Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 116
Перейти на страницу:

— W wozie była żelazna skrzynka, sitar pahan. Rozbójnicy o niej wiedzieli, my nie. W środku było jednak coś strasznego, co rzuciło klątwę na całą okolicę. Sam widziałem.

Wniesiono tacę ze śniadaniem. Kiszone warzywa, solony ser, chleb, mleko. Kilka pasków suszonego mięsa. Przyjąłem czarkę z orzechowym naparem i wypiłem łyk.

— Dawno nie jadłeś porządnego posiłku, chłopcze. Długo jesteś w drodze?

— Straciłem poczucie czasu, sitar pahan. Uciekliśmy z Maranaharu w noc, w którą powróciła stara wiara, a wojsko przeszło na stronę Podziemnej Matki. Czółnem po rzece. Potem wiele dni wędrowaliśmy na piechotę.

— Uciekaliście nagle?

— Tak, ale i tak mieliśmy wyjechać tego właśnie dnia. Stryj przybył po mnie, bo zachorował mój ojciec. Dlatego mieliśmy papiery podróżne.

— Mieliście papiery podróżne, a mimo to woleliście kluczyć, omijać posterunki i przebierać się za kapłanów?

— Papiery wystawiono przed przewrotem, panie. Nie wiedzieliśmy, czy są dobre. Tak samo paszporty. Są jeszcze cesarskie.

— Ale za panowania nieszczęsnego cesarza można było podróżować bez papierów podróżnych, synku oznajmił mężczyzna ze smutkiem. — Skąd dwóch Sindarów mogłoby wiedzieć, że nagle wróci Kodeks Ziemi?

To było niczym jakaś gra. Mężczyzna zadawał niewinne pytania, a cały czas miałem wrażenie, że mnie osacza.

— Jeśli się mieszkało w czasie suszy w Maranaharze — powiedziałem powoli — to coś takiego wisiało w powietrzu. Baliśmy się. Jesteśmy ubogimi ludźmi. Kapłani zastraszyli całą dzielnicę. Czasem stali na rogatkach. Poszliśmy do świątyni i wyrobiliśmy papiery jak za dawnych czasów, bo gdybyśmy po prostu odeszli, ci na rogatkach uznaliby, że lekceważymy Kodeks i nauki prorokini. Że wysługujemy się cesarskiemu prawu.

Mężczyzna uśmiechnął się. Sięgnął do kosza stojącego obok stolika i wyciągnął Oko Północy. Otworzyłem usta, ale nie zdążyłem nic powiedzieć.

— Jeśli teraz zapytam, co to jest, odpowiesz: „Och, było w naszej rodzinie od lat. Należało jeszcze do mego dziadka, który handlował z wędrowcami z pustynnych karawan". Ja zapytam, jak Sindar mógł zniżyć się wtedy do handlu, a ty na to powiesz ze wstydem, że w pustynnych osadach wszystko rządzi się trochę innymi prawami, są daleko od Wewnętrznego Kręgu i trzeba jakoś żyć. Jedz, chłopcze. Często jadałeś kireneńskie posiłki?

— Nie, sitar pahan.

— A mimo to wiesz, że kiszona kulawka nie pasuje do sera, za to jest wyborna z mięsem. Do sera wziąłeś sobie siekaną rucierz. Sam bym tak zrobił. Czy wiesz, że łatwo mógłbyś udawać Kirenena? Ta łatwość, z jaką sięgasz po mięso... Można by pomyśleć, że nigdy nie słyszałeś o tym, że kto je ciała dzieci ziemi, temu krew tężeje. Jedz, chłopcze. Jedz.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

— Nie udaję Kirenena, sitar pahan. Nie wiem, po co nas porwano. Proszę, pozwól nam odejść do domu. Nie jadłem od kilku dni, to wszystko.

— Jedz, chłopcze, jedz. Trzeba się cieszyć każdą dobrą chwilą, którą spotykamy na świecie. Trzeba doceniać, że świat Stworzyciela ma jeszcze dla nas takie chwile, mimo że jest na nim tak wielu ludzi. Trzeba doceniać drobiazgi. Teraz jesz śniadanie, a za moment nie zaznasz niczego prócz bólu i męczarni. Taki jest świat i nic na to nie poradzimy, chłopcze.

— Nie kłamię, sitar pahan — powiedziałem jeszcze raz z naciskiem. Mój rozmówca był jowialny i przyjacielski, a mimo to budził we mnie grozę. Po jego ostatnim zdaniu zacząłem się naprawdę bać.

— Ależ kłamiesz, mój biedaku. Kłamiesz w każdym zdaniu i to kłamiesz dobrze. Nauczyli cię, jak stworzyć bajkę. Widzisz, chłopcze, w każdą z rzeczy, które mi powiedziałeś, bardzo łatwo uwierzyć, ale we wszystkie naraz już nie. Bywa tak, że najlepsza nawet bajka nie pomoże. Choćby taki drobiazg: jesteś Sindarem. Twój stryj jest starszy, więc jesteś mu winien bezwzględne posłuszeństwo. A mimo to kiedy obawiacie się, że ktoś was może zatruć, to twój stryj próbuje wodę niczym sługa? I tak dalej, chłopcze. Nie można przechytrzyć bólu. Nie można go przeczekać. To nie będzie tak, jakby cię bito albo ucinano palec. To straszny ból, lecz do pokonania. Zwłaszcza jeśli się głęboko w coś wierzy. Ale to, co zdarza się w takich okolicznościach jak twoje, przekracza granice pojmowania. Powinni byli ci to powiedzieć. Naprawdę powinni. Nikt tego nie przetrzyma. Wszystko, co możesz zrobić, to oszczędzić sobie choć części tego, co nastąpi. Śmierć nie jest najgorszą rzeczą, chłopcze. W tej chwili zdaje ci się, że tak, ale niestety, sam zrozumiesz, że śmierć może być nagrodą.

— Jaka jest różnica, sitar pahan? — zapytałem.

— W czym, chłopcze?

— Między ludźmi. Amitrajami i Kirenenami. Dzikimi Kebiryjczykami i Kirenenami? Między kapłanami Pramatki karmiącymi jej posąg, a honorowymi Kirenenami, którzy porywają ludzi na szlakach, by ich zadręczyć?

— Konieczność, synu. Niewielu nas zostało. Uciekamy skąd się da, lecz i tak jest nas niewielu. Amitraje mogą wrócić do starej wiary, mogą siedzieć cicho i być posłuszni. Ale nas mordują bez litości. Są osady, w których Kirenenów zabija się do ostatniego. Nawet niemowlęta. Jeszcze zanim padnie rozkaz. Chodzi o to, by usunąć bodaj ślad przeklętej dynastii Tendżaruk. Robią to ich sąsiedzi w nadziei, że wtedy sami zostaną oszczędzeni. Ze strachu. Nie wiedzą, że ich nadaku nigdy nie będzie syte. Że kiedy zabraknie nas, równie chętnie pożre własne dzieci. Niewielu ocalało. A jeśli uda ci się uczynić to, po co cię przysłano, nie zostanie żaden. Przecież nie będę cię pytał, co miałeś zrobić, wędrując na obrzeża imperium jako Sindar lub kapłan, przygotowany do tego, by móc w każdej chwili udawać też Kirenena. Przecież to jasne. Miałeś nas znaleźć. Mnie interesuje tylko, ilu was jeszcze jest. Podobnych tobie. Ilu jest takich Sindarów, Kirenenów i kapłanów naraz, znających wszystkie obyczaje imperium, władających mistrzowsko kijem szpiega, trucizną i ostrzem. Rozsiewamy przecież plotki o sobie. Chcemy sprawić, by ludzie mieli o czym myśleć i gdzie uciekać, jeśli zdołają. Jednak nie chcemy, żeby wiedziano coś pewnego. Nie, dopóki będziemy gotowi. Więc sięgamy po metody barbarzyńców tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Tak samo jak mały, chudy pies, który, gdy zagonić go w kąt, potrafi nawet zabić. Bo jest przerażony i za plecami ma ścianę. I dobrze wiemy, że zanieczyścimy własny los i los własnych dzieci. Że coś takiego oznacza dziedziczną klątwę. Ale stawką jest zagłada tych niedobitków, którzy są w tym obozie, i tych nielicznych, którzy się do nas przedzierają. Tylko wtedy. Tamci sięgają po takie metody z lada powodu albo na co dzień. Oto różnica, chłopcze.

— Przecież nawet gdybym był tropiącym was szpiegiem, nie wiem, gdzie jestem.

— Bo sami cię sprowadziliśmy. Gdybyś trafił tu jak inni uchodźcy, gdybyś sam nas znalazł, wiedziałbyś. Ale ilu jest jeszcze, chłopcze? Ilu? Gdzie wędrują?

Zapadła straszna cisza. Przez chwilę myślałem gorączkowo, co powiedzieć, ale w głowie miałem pustkę. Gdzieś z daleka dobiegł mnie nagle krzyk. Przeraźliwy głos, który wydał mi się znajomy. Brzmiał jak głos Brusa.

Zupełnie niespodziewanie moją czaszkę przeszył krótki, ostry ból. Niczym uderzenie pioruna. Krzyknąłem. Chciałem się poruszyć, spojrzeć do tyłu, lecz nie mogłem. Moje ciało było jak posąg. Czułem je, czułem każdy mięsień ale nie poruszało się.

— W twojej czaszce tkwi szpila, chłopcze — powiedział mężczyzna i dolał sobie naparu. Zza moich pleców bezgłośnie wysunął się człowiek w luźnej, czarnej szacie z kapturem. Człowiek z nocą zamiast twarzy. Wyglądał niczym strzęp mroku, kawałek sadzy. Jak ożywiony, poruszający się płaszcz. Postawił na stoliku duży kubek pełen lśniących, cienkich niby włos drutów. Zobaczyłem bardzo chudą, żylastą dłoń barwy miedzi, pokrytą płytkimi bliznami.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)