Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Gregor zmarszczył w zamyśleniu brwi i przez dłuższą chwilę także milczał. Do diabła, prawie cały czas milczał.
— Wydaje mi się, Marku, że lekceważysz własne możliwości. Przeszedłeś próbę w bitwie, udowadniając, że jesteś odważny. Potrafisz przejąć inicjatywę i dokonać śmiałych czynów. Nie brakuje ci sprytu, choć czasem… informacji. Nieźle na początek dla przyszłego księcia, którym może kiedyś zostaniesz.
— Nigdy. Nie chcę być księciem Barrayaru — sprzeciwił się kategorycznie Mark.
— To mógłby być pierwszy szczebel w drodze do mojego stanowiska — zasugerował Gregor z nikłym uśmiechem.
— Nie! Gorzej nie mogłoby się stać. Zjedliby mnie żywcem. Mój skalp dołączyłby do kolekcji na dole.
— Niewykluczone. — Uśmiech Gregora przybladł, — Tak, często się zastanawiałem, dokąd trafią części mojego ciała. A jednak — dwa lata temu byłeś nawet gotów spróbować zastąpić Arala w roli księcia.
— Udawać. Teraz mówimy o rzeczywistości. Nie o jej imitacji. — Sam jestem imitacją, nie wiesz o tym? — Badałem teren z zewnątrz, nie wyobrażam sobie, że mógłbym się znaleźć w środku.
— Wiesz, wszyscy zaczynamy w ten sposób — powiedział Gregor. — Udajemy. Nasza rola to pozory, pusta skorupa, którą powoli wypełniamy prawdziwym ciałem.
— I stajemy się maszyną?
— Niektórzy tak. To patologiczny rodzaj książąt i mamy paru takich. Inni stają się… bardziej ludzcy. Maszyna, rola, później staje się poręczną protezą, która służy człowiekowi. Dla swoich celów korzystam z obu rodzajów. Trzeba tylko wiedzieć, w jakim stadium złudzenia co do własnej osoby znajduje się człowiek, z którym rozmawiasz.
Tak, do nauki tego człowieka musiała przyłożyć rękę księżna Cordelia. Mark niemal widział dotyk jej dłoni, jak fosforyzujące w ciemności ślady.
— A jakie są twoje cele, panie?
Gregor wzruszył ramionami.
— Utrzymać pokój. Hamować różne frakcje, żeby się nawzajem nie pozabijały. Dopilnować, żeby żaden galaktyczny najeźdźca ni gdy więcej nie postawił stopy na barrayarskiej ziemi. Wspierać rozwój gospodarczy. Zawsze, gdy pojawiają się kłopoty ekonomiczne, najbardziej zagrożony jest pokój. Okres mojego panowania jest pod tym względem nadzwyczaj szczęśliwy: udało się terraformować drugi kontynent, rozpoczęliśmy pełną kolonizację Sergyaru. Wreszcie udało się nam opanować plagę tego podskórnego robactwa. Zasiedlanie Sergyaru powinno pochłonąć nadmiar energii kilku pokoleń. Ostatnio studiowałem historię różnych kolonizacji, zastanawiając się, jakich błędów powinniśmy się wystrzegać… cóż…
— Mimo to nie chcę być księciem Vorkosiganem.
— Nieobecność Milesa nie pozostawia ci wyboru.
— Bzdura. — Przynajmniej miał nadzieję, że to bzdura. — Powiedziałeś, panie, że można to ogniwo wymienić. Jeśli zajdzie potrzeba, znajdą kogoś odpowiedniejszego. Na przykład Ivana.
Gregor uśmiechnął się ponuro.
— Przyznaję, że sam często uciekałem się do tego argumentu. Choć w moim przypadku chodzi przede wszystkim o potomstwo. Koszmary o tym, co się stanie z fragmentami mojego ciała, są niczym wobec strachu o dzieci, jakie teoretycznie mogę w przyszłości mieć. Nie zamierzam poślubić pochodzącego z rodu Vorów dziewczęcia, którego linie genealogiczne szesnastokrotnie krzyżują się z moimi w ciągu życia ostatnich sześciu pokoleń. — Zreflektował się nagle i urwał, robiąc przepraszającą minę. Mimo to Mark pomyślał, że to nadzwyczaj opanowany człowiek. Nieoczekiwany przypływ szczerości mógł przecież służyć określonemu celowi.
Zaczynała go boleć głowa. Bez Milesa… czy z Milesem, wszystkie te barrayarskie dylematy i tak dotyczą Milesa. Mark stanie wobec własnych dylematów. Stawi czoło własnym demonom, nie tym adoptowanym.
— To nie jest moje powołanie. Nie mam talentu. Nie interesuje mnie to. Nie mam… tego czegoś. — Potarł szyję.
— Pasji? — podsunął Gregor.
— Tak, nie mam w sobie pasji, by zostać księciem.
Po chwili Gregor zapytał zaciekawiony:
— A jaką wobec tego masz pasję, Marku? Jeśli nie chodzi o rząd, władzę ani bogactwo — właściwie ani słowem nie wspomniałeś o bogactwie.
— Bogactwo, dzięki któremu mógłbym zniszczyć Bharaputrę, jest poza moim zasięgiem, toteż nie ma o czym mówić. Na pewno nigdy nie zdobędę takiego majątku. Ale… niektórzy ludzie to kanibale. Dom Bharaputra, jego klienci — chcę powstrzymać kanibali. Dla tego celu warto wstawać z łóżka. — Zdał sobie sprawę, że zaczął mówić głośniej, więc znów opadł na miękkie krzesło.
— Innymi słowy… twoją pasją jest sprawiedliwość. Albo, niech mi wolno będzie tak ująć — bezpieczeństwo. Ciekawe echo twojego, hm, pierwowzoru.
— Nie, nie! — No, może w pewnym sensie. — Przypuszczam, że na Barrayarze też są kanibale, ale nimi się nie interesuję. Nie chodzi mi o pilnowanie prawa, bo w Obszarze Jacksona transplantacje nie są nielegalne. Czyli policjant to też nie jest rozwiązanie. A może… to musiałby być bardzo niezwykły policjant. — W rodzaju tajnego agenta CesBezu? Mark spróbował wyobrazić sobie inspektora z listem kaperskim i upoważnieniem do przeprowadzenia akcji odwetowej. Z jakiegoś powodu w wizje wciąż się wdzierał jego pierwowzór. Przeklęta sugestia Gregora. To nie policjant, tylko błędny rycerz. Księżna ujęła to najtrafniej. Ale na świecie nie było już miejsca dla błędnych rycerzy; policja musiałaby ich aresztować.
Gregor odchylił się na swoim stołku, wyglądał na dość zadowolonego.
— To bardzo interesujące. — Jego roztargniona mina przywodziła na myśl kogoś, kto stara się zapamiętać kod do sejfu. Wstał i zaczął spacerować wzdłuż ściany, co chwila wyglądając przez inne okno. Odwrócony w stronę światła zauważył: — Wydaje mi się, że możliwość realizacji twojej… pasji w dużej mierze zależy od tego, czy uda się odzyskać Milesa.
Mark westchnął ciężko.
— To już ode mnie nie zależy. Nigdy mi nie pozwolą… zresztą, co więcej mógłbym zrobić niż CesBez? Może lada dzień go znajdą.
— Innymi słowy… — rzekł wolno Gregor — nie masz żadnego wpływu na najważniejszą w tej chwili sprawę w swoim życia. Wyrazy szczerego współczucia.
Mark wbrew własnej woli uderzył w ton szczerości.
— Jestem tu niemal więźniem. Nie mogę niczego zrobić i nie mogę stąd wyjechać!
Gregor spojrzał na niego z ukosa.
— A próbowałeś?
Mark zamilkł.
— No… właściwie jeszcze nie.
— Aha. — Gregor odwrócił się od okna i z wewnętrznej kieszeni wyjął małą plastikową kartę. Przez biurko podał ją Markowi. — Mój Głos niesie się tylko do granic interesów Barrayaru — rzekł. — Mimo wszystko… oto mój prywatny numer widkomu. Twoje zgłoszenia będzie oglądać tylko jedna osoba. Znajdziesz się na specjalnej liście. Wystarczy, że podasz swoje imię, a cię połączą.
— E… dziękuję — bąknął zmieszany Mark. Na karcie znajdował się tylko pasek z kodem: brakowało innych oznaczeń. Pieczołowicie schował prezent.
Gregor dotknął audiokomu wpiętego w klapę i powiedział coś do Keviego. Po kilku chwilach rozległo się pukanie, potem otworzyły się drzwi i ponownie wszedł Ivan. Mark, który zaczął się kołysać na krześle Gregora — w ogóle nie skrzypiało — wstał nieco skrępowany.
Pożegnanie Gregora z Ivanem było podobnie lakoniczne jak powitanie, a później Ivan wyprowadził Marka z pokoju na wieży. Kiedy znaleźli się za rogiem, usłyszeli za sobą kroki i Mark się obejrzał. Kevi prowadził już następnego gościa na audiencję u Jego Cesarskiej Mości.