Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 104
Перейти на страницу:

– Mówisz prawdę, wierzę ci. A czy wiesz, dokąd ona się udała?

– Nie wiem, wujaszku... – Żydek zawiódł Jakowa Michajłowicza, ale kiedy zobaczył, jak sposępniało oblicze strasznego człowieka, natychmiast dodał: – Mówiła o Dolinie Izraelskiej. Pytała, jak tam się dostać. I jeszcze o Megiddo.

„Wujaszek" westchnął z ulgą.

– I niczego więcej nie powiedziała?

– N-nie...

Chłopak był chyba wydojony do ostatka. Jakow Michajłowicz zamyślił się.

– Wujaszku, daję słowo, wszystko panu powiedziałem...

– Milcz, koleżko, nie przeszkadzaj. Zastanawiam się, czy można darować ci życie – wymamrotał „wujaszek", pocierając skroń.

Tu Żydek ni stąd, ni zowąd wypalił – uroczyście, z przekonaniem:

– Zabić mnie w żaden sposób nie można, bo muszę uratować ludzkość!

To zdecydowało. Jeśli to jeden ze zbawców ludzkości, to na pewno rozgada – zrozumiał Jakow Michajłowicz. Znamy ich żydowski telegraf.

Uśmiechnął się uspokajająco do chłopca, jedną ręką pogładził go po guzowatym karku, a drugą ujął za wąski podbródek i gwałtownie, mocno szarpnął.

W kurzej piersi coś zapiszczało, a kiedy Jakow Michajłowicz się cofnął, chudziak bezgłośnie osunął się po murze. Rozdęta, uczona głowa opadła na ramię i zbawca ludzkości połączył się ze swymi przodkami.

X

GNIAZDO PAJĄKA

To dopiero Berdyczowski!

Matwiej Bencjonowicz, unikając wzroku dziesiętnika rejonu kijowskiego, za to patrząc na jego wilgotne wargi, które ułożyły się do pocałunku w kurzy kuper, wycedził z odrazą:

– Pocałunek Judasza. Co, poznałeś mnie, żydowski kumie? Przydało się teraz to poręczne określenie, zapożyczone od „esauła".

Sawczuk wytrzeszczył oczy, Kola zaś zwinął wargi tak, że dolna opadła mu wraz ze szczęką. Teraz najważniejsze były burza i napór.

– Niezłych macie „apostołów"! – napadł Berdyczowski na fabrykanta. – Widziałem tego typka w „Bristolu"! Żydowskie gniazdo, parch na parchu! A ten pełza przed nimi na czworakach. Oni do niego „ty" i „Kolka", a on do nich z całym szacunkiem! Kiedy widzę, jak Rosjanie sami depczą swoją godność, to robi mi się ciemno przed oczyma!

„Esauł" pospieszył ratować Kolę.

– Ależ to celowo! To my mu tak nakazaliśmy! W „Bristolu" zatrzymują się wszyscy ważni Żydzi. Mikołaj to nasze oczy i uszy!

– Gnie się do samej ziemi za byle dziesięć kopiejek. – Rozgniewany prokurator nie chciał nic słyszeć.

– Może to u was jest on żydowskimi oczami i uszami!

Gniew Matwieja Bencjonowicza robił wrażenie. Usta pryskały śliną, rękami zaś machał tak wściekle, że tragarz cofnął się, wpadł na krzesło i zwalił na ziemię.

– Zapewniam pana, panie Dyczowski, że myli się pan, to nasz człowiek! – uspokajał Berdyczowskiego „esauł". –

Sprawdzony dokładnie! Brał udział w najtajniejszych akcjach.

Radca stanu pozwolił się w końcu udobruchać, ale bynajmniej nie od razu.

Tu nastąpił kontratak ze strony obrażonego Koli. Wskazując palcem Matwieja Bencjonowicza, zawołał drżącym z oburzenia głosem:

– Nie miał takich włosów, był czarniawy! Prokurator rzucił wzgardliwie:

– Głupiec! Nie słyszałeś o farbie do włosów?

– Kola, tyś naprawdę głupiec – wsparł prokuratora fryzjer. – Zajdź do mnie, a ja z miejsca cię przemaluję.

– Ale dlaczego przefarbował się pan na Żyda? – zasępił się Sawczuk.

Berdyczowski dał znak oczyma: chodźmy na stronę. Zaszeptał „esaułowi" na ucho:

– Jutro znowu się przefarbuję. Mam pewien plan. Chcę udawać Żyda. Wkręcę się do nich i wybadam, kto oni i jak ich podejść. Mam nadzieję, że dostanę od was stosowne informacje. Kto kieruje ich sanhedrynem po wyjeździe Szefarewicza?

– Jest pan szalony! – Fabrykant zamachał rękami. – Jak z pańskim wyglądem mógłby pan uchodzić za Żyda! Obcego natychmiast rozgryzą. I jak tę dziewczynę – głową pod wodę...

– Raz się żyje, sam pan tego doświadcza – skromnie, mężnie, bez jakiejkolwiek przesady powiedział Berdyczowski. – No, Sawczuk, niechże powie mi pan wszystko, co pan wie.

„Infernalna Zizi"

W piątek rano radca stanu wybrał się na Wielką Berdyczowską do naczelnika gubernialnego komitetu więziennictwa, gdzie zasięgnął pewnych informacji.

Po obiedzie podjął wyprawę numer dwa – tyle że nie do jeszybotu Goel-Israel (po którym zresztą został tylko budynek). Znalazł się cel o wiele bardziej interesujący.

Pogoda była znakomita, prawie letnia, zatem Matwiej Bencjonowicz postanowił się przespacerować, tym bardziej że należało zebrać myśli.

Jakże niepodobny był Żytomierz do ukochanego Zawołżska!

Raj i piekło – powtarzał Berdyczowski, rozglądając się dookoła. Tutaj to bez wątpienia piekło – mimo świeżego listowia, lekkiego wiaterku i błękitnego nieba. Mało tego, na tle piękna natury brzydota miasta raniła jeszcze bardziej. Jakże wyraźnie świat Boży różnił się tutaj od ludzkiego!

Bóg zesłał żytomierzanom i wysokie niebo, i śpiew ptaków, i wspaniały widok z Góry Zamkowej na Teterew.

Ludzie zaś dodali od siebie do Bożego daru brudne zaułki z koślawymi domami, zaplute i zapaskudzone jezdnie, a ponadto własne, wykrzywione złością fizjonomie.

W Zawołżsku wyczuwało się we wszystkim skromną trwałość, pewność, tutaj zaś królowały ponura nędza i jakaś rozlazłość: tylko patrzeć, jak domki zamienią się w próchno, a mieszkańcy rozpierzchną we wszystkie strony niczym poparzone karaluchy. Ponadto w powietrzu unosiło się jakieś szczególne napięcie, zupełnie jakby miasto gotowe było w każdej chwili stanąć dęba i zamienić się w pole bitwy.

Co za spojrzenia, co za twarze, kręcił głową Berdyczowski, tęsknie przypominając sobie zawołżczan. Żytomierski tłumek zdumiewał pstrokacizną. Obok Żydów, Rosjan i Ukraińców trafiali się tutaj i Polacy, i Niemcy, i Czesi, i raskolnicy, przy czym każdy ubierał się i zachowywał po swojemu, na obcoplemieńców patrzył z góry i nie chciał mieć z nimi żadnych kontaktów.

Może to kwestia przynależności narodowej? Nie, odpowiedział sobie Matwiej Bencjonowicz. W Zawołżsku także mieszanina – i Tatarzy, i Baszkirowie, i Zytiacy, i Wotiacy, i Mordwini, i ciż Polacy. Jedni to prawosławni, drudzy są staroobrzędowcami, inni wyznają islam, jeszcze inni katolicyzm i wreszcie zdarzają się też poganie. I co, żyją wspólnie nie najgorzej, nikt nikogo za gardło nie chwyta.

Berdyczowskiemu przyszła do głowy nieprzyjemna antysemicka myśl, akurat stosowna dla przechrzty: może wszystkiemu winni są Żydzi? Bo też jest to religia indywidualistyczna, każdy Żyd ma własne układy z Bogiem, a zatem odpowiada tylko za siebie. Dlatego Żydzi są do przyjęcia, kiedy jest ich mało. Kiedy jednak jest ich wielu albo, jak w Żytomierzu, większość, to koncentracja energii jest tak duża, że nie obędzie się bez iskrzenia.

Chociaż nie, w Petersburgu Żydów prawie nie ma – nie pozwala się im tam mieszkać – a wrażenie życia pod wulkanem jest znacznie ostrzejsze niż w Żytomierzu.

Petersburg naprowadził na odpowiedź. To nie jest kwestia Żydów ani tym bardziej różnic narodowych i religijnych.

To kwestia władzy.

Bo w Zawołżsku władze działają rozważnie, tak że wszyscy żyją sobie spokojnie, sąsiad sąsiadowi nie jest wilkiem i nikt nikomu w spodnie nie zagląda – czyś obrzezany, czy nie. Jeśli jednak ktoś się uprze, to od razu dostanie za swoje: albo od władzy doczesnej, to jest od gubernatora, albo od władzy duchownej, to jest od archijereja.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)