Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 95
Перейти на страницу:

— Hej, panie księżycowy! — zawołała kobieta.

Wróciła Vea, która na chwilę przyłączyła się do innej grupki. Jej płonęła, oczy sprawiały wrażenie ogromnych i rozmytych.

Szevekowi wydało się, że dostrzegł w salonie Pae, tyle tam jednak ¦tyło twarzy. Wszystko odbywało się zrywami, przedzielonymi momentami pustki, zupełnie jakby mu pozwolono obserwować zza kulis funkcjonowanie cyklicznego kosmosu ze starej hipotezy Gvarab.

— Zasada legalnej władzy musi zostać utrzymana, inaczej obsuniemy się w najczystszą anarchię! — grzmiał z groźną miną jakiś gruby mężczyzna. Na co Szevek:

— Tak, tak, obsuńcie się! My cieszymy się anarchią już od stu pięćdziesięciu lat.

Palce stóp małej ślicznotki, obutych w srebrne sandałki, wysunęły się spod jej spódnicy, naszywanej setkami drobnych pereł.

— Proszę opowiedzieć nam coś o Anarres — poprosiła Vea. — Jak tam naprawdę jest? Czy istotnie tak cudownie?

Siedział na poręczy fotela, a ona przysiadła na pufie u jego kolan, prosta i gibka, jej miękkie piersi spoglądały na niego ślepymi oczami, na pewnej siebie zarumienionej twarzy malował się uśmiech. Myśli Szeveka okryła jakaś ciemność i zaćmiła wszystko. Zaschło mu w gardle. Wychylił szklankę, którą przed chwilą napełnił mu kelner.

— Nie wiem — odrzekł; język miał zdrętwiały. — Nie. Nie jest tak cudownie. To brzydki świat. Nie taki jak ten. Anarres to nic tylko kurz i spieczone wzgórza. Wszystko tam jest jałowe, suche. I ludzie niepiękni. Mają wielkie dłonie i stopy, takie jak ja i ten kelner.

Ale nie mają opasłych brzuchów. Bardzo się brudzą i kąpią się wspólnie, czego nikt tutaj nie robi. Miasta są bardzo małe i nudne, ponure. Żadnych pałaców. Życie jest monotonną, ciężką harówką.

Nie zawsze można mieć to, czego by się chciało, lub nawet czego się potrzebuje, bo nie dla wszystkich starcza. Wy, Urrasyjczycy, macie wszystkiego pod dostatkiem. Pod dostatkiem powietrza, deszczu, trawy, oceanów, pod dostatkiem pożywienia, muzyki, budynków, fabryk, maszyn, książek, ubrań i historii. Jesteście bogaci, zaznajecie dostatku. My jesteśmy biedni, cierpimy niedostatek.

Wy macie dużo, my nie mamy nic. Tutaj wszystko jest piękne.

Z wyjątkiem twarzy. Na Anarres nic nie jest piękne, nic oprócz twarzy. Twarzy innych ludzi, mężczyzn i kobiet. Nie mamy nic prócz tego, nic prócz samych siebie. Tu dostrzega się klejnoty — tam oczy. A w oczach przepych — przepych ludzkiego ducha. Bo u nas mężczyźni i kobiety są wolni, nie mając nic, cieszą się wolnością. A wy, posiadacze, opętani jesteście posiadaniem. Jesteście wszyscy więźniami. Każdy sam, osobno, z majdanem swej własności. Żyjecie w więzieniu i umieracie w więzieniu. To wszystko, co dostrzegam w waszych oczach — mur, mur!

Wszystkie spojrzenia były zwrócone na niego.

Wciąż słyszał brzmiący w ciszy swój podniesiony głos, piekły go uszy. Jego myśli znowu ogarnęła ciemność i pustka.

— Kręci mi się w głowie — powiedział i wstał.

Vea ujęła go pod ramię.

— Proszę tędy — powiedziała, śmiejąc się cichym, tłumionym śmiechem.

Poszedł za nią, lawirującą wśród gości. Czuł, że twarz mu zbladła, zawroty nie ustępowały; miał nadzieję, że gospodyni prowadzi go do łazienki albo do okna, by mógł zaczerpnąć świeżego powietrza. Pokój, do którego weszli, był przestronny, oświetlony wpadającym z zewnątrz przyćmionym światłem. Pod jedną ścianą stało wysokie białe łoże; połowę innej zajmowało lustro. W powietrzu unosił się duszny, słodki zapach kotar, pościeli i perfum, jakich używała Vea.

— Masz już dosyć — oświadczyła, z tym samym tłumionym śmieszkiem, stając przed nim i w półmroku zaglądając mu w twarz. — Naprawdę dosyć, jesteś niemożliwy, cudowny! — Położyła mu ręce na ramionach. — Ależ mieli baranie miny! Muszę cię za to pocałować! — To powiedziawszy, uniosła się na palcach, ofiarowując mu usta, białą szyję i obnażone piersi.

Objął ją i — odchylając do tyłu jej głowę — całował wargi, a potem szyję i piersi. Zrazu poddawała mu się, jakby była pozbawiona kości, potem zaczęła się delikatnie wyrywać, śmiejąc się, napierając nań lekko i szepcząc:

— Och, nie, nie, zachowuj się przyzwoicie. Daj spokój, musimy już wracać do gości. Nie, Szevek, opanuj się, nic z tego nie będzie!

Nie zwracał na jej słowa uwagi. Pociągnął ją w stronę łóżka; nie opierała się, nie przestawała jednak protestować. Jedną ręką zaczął manipulować przy skomplikowanym stroju, który nosił, aż zdołał rozpiąć spodnie; potem przyszła kolej na ubranie Vei, nie mógł rozluźnić nisko opasującego jej talię obcisłego paska spódnicy.

— Przestań — wyszeptała. — No już, Szevek, posłuchaj, teraz nic z tego nie będzie. Nie zabezpieczyłam się, gdybym zaszła, dopiero bym miała, mąż wraca za dwa tygodnie! No, puśćże mnie już.

Nie był jednak w stanie spełnić jej prośby; przyciskał twarz do jej miękkiego, spoconego, pachnącego ciała.

— Nie pognieć mi sukni, na miłość boską, spostrzegą się. Miejże cierpliwość, miejże cierpliwość, jakoś to urządzimy, umówimy się gdzieś na spotkanie, widzisz, ja muszę dbać o reputację, nie ufam pokojówce, poczekaj trochę, nie teraz. Nie teraz! Nie teraz!

Na koniec, wystraszona jego ślepą natarczywością i siłą, pchnęła go oburącz w pierś. Cofnął się o krok, zmieszany jej podniesionym nagle tonem, przestrachem i sprzeciwem; nie mógł się już jednak powstrzymać, jej opór tym bardziej go podniecił. Przyciągnął ją do siebie, jego nasienie trysnęło na biały jedwab jej sukni.

— Puść mnie! Puść mnie! — powtarzała podniesionym szeptem.

Puścił ją. Stał oszołomiony. Manipulował przy spodniach, próbując je zapiąć.

— Przepraszam… myślałem, że… że ty chcesz…

— Na miłość boską! — wykrzyknęła, oddalając od ciała fałdy spódnicy i przyglądając się im w przyćmionym świetle. — No i proszę! Muszę się teraz przebierać.

Szevek stał z opuszczonymi ramionami i otwartymi ustami, dysząc z wysiłkiem; nagle odwrócił się i wypadł z mrocznego pokoju. Znalazłszy się w rzęsiście oświetlonym salonie, począł się przedzierać przez tłum gości, potknął się o czyjąś nogę, walczył z przeszkodami w postaci ciał, ubrań, klejnotów, piersi, oczu, płomieni świec i mebli. Wpadł na stół, na którym stała srebrna patera, na niej zaś — ułożone w koncentryczne kręgi na podobieństwo ogromnego bladego kwiatu — leżały nadziewane mięsem, kremem i ziołami ciastka. Chwyciwszy ustami powietrze, zgiął się w pół i zwymiotował na paterę.

— Odwiozę go do domu — zaproponował Pae.

— Niech pan to zrobi, na miłość boską! — zawołała Vea. — Pan go szukał, Saio?

— No cóż, trochę. Na szczęście Demaere zatelefonował do pani.

— Całe szczęście, żeście po niego przyjechali.

— Nie przysporzy już nam kłopotu. Zemdlał w holu. Czy mógłbym przed odjazdem skorzystać z pani telefonu?

— Proszę pozdrowić ode mnie Szefa — rzuciła z przekąsem.

Oiie, który przybył do mieszkania siostry razem z Pae, razem też z nim odjechał. Siedzieli na środkowej kanapie wielkiej rządowej limuzyny, którą Pae miał zawsze na wezwanie — tej samej, którą minionego lata przywieziono Szeveka z kosmodromu. Szevek leżał teraz na tylnym siedzeniu, tak jak go tam wrzucili, i spał jak zabity.

— Czy on przez cały dzień był z twoją siostrą, Demaere?

— Co najmniej od południa.

— Dzięki Bogu!

— Czemu tak dbacie o to, żeby nie zabłąkał się do slumsów?

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)