Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— A kto pierwszy komentuje kolor śmierci? Widzę twój pas, ale czy naprawdę mam mu się pokłonić? Czy to tylko „zimne korale” pełzną po piasku?
Stojące nieco z tyłu wojowniczki zaszemrały, uniosły szybko otwarte dłonie na wysokość twarzy i cofnęły się o dwa kroki. To nie nasza sprawa, niczego nie podważamy, w nic się nie wtrącamy.
„Zimne korale”. Deana sama założyła je kiedyś na szyję, odpowiadając na głupie wyzwanie kuzynów i kuzynek. Wśród setek gatunków węży pełzających po pustyniach dwa były szczególnie niebezpieczne. Pierwszy, bransoletnik purpurowy, był jednym z najbardziej jadowitych gadów, jakie znano. Jego ciało pokrywały pasy w najróżniejszych odcieniach czerwieni, od ciemnej barwy zaschniętej krwi po jasną czerwień skalnych maków. Jego ukąszenie powodowało najpierw potworny ból, potem obrzęk, duszności, drgawki i wreszcie śmierć, z krwawym potem zraszającym na koniec twarz. U dorosłego, zdrowego mężczyzny wszystko to trwało kilka godzin. U dziecka czasem dwa kwadranse.
Drugim wężem współodpowiedzialnym za wiele zgonów była zupełnie niejadowita strużanka krwawa. Ta daleka kuzynka bransoletnika na pierwszy rzut oka wydawała się do niego podobna jak jeden talher Deany do drugiego. Tylko że bransoletnik miał zawsze parzystą liczbę pasów na ciele, a ona nieparzystą. Jej winą zaś było to, że dzieciarnia Issaram uwielbiała idiotyczne wyzwania, w tym chyba najpopularniejsze: znajdź strużankę, złap, załóż sobie na szyję, niech oplecie ją niczym zimne korale. Trudno policzyć, ile pasów ma wąż uciekający przed tobą po piasku, łatwo się pomylić w liczeniu, gdy trzyma się w ręku wściekle wijącą się gadzinę. Ciężko się umiera, gdy założyłeś sobie na szyję bransoletnika, którego kły zawierają jad zdolny powalić konia. Tak, strużanka była odpowiedzialna za wiele śmierci, bo w czasie głupich zabaw mylono ją z jadowitym krewniakiem.
Ale nie o to chodziło w słowach Deany. Ona udowodniła już swoje prawo do bieli na pochwach, pokonując na schodach Świątyni Ognia Ka’eliru – Szafirowy Miecz Domu Trzcin i jego dwóch pomocników. O tym pojedynku opowiadano już wszędzie na Dalekim Południu. Natomiast wszyscy Issaram wiedzieli, że strużanka udaje kogoś, kim nie jest, by nie paść ofiarą drapieżnych ptaków, pustynnych lisów lub innych węży. Była sprytna, za co ją szanowano, ale jednocześnie zupełnie niegroźna. Czy więc Rash y’Wannu nosiła biały pas jak ten niegroźny wąż swoje, czerwone? Bardzo dobry wojownik, niebędący jednak prawdziwym mistrzem, niepotrafiący przywoływać transu khaan’s na zawołanie, mógłby poza afraagrami Issaram całe lata udawać kogoś, kim nie jest, żądając wyższych cen za swoje usługi i tanią sztuczką napełniając serca wrogów strachem.
Tym jednym wspomnieniem o „zimnych koralach” Deana podważyła prawo tej kobiety do noszenia białego pasa.
Dlaczego nie? Tęskniła do szczęku broni.
Uśmiechnęła się i położyła dłonie na rękojeściach szabel.
Starsza Issaram skinęła lekko głową, bez pośpiechu odłożyła na ziemię kołczan i łuk.
— Masz rację. Zgrzeszyłam pychą, nazywając cię dziewczyną, jakbyś była moją młodszą, przygłupią krewną. Jeśli połowa z tego, co mówią o twoim pojedynku, jest prawdą, powinnam odciąć sobie swój głupi język. Ale teraz — uniosła włócznię, a ta zamieniła się nad jej głową w furkoczący dysk — słowa już wyleciały, a ja nie będę ich łapać i połykać z powrotem. Sprawdzimy się?
Deana poczuła radosne dudnienie krwi w skroniach. Trans był tuż obok, czekał na wezwanie jak stary przyjaciel. Rękojeści talherów zdawały się skomleć o dotyk jej dłoni. Pozostawała jeszcze jedna sprawa.
— Noszę dziecko pod sercem.
— Wiem. Będę uważać na twój brzuch. Z kolei ty, jeślibyś mogła, uważaj na moją twarz. Do tej pory nie zarobiłam na niej żadnej blizny, wolałabym, by tak pozostało.
— Dob…
Rash skoczyła ku Deanie, a jej włócznia zatoczyła krąg i wystrzeliła w przód niczym atakująca żmija.
Szable Pani Płomieni znalazły się w jej dłoniach, zanim tamta zrobiła dwa kroki. Lewy talher musnął lekko grot włóczni, leciuteńko, tyle tylko, by odbić go w bok, prawy przygotował się na paradę, bo przecież ten przewidywalny atak musiał zawierać w sobie jakiś podstęp.
Zawierał. Drugi koniec włóczni uderzył od dołu, mierząc w kolano Deany. Krok w tył, i jeszcze jeden, gdy grot śmignął ku jej twarzy – poczuła cień rozbawienia, w końcu umówiły się, że będą uważać na oblicze tylko jednej z nich – i skontrowała.
Trans przyszedł, sama nie wiedziała kiedy. Nagle przestała czuć ciężar szabel w dłoniach, chropowatą nierówność kamienistego podłoża, opór, jaki zwykle stawia ciało zmuszane do ekstremalnego wysiłku. Zamieniła się w wodę, w wiatr. Płynęła i leciała.
I dlatego zauważyła, że jej przeciwniczka też sięgnęła po khaan’s.
Powinna poczuć coś w rodzaju dumy: jeśli starszy, bardziej doświadczony mistrz wzywa trans bitewny w tym samym momencie co ty, to znaczy, że szanuje i docenia twoje umiejętności, że uznaje cię za równego sobie, mimo przewagi wieku i większej liczby stoczonych walk. Ale na dumę przyjdzie czas później, teraz jest walka, cios za ciosem, unik za unikiem. Szybciej! Jeszcze szybciej! Skrócić dystans! Długa na sześć stóp włócznia to broń pozwalająca trzymać przeciwnika na odległość, dająca przewagę nawet w pojedynku z kimś uzbrojonym w gresth – dwuręczny miecz do walki z konnicą, więc krótkie szable Deany muszą być szybsze, a ona musi przeć do przodu, musi atakować, nie może pozwolić tamtej oderwać się i odskoczyć.
Jeszcze szybciej!
Starsza wojowniczka parowała wszystkie ciosy, te z góry, z dołu, po skosie. Jej włócznia, mimo że ciężka, oćwiekowana po sam grot, tańczyła lekko jak trzcinka. Przez kilka chwil obie wyglądały jak otoczone półprzejrzystymi zasłonami – Deana srebrzącą się zimną stalą, Rash matową jak drewno, z którego wykonano drzewce jej broni – i tylko towarzyszący im coraz szybszy, metaliczny brzęk oznajmiał wszystkim wokół, że to nie zabawa ani kuglarska sztuczka, lecz prawdziwa walka.