Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Skoro książę chce mieć na wpół oswojoną dzikuskę, będzie ją miał.
Wybieranie tkanin zajęło im kwadrans. Deana odrzuciła na ziemię wszystkie tęczowo kolorowe, malowane ręcznie jedwabie i batysty, wszystkie pastelowe, żółte, jasnoczerwone, błękitne, kobaltowe i szafirowe bele tkanin, za które w rodzinnej afraagrze większość kobiet dałaby się pokroić. Krawcowa wzdychała, przewracała oczami, rozkładała ręce i kazała przynosić coraz to nowe materiały. W końcu trafiły na coś, co kobieta ujęła w dłonie z taką miną, jakby podnosiła skórę zrzuconą przez węża – belę zwykłego, choć drobno tkanego płótna w kolorze kremowych skał oświetlanych purpurą zachodzącego słońca. Deana uśmiechnęła się szeroko i skinęła głową.
– To.
Dobrały do materiału jeszcze kilka łokci białego sukna, osiem stóp zwykłego sznura służącego do wiązania zwierząt na wybiegu i – jedyne ustępstwo na rzecz lubiących kolory Konowerczyków – kilka barwnych wstążek.
Książęca krawcowa patrzyła na ten żałosny stosik z prawdziwą rozpaczą, ale Deana była bezlitosna.
– Do roboty!
*
Następnego dnia wyszła z namiotu, mając na sobie najprostszy noasm i narzuconą na wierzch ta’chaffdę, przewiązaną kawałkiem sznurka obszytego czerwoną wstążką. W ręku trzymała podarowane talhery. Kierowała się tam, skąd dochodził stukot młotów, zapach skóry i palonego węgla.
Kilkanaście namiotów rozłożyło się nieco na uboczu, by trwająca w nich praca nie przeszkadzała ważnym osobom. Byli tu szewcy, rymarze, kowale, piekarze, krawcy, zbrojmistrze. Żadnych jubilerów, handlarzy perfum czy ciastkarzy, tylko solidni rzemieślnicy, niezbędni do funkcjonowania tak wielkiej karawany. Deana z uznaniem obejrzała kolekcję szabel i mieczy rozłożonych na stojaku przed jednym z namiotów, po czym weszła do środka. Zbrojmistrz, czarny jak noc, powitał ją uważnym spojrzeniem spod gęstych brwi.
Położyła przed nim broń.
– Usuń to. – Przejechała palcem po kamieniach i perłach zdobiących pochwy. – Wszystko.
– Sakari?
– Tak. Sakari. – Żeby ją dobrze zrozumiał, podważyła paznokciem jedną z perełek i wyrwała. – Sakari.
Skinął głową, po czym musnął palcem ozdobioną rubinami rękojeść.
– Sakari hana?
– Tak. – Odszukała wzrokiem jedną z szabel o rękojeści obłożonej skórą rekina. – Zrób to tak. – Pokazała ręką.
Omiótł ją spojrzeniem i zapytał:
– Orgi? Sawenry? Muschi? Za…płata – dodał w meekhu.
Oczywiście musiał wiedzieć, z kim ma do czynienia, ale interes to interes. Wręczyła mu wydłubaną perełkę.
– Zapłata. – Wskazała na resztę ozdóbek.
To zapewne było więcej, niż mógłby zarobić przez pół roku, nawet gdyby obsługiwał tylko ludzi z otoczenia samego księcia. Przez moment wwiercał się w nią wzrokiem, po czym odwrócił się i znikł za przesłoną dzieląca namiot na pół. Po kilku chwilach wrócił z pudłem, z którego wydobył dwie nieskończone jeszcze, obszyte czarną skórą pochwy do talherów. Wyciągnął jej szable, zacmokał z uznaniem na widok pyvy i przymierzył broń do swojego dzieła. Pasowała niemal idealnie, kilka poprawek i nowe okucia, a całość stworzy wspaniały komplet.
Położył na jednym końcu ławy ozdobione klejnotami cacka, a na drugim czarne pochwy, i zaczęły się targi. W ich wyniku na własność Deany przeszła też para krótkich sztyletów, sierpowaty nóż w wysadzanej srebrem pochwie i dwa nowe, czarne pasy do talherów, a na dodatek spora sakiewka ze srebrnymi i złotymi monetami. Z pewnością trafiła na naprawdę uczciwego rzemieślnika.
– Jutro? – Wskazała dłonią słońce i zatoczyła ruch dookoła.
Uśmiechnął się, błyskając śnieżnobiałymi zębami.
– Jutro.
Wyszła, zabierając sztylety, nóż i sakiewkę. Wymiana, która zadawala obie strony, to najlepszy handel na świecie.
*
Trzeciego dnia rankiem namioty spakowano i załadowano na wozy oraz grzbiety wielbłądów, osłów i mułów. Przewodnik karawany ustawiał wszystkich w odpowiednim szyku, oddziały odzianych w żółte szaty jeźdźców otoczyły oazę pierścieniem szerokim na pół mili, inni, spieszeni, ustawiali się w karnych kolumnach między wozami a stadami zwierząt. Czarownicy uwalniali Moc do ziemi i w powietrze, szukając oznak niebezpieczeństwa. Wymarsz książęcej karawany przypominał pierwsze ruchy niewielkiej armii rozpoczynającej kampanię.
Gdy ruszali na południe, prowadził ich olbrzymi słoń dźwigający szkarłatnozłoty baldachim, pod którym siedział mężczyzna o oczach zakrytych bielmem. Jego kornak poklepywał szarego giganta po głowie, szeptał mu coś do ucha i najwyraźniej czuł się szczęśliwy jak nigdy. Ale i tak wszyscy zerkali na kobietę, idącą swobodnym krokiem kilka stóp od zwierzęcia.
Rdzawa szata sięgająca ziemi, ciemna zasłona na twarzy, dwa czarne pasy opadające na biodra, obciążone szablami w równie czarnych, szerokich pochwach. Swobodny krok. Wszyscy wiedzieli, że issarska kobieta ledwo kilka dni wcześniej wędrowała wieziona na wozie, zbyt słaba, by choć usiąść, lecz teraz najwyraźniej szykowała się do przebycia pieszo dwustu pustynnych mil.
Issarowie naprawdę byli żywotni jak samaje.
Ślepy mężczyzna przesunął się na przód siedziska i klepnął chłopca w ramię.
– Jak wygląda?
Wysłuchał opisu, zamyślonym ruchem pogładził brodę i uśmiechnął się zagadkowo.
– Czy jej strój coś znaczy? – zapytał młody kornak.
– Owszem. Czarne pasy szabel, prosta szata. Mówią mniej więcej tyle: jestem pielgrzymem, nie przeszkadzaj mi w wędrówce. Język barw jest dla Issaram bardzo ważny. Czerwień oznacza niewinność, błękit żałobę, biel śmiertelne niebezpieczeństwo, żółty odnalezienie własnej ścieżki w życiu. Natomiast czarne pochwy talherów mówią: nie chcę twoich podarków, uraziłeś mnie, jestem dumna i wściekła. To wiadomość w uniwersalnym języku kobiet.
– Powinienem się nauczyć tych języków. Tak jak ty.
– Issarskiego mogę cię zacząć uczyć choćby zaraz. Drugiego niestety ani ja, ani żaden inny mężczyzna nigdy nie poznał do końca. – Uśmiech ślepca był nieodgadniony jak pustynia. – Przekaż Evikiatowi, że dziś zrobimy dłuższą przerwę południową. Zaczniemy godzinę wcześniej niż zwykle i wyruszymy godzinę później.
– Nie będzie zadowolony, ciągle każe się spieszyć.
– Nieważne. Jeśli ona z wyczerpania straci przytomność, my stracimy dwa dni, a nie dwie godziny. A wierz mi, moja znajomość języka kobiet wskazuje, że teraz musielibyśmy ją związać, by znalazła się na grzbiecie jakiegoś zwierzęcia.
Książę wrócił na swoje miejsce, nalał sobie wina i uniósł kubek w toaście.
– Za podróż. I kłopoty z tłumaczeniami.
Rozdział 16
Żagiel załopotał i zgasł, straciwszy wiatr. Naywir sprawnie go zrefował, a Domah przesunął się na dziób, by wyskoczyć i wciągnąć łódź na brzeg. W tym miejscu odpływ odsłonił wąski kawałek plaży, mieli więc szansę na spędzenie nocy na stałym lądzie, a nie jak poprzednio w rozkołysanej łupinie milę od brzegu.
Amoneria była wyjątkowo niegościnna dla statków. Tylko ujścia rzek i okolice Kamany sprzyjały żeglarzom, reszta plaż wyglądała jak tutaj, stromy klif i wąski pasek kamienistego gruntu regularnie zalewany i odsłaniany w rytm przypływów i odpływów oceanu. To była jedna z przyczyn izolacji wyspy. Z drugiej strony, jeśli ktoś miał odrobinę determinacji i solidną linę, na klify dało się wspiąć, więc opłacało się korzystać z morskich szlaków dookoła wyspy.