Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Carlo zastanawiał się przez chwilę, omiatając spojrzeniem wyłożony lustrami przedział medyczny, a Sandoz obserwował jego spokojną twarz: długi nos, wystające kości policzkowe, krótko ostrzyżone, kędzierzawe złote włosy. Prawdziwy Apollo.
— Oczywiście będą pieniądze, ale… — Wzruszył ramionami, uświadamiając sobie wątłość takiej motywacji: Sandozowi pieniędzy nie brakowało. — I zaszczytne miejsce w historii! No tak, ale to też już masz. No więc — ciągnął, odwracając się ponownie do Sandoza — za aktywną współpracę gotów jestem dać ci szansę zemsty. Albo sprawiedliwości. Zależy, jak na to patrzysz.
Sandoz milczał, wpatrując się w swoje ręce. Carlo przyglądał się z nie ukrywanym zainteresowaniem, jak siedzący na łóżku mężczyzna prostuje palce, a potem pozwala im opaść. To opadanie niesamowicie długich palców wprost z przegubów miało nawet jakiś wdzięk. Faliste blizny zbielały do barwy kości słoniowej.
— Nerwy mięśni zginających zostały w większości zniszczone, ale, jak widzisz, mięśnie prostujące są nadal dość dobrze unerwione — wyjaśnił Sandoz z kliniczną precyzją. Przed pierwszą wyprawą przeszedł gruntowne przeszkolenie medyczne, a anatomię ręki znał już teraz dość dokładnie. Raz po raz prostował palce i pozwalał im opaść. — Może to znak. Nie mogę niczego chwycić. Mogę tylko pozwolić, by wszystko wypadało mi z rąk.
Jakie to w stylu zen, pomyślał Carlo, ale tego nie wypowiedział. I wcale nie dlatego, by się bał wybuchu Sandoza. Teraz już nic nie mogło go rozwścieczyć, a na wszelki wypadek Carlo kazał Nicowi stać przy drzwiach.
— Współpraca w czym? — zapytał Sandoz, wracając do tematu.
— Mówiąc prostym językiem, moim celem jest nawiązanie kontaktów handlowych z tymi VaRakhati. Towary, które dał wam Supaari VaGayjur, były naprawdę godne uwagi, z różnych względów, a między innymi z powodu ceny, jaką zapłaciły muzea i prywatne kolekcje nawet za najmniej znaczące produkty ruńskich rzemieślników. Wystarczy sobie wyobrazić, ile by można uzyskać, gdyby towary zostały pieczołowicie wybrane z myślą o potrzebach rynku, a nie były po prostu wykładnią upodobań jakiegoś jana’atańskiego kupca. Spodziewam się, że to przedsięwzięcie uczyni mnie prawdziwym bogaczem, całkowicie niezależnym od opinii innych ludzi.
— A co ty wieziesz na handel, don Carlo?
Carlo wzruszył ramionami.
— Głównie nieszkodliwe rzeczy, zapewniam cię. Perły, perfumy. Oczywiście kawę. Zioła i rośliny o charakterystycznych zapachach… cynamon, oregano. Belgijskie maszyny do produkcji koronek i wstążek, które mogą same mnożyć kolory, wzory, ściegi. Biorąc pod uwagę upodobanie Runów do wszelkich nowości, można na tym nieźle zarobić.
Carlo uśmiechnął się rozbrajająco i czekał na oczywiste pytanie: Więc do czego ja ci jestem potrzebny?
Okaleczone ręce znieruchomiały, a bazyliszkowe oczy uniosły się, by napotkać spojrzenie Carla.
— Mówiłeś coś o zemście.
— Wolisz ten termin, nie sprawiedliwość? A więc chyba w końcu dojdziemy do porozumienia! — zawołał Carlo z zadowoleniem. Usiadł na metalowym fotelu i oparł jeden łokieć na kolanach, przyglądając się uważnie Sandozowi. — Widzisz, Sandoz, studiowałem stosunki między drapieżnikami a ich zdobyczą.
To mnie bardzo interesuje. Myślę, że gatunek ludzki stał się samodzielny, kiedy przestał być zwierzyną, kiedy zbuntował się przeciw tym, którzy na niego polowali, i wziął swój los we własne ręce. Na ulicach Moskwy czy Rzymu nie ma wilków. Nie ma pum w Madrycie czy Los Angeles. Nie ma tygrysów w Delhi ani lwów w Jerozolimie. Dlaczego mieliby być Jana’atowie w Gayjurze?
— Zamilkł, jego szare oczy były nie do przeniknięcia. — Wiem, co to znaczy być zwierzyną, Sandoz. Tak jak ty. Powiedz szczerze: Kiedy patrzyłeś, jak Jana’atowie mordują i pożerają ruńskie niemowlęta, nie przypominało ci to niedźwiedzi wyławiających łososie z wody, prawda?
— Nie. Nie przypominało.
— Jeszcze zanim opuściłeś Rakhat, niektórzy Runowie zaczęli się buntować. Konsorcjum Kontakt doniosło, że po tym, jak wy im pokazaliście, że tyranii można się oprzeć, doszło do buntów w całym południowym Inbrokarze. — Zamilkł na chwilę, marszcząc czoło. — Jezuici sprawiają wrażenie, jakby się tego wstydzili! A niby dlaczego? Przecież to wasz Pedro Arrupe powiedział, że niesprawiedliwość to ateizm w działaniu! Żadna ludzka społeczność nie wywalczyła sobie wolności, wyrzekając się przemocy. Ci, którzy mają władzę, rzadko oddają swoje przywileje dobrowolnie. Jak ty to ująłeś podczas przesłuchań?
— „Gdyby Runowie mieli powstać przeciw swoim jana’atańskim panom, ich jedyną bronią byłaby liczebność”. Możemy to zmienić, Sandoz.
— Nowoczesne środki łączności? Broń, przystosowana do potrzeb Runów i wyrabiana na miejscu?
— Takie wsparcie techniczne mogę im dostarczyć w każdej chwili — oświadczył Carlo. — A co ważniejsze, nie zawahałbym się podsunąć im ideologii niezbędnej do wywalczenia wolności, równości i sprawiedliwości.
— Chcesz rządzić.
Tylko przejściowo. „Bo wszystko blednie i szybko staje się legendą, a wnet ulega całkowitemu zapomnieniu” — zacytował z emfazą Aureliusza. — Oczywiście jest pewien urok w możliwości zapisania się na zawsze w ruńskiej mitologii… może jako ich Mojżesz! Z tobą jako moim Aaronem przemawiającym dc faraona.
— Aha. Więc nie tylko południowe Włochy — zauważył spokojnie Sandoz. — Nie tylko Europa, ta stara dziwka, skorumpowana już dawno temu, ale cała dziewicza planeta. Twój ojciec nigdy się o tym nie dowie, Carlo. Umrze, zanim wrócisz.
— To dopiero radosna nowina — stwierdził Carlo z zadowoleniem. — Prawie warta piekła. Opowiem mu o wszystkim, kiedy tam się zjawię. Wierzysz w piekło, Sandoz, czy jako eksjezuita uważasz się za zbyt przemądrzałego, by doceniać taki melodramat?
— „Nie mów mi o piekle, nie pytaj, czy z niego pochodzę. Czyżbyś mniemał, że ja, który oglądałem oblicze Boga, nie jestem nękany dziesięcioma tysiącami piekieł?”
— Mefistofeles! — zawołał Carlo, rozbawiony. — Moja rola w tym dramacie, to pewne, chociaż ty też do niej pasujesz. Wiesz, zawsze uważałem za taktyczny błąd ze strony Boga, że kocha nas wszystkich jak leci, podczas gdy Szatan wyłazi ze skóry, żeby uwieść każdego osobno. — Carlo uśmiechnął się; apollińską piękność zmącił niszczycielski grymas małego chłopca. — Inspirujące, co? Będziemy się nawzajem zabawiać? Będziemy zgłębiać swoje dusze? Bo ja nie wątpię, że nawet podczas takiej wyprawy jak ta, największą przygodą jest odkrywanie ludzkiej duszy. Proponuję ci układ: ty możesz zdecydować, czy mamy wyzwolić Runów, czy nie! Moje upodobanie do operowej pompy przeciw twojej sile moralnej. Ciekawe wyzwanie, prawda?
Sandoz odwrócił głowę od ściany i spojrzał na Carla z oddali, wzrokiem zmąconym działaniem narkotyku.
— John musi się niepokoić — powiedział. — Chciałbym mieć trochę czasu na dokładne rozważenie twojej propozycji. Na razie daję ci słowo, że nie będę się wtrącał w twoje interesy. Tylko tyle, ale może to wystarczy jako zadatek na to, co zostało z mojej duszy?
— To miłe z twojej strony — odpowiedział Carlo, uśmiechając się łaskawie. — Naprawdę bardzo miłe.
Poszli razem zakrzywiającym się korytarzem, a później wspięli się po spiralnych schodkach. Emilio odniósł wrażenie, że pomieszczenia statku zbudowano na planie sześciokąta. Kabiny przylegały do siebie jak komórki luksusowego ula: wyściełane dywanami, ciche, wspaniale wyposażone. Były przynajmniej trzy poziomy, a prócz tego niewątpliwie przedziały magazynowe, których po drodze nie widział.