Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Laweneres wymruczał to, niemal nie otwierając ust i nie przestając łaskawie skłaniać głowy, posyłać pełnych godności uśmiechów i dostojnie machać rękami.
– Samiy jest moimi oczami, a choć podobno Dziecię Ognia potrafi zawsze dostrzec płomień duszy, w tłumie jest to trudne. Lepiej więc zdać się na niego.
Książęca kolumna posuwała się ulicą, którą zamykały ściany wysokich domostw. Deana w ogóle nie wyobrażała sobie, że można stawiać je w ten sposób, jeden na drugim. Wychylając się spod baldachimu, naliczyła cztery, a gdzieniegdzie pięć kondygnacji, zwieńczonych stromymi dachami. Wszystkie ściany lśniły bielą polerowanego wapienia, a każde okno, balkon, drzwi obrodziły twarzami. Jasnymi, śniadymi i całkiem ciemnymi. Jakby wszystkie plemiona znane ludzkości wysłały swoich przedstawicieli na powitanie księcia.
Z góry nieprzerwanie sypały się kwiaty, zielone gałązki i drogie materiały.
Wyglądało na to, że Białe Konoweryn bez żadnych warunków uznawało w Laweneresie swojego władcę.
Maahir, potrząsając głową i trąbiąc donośnie, wszedł na plac, który wyglądał, jakby ktoś wyrwał w ciele miasta olbrzymią ranę, długą i szeroką na co najmniej dwieście kroków, po czym wybrukował ją płytami lśniącego kamienia. Teren wypełniały tysiące ludzi, lecz były też miejsca, ogrodzone rzędami odzianych na żółto wojowników, gdzie panował zdecydowanie mniejszy tłok. Sądząc po ilości jedwabiu, złotogłowiu i setkach dywanów leżących wprost na kamiennych płytach, zajmowała je arystokracja i członkowie książęcego dworu.
Na szczęście dla słoni i reszty karawany zostawiono szerokie przejścia.
Rozejrzała się.
Z lewej strony mieli mur, za którym znajdował się budynek z taką liczbą kopuł, delikatnych wieżyczek, wielkich okien i koronkowych ozdóbek wyglądających jak wykonane z pajęczej przędzy, że nawet ona, dziewczyna z gór, nie mogła mieć wątpliwości, na co patrzy. Tylko książęce, bajkowe pałace mogły być takie… śmiesznie niepraktyczne. Naprzeciw niego wznosiła się budowla większa, szersza i przez kontrast posępna jak starucha grzebiąca kolejnego męża. Miała tylko jedną kopułę, za to szeroką na około sto kroków, wspierającą się na setkach kolumn, między którymi rozwieszono barwne tkaniny. Złoto, żółć, stary miód, czerwień. Kolory ognia. Do tkanych, lekko falujących ścian prowadziły schody. Dużo schodów teraz wypełnionych ludźmi.
Patrząc na tę budowlę, Deana poczuła zapach spalenizny i smak popiołu w ustach.
– Świątynia?
– Dom Ognia. Najświętsze miejsce księstwa. Nie. Najświętsze miejsce całego Południa. Wszystkich księstw. To tu po raz ostatni objawił się ludziom Agar Czerwony. Tu zawarł z nimi przymierze. Tutaj wiecznym ogniem żarzy się Jego Oko.
Olbrzymia kopuła wyglądała na zbudowaną z kamiennych płyt, lecz nad jej szczytem powietrze lekko migotało jak nad rozpaloną słońcem pustynią. Issaram wiedzieli, że po Wojnach Bogów Nieśmiertelni odeszli do stworzonych dla siebie królestw, zadowalając się tylko mocą okiełznaną przez modlitwy i ofiary wiernych. Ale w niektórych miejscach drogi wiodące do tych królestw były krótsze. Dawało się posłyszeć echa boskich krain, najpotężniejsi kapłani, poszcząc, umartwiając ciała, medytując i modląc się, pukali do ich bram. A przynajmniej tak twierdzili. Wiele miejsc kultu budowano tam, gdzie moc danego boga była obecna silniej, a setki lat modlitw, hymnów pochwalnych i oznak czci jeszcze skracało odległość między dominium danego Nieśmiertelnego a jego wiernymi. Kapłani w takich przybytkach czerpali Moc wprost z królestwa swojego władcy i choć poza nimi mogli być słabi i bezbronni, to w świątyniach potrafili dorównać najpotężniejszym czarownikom.
Przynajmniej niektórzy.
Patrząc na świątynię, Deana czuła Moc. Potężną i bezlitosną. Moc ognia, pożaru trawiącego całe lasy, wypalającego tysiące mil stepu, pożerającego miasta, zamieniającego skałę w płynną masę. Przypomniała sobie garść legend Issaram. Agar był bogiem płomieni, lecz walczył daleko na południu, wspierając Laal w jej kampanii przeciw Beztwarzowym. Jego awenderi nigdy nie pojawili się poza południowymi krańcami pustyni, a gdy wojna tam przycichła, wycofał się. I tyle. Potrafiła sobie przypomnieć tylko kilka wersów, w których pada imię Pana Ognia.
Daleki, mało ważny bóg.
Ale nie tutaj.
Tutaj biło serce jego kultu, a aspektowana przez Agara Moc niemal wypalała jej umysł.
– Czarownicy nie mają tu lekkiego życia – mruknęła, odwracając wzrok od świątyni.
Laweneres błysnął uśmiechem.
– Prawda? Każdy to czuje. Ale oni też mogą tu wytrzymać. Agar nie jest małostkowym, zawistnym bogiem, czego nie można powiedzieć o niektórych jego kapłanach, i w żadnym ze zwojów nie zakazywał używania magii ani kłaniania się swojemu Rodzeństwu. W końcu połowa bogactw spływa do nas morzem, więc obrażanie Bliźniąt nie byłoby mądre. A bez błogosławieństw Laweiry nasze pola mogłyby się wyjałowić i nie mielibyśmy czym handlować, Pani Wiatrów zaś przywiewa nad pustynię chmury, które ożywiają ją na chwilę i otwierają szlaki handlowe.
Maahir zatrzymał się na środku placu i obrócił bokiem do świątyni. Reszta książęcego orszaku rozstawiała się karnie wokół. Przed Domem Ognia zostawiono wolną przestrzeń, szeroką i głęboką na jakieś sto stóp. Wyjątkowe marnotrawstwo w tak zatłoczonym miejscu.
– Zejdziesz na dół?
– Po to, by zginąć pod tysiącami rzuconych chust? W mieście książę prawie nigdy nie chodzi pieszo. Evikiat uprzedził mnie, że przygotował jakąś niespodziankę. Dla dobra tronu, jak twierdzi. To podobno zajmie tylko kwadrans.
Deana powinna się czegoś domyślić, gdy na pustym miejscu zjawiła się grupa ludzi ubrana w dziwaczne stroje, z twarzami schowanymi za maskami, a powietrze przeszyły dźwięki dzikiej muzyki. Przez kilkadziesiąt uderzeń serca w ogóle nie wiedziała, na co patrzy, ludzie biegali, skakali, przewracali oczami i wymachiwali rękami w rytm narzucany przez instrumenty, ale nie było w tym większego sensu. Dopiero pojawienie się kilku mężczyzn w szarych strojach, którzy nosili maski zaopatrzone w olbrzymie uszy i sięgające ziemi trąby, pozwoliło jej odgadnąć właściwy kod. To była opowieść. Opowieść snuta nie głosem, lecz gestami i muzyką.
Zobaczyła nagle karawanę sunącą przez pustynię. Dwóch mężczyzn w szarych strojach niosło lektykę, w której siedział książę, odziany oczywiście w biel. Ujrzała napad na karawanę, dziesiątki groźnych postaci wyskakujących ze wszystkich stron, straszliwe czary rzucane w rytm grzmiących bębnów, księcia z szablą w ręku, kładącego trupem przynajmniej dziesięciu groteskowo powykrzywianych zbójców.
Samiy gadał bez przerwy, najpewniej opisując swemu panu, co się dzieje.
– Naprawdę zabiłeś dziesięciu bandytów? – przerwała chłopcu monolog.
– Nawet nie jednego. Zaskoczyli nas.
W następnej scenie nieustraszony książę, którego maska była wymalowana jak twarz ladacznicy, stał dumnie, otoczony przez dwudziestu dzikich bandziorów wygrażających mu obnażoną bronią. Prawość, godność i odwaga biły z niego tak, że zbójcy nie śmieli zbliżyć się bardziej niż na kilka kroków. Nawet czarownik, ponury olbrzym w czarnej masce wykrzywionej w grymasie furii, słaniał się i chwiał pod wpływem aury bijącej od białej postaci.
– Ojej. Dziwne, że nie przyprowadzili cię do domu, oddając własne głowy katu.
– Wierz mi, są chwile, kiedy się cieszę ze ślepoty.
Książę wreszcie uległ, choć nie bez walki i tylko dlatego, że osłaniał własnym ciałem małego chłopca.
Zapadła noc, a po niej bandyci wnieśli na plac i rzucili na ziemię kolejną postać. Nie rozpoznałaby jej, gdyby nie pochwyciła spojrzenia, jakim obrzucił ją Samiy. Chłopak szczerzył się jak głupi.