Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Kolumna zbliżała się do bram miasta, które rozhisteryzowany tłum zdążył już całkiem zakorkować. Wrota były równie nieprzejezdne, jak gdyby strzegła ich opuszczona krata i podniesiony most. Grupki strażników ruszyły naprzód, by zrobić przejście, i wtedy tłum wzdłuż drogi naparł mocniej. Osłabiony kordon pękł, a Deana nagle znalazła się w centrum trąby powietrznej. Popychano ją, szarpano, ktoś – przypadkiem czy z powodu skrajnej głupoty – próbował złapać za jej ekchaar, schwyciła bezczelną dłoń i bez ceregieli złamała w niej trzy palce.
Poczuła, jak inne ręce szarpią za jej szable, w tym ścisku było za mało miejsca, by zdołała wyciągnąć broń, kopnęła tylko wściekle i szarpanie się skończyło. Ubrana na biało kobieta wrzeszczała coś piskliwym głosem, obok niej gruby mężczyzna próbował zaintonować jakąś pieśń, lecz nagle ktoś chyba go podciął, bo przewrócił się, pociągając za sobą kilka osób. Tłum zakłębił się nad tymi, którzy upadli, a wrzaski i jęki podniosły się o ton.
Wybuchła panika.
I nagle rozległo się przenikliwe trąbienie i towarzyszące mu potężne, wywołujące dudnienie w kościach łup, łup, łup. A ludzie, słysząc ten dźwięk, przykucali, osłaniali głowy rękoma albo próbowali uciekać.
Deana znalazła się oko w oko z wysoką na dwanaście stóp i ważącą tyle co stu mężczyzn grozą.
Maahir, książęcy słoń, stał pośrodku drogi z trąbą zadartą w górę, uszami rozłożonymi na boki i kołysząc głową, tupał w miejscu nogami wielkimi jak pnie drzew. Łup, łup, łup. Pozostałe słonie w kolumnie podjęły bojowy taniec. Grunt przenosił te uderzenia, które trafiały wprost do jej przepony, powodując wręcz bolesny skurcz. Małe, błyskające wściekle oczko spoczęło na Deanie i przez moment miała wizję niepowstrzymanej góry mięśni i kości pędzącej w jej stronę.
Ale potem zobaczyła łobuzerski uśmiech Samiyego i wszystko wróciło na swoje miejsce.
– Nagatey. – Chłopak zrzucił jej poznaczony węzłami sznur.
Zaklęła, rzuciła okiem na tłum, który jakoś wcale nie zrobił się mniejszy, i złapała za sznur. Na górze silne, szczupłe dłonie pomogły jej zająć miejsce pod baldachimem.
– Teraz rozumiesz, czemu tak ważne było, żebym do miasta wjeżdżał na grzbiecie Maahira. Jakieś trzysta lat temu jeden z moich przodków został ściągnięty z konia i rozerwany na strzępy przez rozhisteryzowany tłum. Nadmiar uwielbienia może być równie groźny jak nienawiść. Wina?
Przyjęła kielich wypełniony płynną słodyczą w kolorze miodu, nie bardzo wiedząc, co ma z tym zrobić. Jak u licha…
Laweneres pociągnął jeden ze sznurków i spod baldachimu opadły zwoje jedwabiu, odcinając ich od reszty świata.
– Musisz być zmęczona. – Świeżo upieczony władca zignorował jęk rozczarowania dobiegający z zewnątrz. – Przeszłaś wiele mil. Zaraz skończymy przedstawienie.
Jakby na niewidoczny znak słonie zaprzestały tupania i trąbienia.
– Są dobrze wyszkolone. Napij się, proszę.
Uchyliła lekko ekchaar i pociągnęła z kielicha. Słońce, kwiaty, lekkie wspomnienie wody z górskiego strumienia. Mężczyzna wyciągnął dłoń ku jej twarzy, lecz napotkał materiał.
– Dlaczego…
– Nie ufaj nigdy mniej niż trzem zasłonom, jak powiadamy. Jeśli ktoś źle zamocowałby ten jedwab, musiałabym zabić połowę twojego miasta – wymruczała. – Nie najgorsze wino.
Cofnął rękę i przez chwilę wyglądał trochę niepewnie i trochę smutno, jakby to z niego coś zerwało zasłony.
– Tęskniłem. Do twojej twarzy.
– W pałacu będziesz miał dość… twarzy.
Coś przebiegło przez jego oblicze. Jakby nieśmiała prośba.
– Nie miałem nic złego na myśli, mówiąc wtedy o wykorzystaniu cię. Nie chciałem cię okłamywać. Jestem księciem Białego Konoweryn, lecz jestem też tłumaczem, ślepcem i mężczyzną, który nie jest panem własnego losu.
Upiła jeszcze wina, patrząc na niego uważnie, szukając śladu kpiny.
– Książę, ślepiec, tłumacz i niewolnik. Wygląda na to, że w trzech czwartych mówiłeś prawdę. Nieźle, jak na mężczyznę – powiedziała. – Mogę zrozumieć, czemu się nie przyznałeś. Ale trzeba czegoś więcej niż kielich kiepskiego wina, żebym przestała się wściekać. Mimo to… wjadę z tobą do miasta. Niektórzy z tych ludzi mieli miny, jakby chcieli sobie zabrać kawałek mnie.
Wydawało jej się, że przez mgnienie oka na jego twarzy zobaczyła ulgę. Uśmiechnął się jeszcze nieśmiało i w tym momencie Samiy krzyknął coś ponaglająco.
– Niecierpliwią się – mruknął Laweneres. – Ród Słowika opanował już sytuację. Gotowa?
Pociągnęła ostatni raz z kielicha, poprawiła zasłonę na twarzy.
– Gotowa. Możesz już ukazać się w całym majestacie.
– Usiądź naprzeciw mnie, plecami do Samiyego. Połóż dłonie na rękojeściach broni. Będziesz moją osobistą strażniczką. Już?
Gdy jedwab poszedł w górę, siedziała przed księciem i musiała przyznać, że jej się tam podobało, choć na niektórych twarzach poniżej widziała dezaprobatę. Z grzbietu słonia tłum nie wyglądał już tak przerażająco. Potęga i siła emanująca z tego gigantycznego zwierzęcia dawała poczucie bezpieczeństwa. A widok…
– Szkoda, że nie możesz tego zobaczyć – szepnęła, gdy ruszyli.
– Widzę. – Odwrócił głowę w lewo. – Tam jest jezioro Kses. Największe w księstwie. Pływają po nim statki niewiele mniejsze niż morskie. Zresztą, niektóre z nich to morskie okręty, które przypłynęły tu Kanałem Węża. Do tego setki łodzi i łódeczek. Nad każdą powiewają sztandary i chorągwie, a miasto przegląda się w toni jak skąpiec szukający monety na dnie. Po prawej, wzdłuż drogi, ciągną się pola, wypełnione w tej chwili ludźmi. Wszyscy ubrali się w swoje najlepsze rzeczy, przynieśli zielone gałązki, kwiaty, szale i chusty. Maahir depcze po tym wszystkim i tylko Samiy hamuje go przed obżeraniem się delikatnymi liśćmi. Słowiki powstrzymują tłum włóczniami, udało im się już, że tak powiem, zdobyć bramę. – Uśmiechnął się lekko, a jej nagły skurcz ścisnął serce. Człowiek, który nie urodził się ślepcem, musi czepiać się swoich wspomnień i mieć nadzieję, że pamięć go nie zawodzi.
Książę kontynuował:
– Brama jest ustrojona wstęgami jedwabiu w kolorze żółtym i szkarłatnym. Barwy ognia. Jej czeluść wygląda jak paszcza potwora z zębami kraty sterczącymi z górnej szczęki. Dobrze mówię?
– Czyje to wspomnienia?
– Dziewięciolatka, który towarzyszył starszemu bratu w uroczystym wjeździe do miasta. Dawno temu. Zanim nadeszła ciemność.
Przymknęła oczy.
– Książę…
– Nie. Ślepiec i niewolnik. Książę pojawi się, gdy wjedziemy do miasta.
Miał rację. Gdy tylko wynurzyli się z cienia bramy, odniosła wrażenie, jakby na twarz Laweneresa ktoś naciągnął maskę „władcy”. Pełen łaskawości uśmiech, dostojne ruchy, dłonie uniesione w geście błogosławieństwa. Dopiero po chwili zauważyła, że siedzący za jej plecami chłopak wyrzuca teraz z siebie półgłosem setki słów.
– Co on mówi?
– Lewa strona, balkon, grupa kobiet, dalej, ziemia, kupcy z gildii przypraw, prawa strona, ziemia, cech tkaczy jedwabiu, rozkładają materie na ulicy, sprytnie, za ubrania, które z nich uszyją, będą mogli zażądać dziesięć razy więcej niż zwykle. Prawa strona, drugie piętro, starzec z czepcem bohatera na głowie. Pewnie jakiś weteran wojenny, pozdrowić dwa razy.