiąść za sterem i trzymać łódź na kursie, kierując się położeniem słońca. Ale poza tym zachowywała dystans. To znaczy zarekwirowała dla siebie cały dziób łodzi, zaznaczając granicę nożem wbitym w ławkę, odzywała się półsłówkami, i to tylko wyraźnie pytana, i spędzała większość czasu ze wzrokiem wbitym w przesuwający się za lewą burtą brzeg.
Co zdumiewające, najbardziej swobodnie zachowywała się w pobliżu Domaha, jakby olbrzym był jej dobrotliwym wujkiem. Raz czy dwa razy nawet odezwała się do niego pierwsza, choć to, że on nie znał jej języka, a ona nie mówiła po meekhańsku, ograniczało ich rozmowy do kilku mruknięć i uśmiechów bardziej nawet niż ślub milczenia, który wciąż wiązał zakonnikowi usta.
No cóż, zazwyczaj wystarczy, że ludzie nie próbują się pozabijać.
Jeśli chodzi o żeglowanie, obaj mnisi okazali się pojętnymi i pilnymi uczniami. Od tej strony Altsin nie przewidywał większych kłopotów z dotarciem na Półwysep Conhtyjski. Jutro, najpóźniej pojutrze miną ujście Maluaryny, a dwa dni później powinni dotrzeć do ziem Uwerunków. Tam wysadzą dziewczynę i zawrócą, a ponieważ z powrotem będzie ich wspierał morski prąd, droga powinna im zająć dzień mniej niż żegluga na południe. Do tego sprzyjała im pogoda, było ciepło, w Kamanie niektórzy twierdzili, że to najcieplejsza wiosna od wielu lat. Aura była niemal letnia, deszcze nie padały, a ocean nie smagał wyspy zwyczajowymi sztormami.
W sumie mieli przed sobą miłą wycieczkę.
Zanim położyli się spać, obejrzał klif. Wysoka na sto stóp ściana nie kryła żadnej ścieżki, która mogłaby do nich przywieść nieproszonych gości, niemniej postanowił, że będą trzymać warty. Dłuższy kawałek liny potrafi zastąpić skrzydła, a miejscowi mogliby poderżnąć im gardła, zanim zorientowaliby się, że mają do czynienia z mnichami. A na pewno zrobiliby to, jeśliby odkryli, że jeden z „braci” to dziewczyna zza rzeki. Prawda wyglądała tak, że uwzględniając skomplikowane plemienne relacje między Seehijczykami, Ynao będzie bezpieczna dopiero w swoim własnym klanie.
Altsin wziął pierwszą wartę, świadomy, że na razie i tak nie uśnie. Na morzu, jak zwykle, to, co dręczyło go od czasu tej nieszczęsnej wyprawy do Świątyni Miecza, wyciszało się i milkło. Może sprawiała to ciężka praca, potrzeba obserwacji wiatru, żagla, steru, nadchodzących fal, nieustanna koncentracja i skupienie, przez które był zbyt zmęczony, by myśleć o własnych lękach. A może obcowanie z bezkresem, jakim był ocean, nawet półboski byt wpędzało w zdumienie. Gdyby istniała pewność, że tak będzie zawsze, Altsin zaciągnąłby się na statek i nie schodził z niego przez lata. Ale ostatnia taka próba nie skończyła się dobrze, poza tym to byłoby tchórzostwo, odsunięcie problemu. Ten sukinsyn nie miał prawa dłużej przebywać w jego głowie. I lepiej, żeby to szybko zrozumiał.
Ale teraz chodziło o coś innego.
Odkąd znaleźli się w łodzi, miał silne, coraz silniejsze poczucie straty, połączone z narastającym podskórnym lękiem. Owszem, nagłe emocje i pragnienia nie atakowały go już niespodziewanie, a zamiast tego czuł się jak człowiek ubrany w wiele warstw mokrej odzieży, która z każdym ruchem wysysa z niego energię. Jednak wciąż nie potrafił skonkretyzować źródła tego lęku, poza tym, że w jakiś nieokreślony sposób jest on związany z wyspą. I to nie z mityczną Doliną Ouma, choć strach przed jakimś plemiennym, lecz bez wątpienia potężnym bożkiem byłby zrozumiały u niepełnosprawnego awenderi. Nie. Chodziło o wyspę jako całość.
W sumie po raz pierwszy oddalił się tak znacznie od Kamany, a ona była zbyt… kontynentalna, aby wyraźnie ujrzeć prawdziwą twarz Amonerii. Teraz ją dostrzegał, a raczej teraz wyczuwał ją ukryty w nim byt i… bał się? Bał się… ludzi? Seehijczyków? Altsin odszukał wzrokiem tobołek leżący na dziobie. Dziewczyna nie wzbudzała w Reagwyrze lęku, a jednak…
Stop. Stop…
Nabrał i wypuścił powoli powietrze. To do niczego nie prowadzi, takie rozważania, szukanie wyjaśnień, próba interpretacji cieni, smug lęków i odprysków emocji istoty tak potężnej jak Bitewna Pięść Pana Bitew. To tak, jakby na podstawie smrodu cudzego bąka spróbować zgadnąć, o czym jego sprawca myślał, jedząc kolację.
Uśmiechnął się. Tak. Żart zawsze pomaga. Dopóki nie opuści go poczucie humoru, dopóty ma szansę. Ludzie, którzy nie potrafią żartować, padają na kolana przed każdą napotkaną potęgą i w trwodze czekają, co przyniesie im los. Altsin miał dziesięć lat, kiedy wziął swój los we własne ręce, i do tej pory go nie puścił, a jeśli Eyfrze się to nie podoba, to może złożyć swój boski pocałunek na jego tyłku.
Sprawdził godzinę po gwiazdach. Jeszcze chwila i obudzi Domaha, a sam spróbuje się zdrzemnąć. Musieli odpłynąć przed świtem, zanim ocean zakryje plażę.
*
Kolejną noc spędzili w łodzi jakieś pół mili od brzegu, na którym płonęły ogniska, a dzikie postacie tańczyły wokół nich w rytm muzyki, która nawet z tej odległości drażniła uszy kakofonią piszczących, nieprzyjemnych dźwięków. Najpewniej na klifie rozłożyła się ka’hoona – grupa młodych wojowników, bezżennych i mających ograniczone prawa do dziedziczenia majątku po rodzicach.
Zazwyczaj tworzyli ją czwarci, piąci i późniejsi synowie, czasem też wyrzutki klanu, potomkowie tych, którzy za jakieś przewinienia zostali z niego usunięci. Takie niewielkie oddziały, liczące od kilkunastu do kilkudziesięciu wojowników, istniały na całej wyspie i stanowiły podstawę lekkich sił każdego plemienia, oszczepników, łuczników i zwiadowców. I to one podtrzymywały nieustannie tlącą się wojnę.
Dla tych młodzików, niedziedziczących nic poza bronią i ubraniem, jedyną szansę na wybicie się stanowiły łupy i wojenna sława. Rajdy dokonywane na terytorium sąsiadów, porywanie zwierząt, kobiet i dzieci, chwytanie jeńców, którzy umierali później dla chwały swoich pogromców, były jedynym sensem ich istnienia. To Naywir doradził spędzenie nocy na morzu. Nawet stado wściekłych psów jest mniej niebezpieczne niż grupa podpitych młodzików, podjudzających się nawzajem do okazania odwagi i męskości, mówił, spoglądając z obawą na brzeg.
Altsin zgadzał się z nim, w PonkeeLaa też tworzyły się takie grupy, głównie wśród młodocianych uliczników. Wystarczyła chwila, nieodpowiednie słowo lub spojrzenie, by dla zabawy zatłukli kogoś na śmierć, a starcia między bandami takich wyrostków były krwawsze i bezwzględniejsze niż wojny między złodziejskimi gildiami, gdzie przynajmniej obowiązywały jakieś zasady. Jak widać, prawa rządzące ludźmi są takie same bez względu na to, z jakiego kraju się wywodzili.