Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Przymknęła oczy i odwróciła od niego twarz.
– Grozisz mi? – wymruczała, bawiąc się rękojeścią talhera.
Zaskoczył ją szczerym, beztroskim śmiechem. Zerknęła zdumiona. Rechotał z głową odchyloną w tył.
– A niech… niech mnie. Dziewczyno, masz jaja z granitu. Zapomniałem już, jak to jest rozmawiać z kimś, kto nie tylko nie mdleje na myśl o uściśnięciu mi dłoni, ale potrafi pokazać pazury. – Wstał, niedbale otrzepał się z piasku. – Jutro opuścimy pustynię. Przełęcz Nol przejdziemy szybko, a za dwa dni zobaczysz Białe Konoweryn. Sprawdzę, na jak długo odbierze ci mowę.
*
Na półtora dnia. Przez półtora dnia, w miarę jak miasto rosło w oczach, nie wiedziała, co powiedzieć, jak ubrać w słowa to, co widziała, a czego jej umysł uparcie nie chciał uznać za prawdziwe.
Białe Konoweryn.
Miasto wież, wysokich i strzelistych jak postawione na sztorc włócznie, miasto murów z białego kamienia, olśniewających niczym polerowana stal, miasto kopuł, pokrytych złoconą i srebrzoną blachą, tak że w promieniach słońca wyglądały niby żywy ogień. Miasto tak rozległe, że zobaczyli je zaraz po wyjściu z przełęczy, choć jak zapewniał truciciel, do murów mieli jeszcze przeszło czterdzieści mil.
Miasto, które bawiło się z nimi w chowanego, znikając i wyskakując zza kolejnych wzgórz, coraz większe i większe, a gdy minęli ostatnie wzniesienie, rozpostarło się przed ich oczami niczym płachta świeżego płótna rzucona na trawę. Droga do bram wiodła wzdłuż tafli jeziora, i to także nie czyniło widoku bardziej realnym.
Gdy zatrzymali się na nocleg, miasto rozświetlało granat nocy ognistą łuną, a jego odbicie powtarzało wiernie każdy błysk, jakby oba chciały powiedzieć: „Tu jesteśmy. Nie zapomnijcie o nas”.
Jakby było można.
Następnego dnia Deana wciąż milczała, maszerując kilka kroków obok książęcego słonia. Rankiem odmówiła zajęcia honorowego miejsca na grzbiecie drugiego olbrzyma, czym zdaje się rozbawiła Laweneresa i doprowadziła do wybuchu złości Wielkiego Kohira. Nic jej nie obchodziły uczucia jednego i drugiego, lecz teraz trochę żałowała swojej decyzji, bo z góry miałaby o wiele lepszy widok.
Nadal trudno było ocenić wielkość Białego Konoweryn. Suchi wymruczał jej do ucha niewiarygodną liczbę stu pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców w samym mieście i pięćdziesięciu tysięcy poza murami. Jeśli tak, to pewnie większość z nich stała właśnie wzdłuż drogi, wrzeszczała, zdzierała gardło w jakichś pieśniach, rzucała pod nogi książęcego słonia kwiaty, palmowe liście, drogie materiały. Jakaś kobieta rozłożyła na ziemi batystową chustę, a gdy tylko zdeptały ją potężne stopy, podniosła zmaltretowany materiał i przycisnęła do piersi, ryzykując stratowanie przez następnego słonia.
Otaczający czoło pochodu wojownicy Rodu Słowika mieli coraz więcej kłopotów z utrzymaniem napierającego tłumu, ludzie krzyczeli, wyciągali ręce, po wielu policzkach płynęły łzy. Na jeziorze unosiły się setki łódek, stateczków i całkiem sporych statków o masztach obwieszonych kolorowymi flagami, a wielu żeglarzy wskakiwało do wody i płynęło do brzegu.
Wiele twarzy obracało się oczywiście także w jej stronę. Młode, stare, kobiece i męskie. Matki podnosiły małe dzieci, których otwarte buzie przedrzeźniały zdumiony księżyc. Gest, który zdążyła już poznać – prawa dłoń na sercu i lekki ukłon – widziała teraz w tysiąckrotnym odbiciu. Ktoś cisnął jej pod stopy szal, wyglądający jak utkany z mgły, i zabrał, gdy po nim przeszła.
Nagle wokół zrobiło się luźniej, jakby jakieś zaklęcie odepchnęło ludzi nieco dalej od drogi.
– Dołożę jeszcze jeden kamyk do twojej legendy, jeśli pozwolisz. – Suchi wyrósł obok niej jak spod ziemi. – Wierz mi, dla niektórych spacer z królewskim trucicielem to większy dowód odwagi niż zabicie dwudziestu bandytów.
– Dwudziestu?
– Takie plotki powtarza pospólstwo na mieście. Ja tylko mówię, co usłyszałem.
Kolejny szal wylądował pod jej stopami. Przekroczyła go energicznie, wywołując jęk rozpaczy właścicielki.
– Co oni z tym…
– To na szczęście. Jeśli w promieniu dziesięciu tysięcy kroków od Świątyni Ognia książęcy słoń, koń, wielbłąd, cokolwiek, podepcze taką chustę, zyskuje ona błogosławieństwo Agara. Bądź miła.
Deana westchnęła, cofnęła się kilka kroków i z rozmachem nadepnęła materiał, wart więcej niż całe jej ubranie. Zignorowała pisk szczęścia i dogoniła truciciela. Przy nim przynajmniej było czym oddychać.
– Nie zapytam, czy stoję między koniem a słoniem, czy koniem a wielbłądem – wymruczała.
– Nie pochlebiaj sobie. Na skali deptania jesteś gdzieś między ulubionym pieskiem a osiołkiem noszącym książęce kufry.
Zerknęła w bok. Suchi miał świetną zabawę.
– A gdyby sam książę nadepnął na taki szal?
– Właściciel pociąłby go na sto kawałków, a za każdy z nich jego rodzina mogłaby przeżyć rok. Albo trzymał w domu jak świętość przez dziesięć pokoleń, póki materiał nie rozpadłby się w proch. Wiem tylko o pięciu takich przypadkach w ciągu ostatnich stu lat, gdy stopa księcia zdeptała czyjąś chustę. Trzy z tych chust wiszą teraz w Świątyni Ognia jako najświętsze relikwie.
Deana spojrzała na tłum otaczający drogę.
– Wasz książę to coś więcej niż tylko zwykły władca, prawda?
– To Dziecię Ognia. Żywy dowód, że Pan Ognia stąpał kiedyś między ludźmi. Legenda mówi, że póki Wybraniec zasiada na tronie, Białemu Konoweryn nie zagrozi żaden wróg.
Deana z należytym zaangażowaniem przydepnęła kolejną chustę i zerknęła na Wybrańca kołyszącego się miarowo na grzbiecie słonia. Wyglądał zwyczajnie.
– A ilu jest jeszcze pretendentów do tronu? Przyrodnich braci albo kuzynów?
– Nie słuchałaś? Podobno książę opowiedział ci o zwyczajach Dworu. Nie ma ich więcej. Są sposoby, by kobieta nie zaszła w ciążę, i są takie, by ciąży nie donosiła, więc od dwustu lat rozwój książęcego rodu jest bardzo dobrze kontrolowany. – Truciciel uśmiechnął się paskudnie. – Dzięki temu nigdy nie ma więcej niż dwóch albo najwyżej trzech książąt jednocześnie. I każdy z nich ma prawo do posiadania jednego syna, w szczególnych przypadkach może mieć ich dwóch. Czasy, gdy panowały inne zwyczaje, przyniosły nam dwie wielkie bratobójcze wojny. Pierwsza pięćset lat temu rozbiła królestwo Daeltr’ed na dwa mniejsze, Wschodnie i Zachodnie, druga dwieście lat temu rozniosła je na strzępy, pozostawiając garść księstw, zmiotła jeden z najpotężniejszych Rodów Wojny z powierzchni ziemi i niemal doprowadziła do upadku dynastię Dzieci Ognia. Piętnaście lat szukano kogoś, kto ma wystarczająco czystą krew, by stanąć w Oku. Tym skutkuje nadmiar książąt. Ambicja i żądza władzy potrafią zniszczyć każdy kraj.
Prychnęła.
– Zaczęły się zawody w mówieniu banałów? Może ja też spróbuję? Miłość pokona wszelkie przeszkody. Albo lepiej, uczciwość i szlachetność gwarantują dobre życie i godną śmierć. – Udała, że się zastanawia. – Nie, czekaj, jednak wygrałeś.
Spojrzał na nią spod oka.
– Radzę pamiętać o naszej poprzedniej rozmowie i gryźć się w język za każdym razem, gdy zachce ci się powiedzieć jakąś głupotę. Czyli zawsze, gdy otworzysz usta w celu innym niż jedzenie czy picie. Nie jesteś ważna, ale u nas się mówi, że pojedyncza iskra wznieca pożar. Więc lepiej bądź drobiną popiołu niż żaru. – Suchi przyłożył dłoń do serca i po raz pierwszy ukłonił się przed nią. – I radzę jednak wsiąść na słonia.