Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 137
Перейти на страницу:

— Spełniamy prośbę — powiedział książę Vorkosigan.

— Aha. — Jak gdyby nagle zrozumiała. Markowi jednak nie rozjaśniło się w głowie; to nie była jego prośba. — Dobrze. Może Ivan pokaże mu po drodze kawałek miasta.

— O to właśnie chodzi — rzekł książę. — Ivan jest oficerem, więc nie trzeba będzie przydzielać nikogo do ochrony.

Dlaczego, żeby mogli szczerze porozmawiać? A kto go będzie ochraniał przed Ivanem?

— Chyba jednak ktoś na zewnątrz będzie ubezpieczał?

— Och, oczywiście.

Tej ochrony nikt nie miał zauważyć, nawet ci, którzy ją przydzielili. Mark zastanawiał się, czemu niewidzialna ochrona nie zrobi sobie wolnego, twierdząc, że cały czas była tam, gdzie powinna. Podejrzewał, że między poważniejszymi kryzysami przez długi czas udaje się robić takie sztuczki.

Po śniadaniu Mark przekonał się, że porucznik lord Vorpatril ma własny samochód, sportowy, lśniący czerwonym lakierem. Niechętnie zajął miejsce obok Ivana.

— A więc — rzekł niepewnie — dalej masz ochotę urwać mi głowę?

Ivan śmignął przez bramy posiadłości i włączył się do ruchu miejskiego Vorbarr Sultany.

— Teoretycznie tak. Praktycznie rzecz biorąc — nie. Każdy, kto stanąłby między mną a stanowiskiem wuja Arala, jest dla mnie na wagę złota. Chciałbym, żeby Miles miał tuzin dzieci. I mógłby mieć, gdyby zaczął… w każdym razie dosłownie spadłeś mi z nieba. Gdyby nie ty, uznaliby mnie już za oficjalnego następcę. — Zamilkł na chwilę, przemykając przez skrzyżowanie obok czterech innych pojazdów pędzących w przeciwnych kierunkach i mijając je o włos. — Jak źle jest naprawdę z Milesem? Wuj Aral mówił przez holowid mało konkretnie. Nie wiem, czy ze względów bezpieczeństwa, w każdym razie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był taki sztywny.

Na ulicach panował większy tłok niż w Londynie, a ruch — jeśli to możliwe — przebiegał jeszcze bardziej chaotycznie. A może obowiązywało tu prawo dżungli, według którego przeżyć mógł tylko najsilniejszy. Trzymając się kurczowo siedzenia, Mark odrzekł:

— Nie wiem. Dostał w pierś granatem igłowym. Gorsze mogło być tylko rozerwanie na pół.

Czyżby twarz Ivana skurczyła się przez moment ze zgrozy? Jednak zaraz potem wróciła maska beztroski.

— Trzeba będzie najlepszych urządzeń reanimacyjnych, żeby go złożyć z powrotem do kupy — ciągnął Mark. — A mózg… nigdy nie wiadomo, dopóki nie zakończy się ożywianie. — A potem jest już za późno. — Ale na razie nie w tym największy kłopot.

— Tak. — Ivan skrzywił się. — Wiesz co, schrzaniliście to tak, że bardziej nie można. Jak mogliście stracić… — Skręcił ostro, trąc krawędzią o nawierzchnię jezdni, aż trysnęły iskry, i zaklął pod adresem wielkiej ciężarówki poduszkowej, która niemal wjechała w jego wóz od strony Marka. Mark skulił się i zamknął usta. Lepiej skończyć rozmowę, niż zginąć; jego życie mogło zależeć od tego, czy będzie przeszkadzać kierowcy. Oglądając rodzinne miasto Milesa, w pierwszej chwili odniósł wrażenie, że połowa jego mieszkańców chce się zabić na ulicy przed zapadnięciem zmierzchu. Być może dotyczyło to tylko tych, którzy stawali na drodze Ivanowi. Ivan ostro zawrócił, ustawiając samochód na parkingu i uniemożliwiając zaparkowanie dwóm innym pojazdom, które kierowały się w stronę pustego miejsca. Zahamował tak gwałtownie, że Mark omal nie wylądował na przednim panelu.

— Zamek Vorhartung — oznajmił Ivan, wskazując obiekt głową, kiedy zamilkł już wizg silnika. — Dziś nie ma posiedzenia Rady Książąt, więc muzeum jest czynne dla zwiedzających. Ale my nie należymy do zwiedzających.

— Co za… kultura — rzekł ostrożnie Mark, wyglądając przez przezroczysty dach. Wyłaniający się zza drzew Zamek Vorhartung rzeczywiście przypominał dawny warowny zamek, zbudowany byle jak z nijakiego kamienia. Wznosił się na urwistym cyplu nad rwącą rzeką, która dzieliła Vorbarr Sultanę na dwie części. Dziś został zamieniony w park; tam gdzie niegdyś podczas zajadłych i daremnych ataków ludzie i konie, brnąc przez zamarznięte błoto, wlekli machiny oblężnicze, dziś znajdowały się klomby z kwiatami.

— Po co tu właściwie przyjechaliśmy?

— Masz się tu spotkać z pewnym człowiekiem. Nie mogę nic więcej powiedzieć. — Ivan otworzył dach i wygramolił się z samochodu. Mark poszedł za jego przykładem.

Ivan, nie wiadomo, czy zgodnie z wcześniejszym planem, czy z przekory, zaprowadził go jednak do muzeum zajmującego całe skrzydło zamku. Wystawiano tu broń i zbroje Vorów od czasów Izolacji. Ivan wszedł za darmo jako umundurowany żołnierz, ale za Marka skwapliwie zapłacił kilkoma monetami. Mark przypuszczał, że dla pozorów, ponieważ członkowie kasty Vorów także mieli wstęp wolny. Nigdzie nie zobaczył wprawdzie żadnej informacji, ale gdy ktoś był Vorem, powinien zapewne wiedzieć.

A może Ivan w ten subtelny sposób chciał obrazić Marka, dając mu do zrozumienia, co myśli o jego przynależności do kasty. Ivan grał chamaszlachcica z tą samą wystudiowaną precyzją, z jaką grał porucznika armii cesarskiej i występował w każdej innej roli, jakiej wymagał od niego świat. Zdaniem Marka prawdziwy charakter Ivana pozostawał nieodgadniony; nie można było nie doceniać jego subtelności ani uważać go za prostaka.

A więc miał się spotkać z jakimś człowiekiem. Z kim? Jeżeli to kolejne przesłuchanie przez CesBez, dlaczego nie mogło się odbyć w Domu Vorkosiganów? Może to ktoś z rządu albo Centrowej Koalicji premiera księcia Arala? Niemożliwe, żeby Ivan mógł zaaranżować jakiś zamach, przecież w ciągu minionych dwóch lat Vorkosiganowie mieli mnóstwo okazji, żeby go skrycie zabić. Może chcą go oskarżyć o jakąś zainscenizowaną zbrodnię? Do głowy przychodziły mu coraz bardziej zawiłe intrygi, których wspólną cechę stanowił absolutny brak logiki i motywów.

Przyglądał się rzędowi dwuręcznych mieczy zawieszonych na ścianie w porządku chronologicznym, które ilustrowały ewolucję, jaką w ciągu dwóch wieków przeszło barrayarskie rzemiosło kowalskie, a potem pospieszył za Ivanem do gabloty z bronią palną; dojrzał tam bogato zdobioną ładownicę dużego kalibru, należącą, jak głosił napis, do cesarza Vlada Vorbarry. Pociskami były złote kule z litego metalu wielkości opuszka kciuka Marka. Strzał z bliskiej odległości musiał być podobny do uderzenia cegłą, której nadano śmiertelną prędkość. Z dalszej odległości zapewne chybiano. Zatem biedny chłop czy właściciel ziemski musiał chodzić po polach i wyszukiwać kule, które nie trafiły w cel. Albo, co gorsza, trafiły. Niektóre z błyszczących kuł były spłaszczone lub zniekształcone. Ku wielkiemu zdumieniu Marka, wywieszka przy jednej z nich informowała, że ten oto pocisk zabił lorda Vor…takiego — a — takiego podczas jakiejś tam bitwy… „wyciągnięty z mózgu” Mark przypuszczał, że po jego śmierci. Miał nadzieję. Dobry Boże. Dziwił się tylko, że ktoś zadał sobie trud i oczyścił wystrzelony pocisk ze starej krwi, zwłaszcza gdy spoglądał na makabryczną zawartość innych gablot. Na przykład na spreparowany skalp cesarza Yuriego wypożyczony z prywatnej kolekcji jakiegoś klanu Vorów.

— Lordzie Vorpatril.

Człowiek, który wypowiedział te słowa, zjawił się tak bezgłośnie, że Mark nie miał pojęcia, skąd tu nadszedł. W średnim wieku, o inteligentnym wyglądzie, w stonowanym stroju; mógł być administratorem muzeum.

— Proszę ze mną.

Bez zbędnych pytań i komentarzy Ivan ruszył za mężczyzną, dając Markowi znak, by poszedł przodem. Wciśnięty w ten sposób między nich, Mark powlókł się jak niepyszny, rozdzierany i lękiem, i ciekawością.

Przeszli przez drzwi opatrzone napisem „Wstęp wzbroniony”, które człowiek otworzył mechanicznym kluczem, a potem zamknął za nimi, pokonali schody i znaleźli się w przestronnym, wyłożonym drewnem korytarzu, a po chwili w pokoju położonym na ostatnim piętrze narożnej wieży. Kiedyś znajdował się tu posterunek wartownika, dziś pomieszczenie zamieniono w gabinet. W kamienną ścianę w miejsce otworów strzelniczych wbudowano zwykłe okna. Czekał tu na nich pewien człowiek. Siedział na taborecie wpatrzony w strome brzegi rzeki oraz gromady jaskrawo ubranych ludzi spacerujących po ścieżkach.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)