Skrzynia na złoto
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody magistra #1
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
Nie zagłębiając się w sens i naturę objawionego cudu, Cornelius rzucił się naprzód. Minął małe pomieszczenie z sedesem (niewątpliwie ustęp), potem większe, gdzie stało olbrzymie łoże z aksamitnym baldachimem, po czym wpadł do kaplicy.
Było tu mnóstwo ikon, na złoconych słupkach paliły się świece, a przed misternej roboty inkrustowanym półszlachetnymi kamieniami krucyfiksem klęczał brodaty mężczyzna w białej koszuli i bił czołem o podłogę.
Usłyszawszy szczęk żelaza, urwał modlitwę w pół słowa i zwrócił w stronę kapitana zastygłą w grymasie strachu pucołowatą twarz o wytrzeszczonych oczach.
– Syn Tuszyńskiego Łotra – wyszeptał wielki car Aleksy Michajłowicz. – Przyszedł po mnie!
Obrzmiałą, upierścienioną dłonią chwycił się za gardło i poruszył grubymi wargami, z których wydobył się nawet nie ochrypły szept, lecz zdławione rzężenie.
Co za pech – von Dorn przestraszył swoim nieoczekiwanym pojawieniem się jego cesarską mość! Kto mógł przypuszczać, że tajemne przejście doprowadzi go do prywatnego apartamentu władcy?
Cornelius rzucił się do monarchy, ze wzburzenia zapominając rosyjskich słów:
– Majestat! Ich… [53]
Aleksy Michajłowicz na widok twarzy w białej masce czknął i miękko osuwając się na podłogę, upadł na bok.
Nieszczęście! Potrzebny jest medyk.
Z kaplicy kapitan wybiegł do przedsionka, zrywając z twarzy maskę. Do drzwi niecierpliwie zastukano – Cornelius ukrył się za portierą. Pukanie stawało się coraz bardziej natarczywe, w końcu, nie doczekawszy się odpowiedzi, wpadło trzech pokojowców w białych, szamerowanych srebrem kaftanach, a za nimi dworzanie, niektórzy w samej bieliźnie.
– Panie! – zaczęli krzyczeć wszyscy naraz. – Do pałacu wdarł się złoczyńca! Przybiegliśmy na pomoc waszej cesarskiej mości!
Po chwili cały przedsionek zapełnił się obrońcami monarchy – wielu chciało się wyróżnić w jego oczach. Kiedy kapitan ostrożnie wysunął się zza portiery, nikt na niego nawet nie spojrzał.
W westybulu (który po rosyjsku nazywa się sieni) wpadł na Corneliusa okolniczy Biersieniew, naczelnik kremlowskiej straży.
– A ty co tutaj robisz? I bez ciebie dość tu gorliwców! Wracaj do swoich muszkieterów, kapitanie! Twoim zadaniem jest ochraniać pałac z zewnątrz! Pamiętaj – nawet mysz się nie może prześliznąć do środka!
Drugi raz nie trzeba było tego von Dornowi powtarzać. Pokłonił się okolniczemu i szybko zbiegł na dół – sprawdzić warty.
Ledwie się doczekał ich zmiany – kiedy to objęli posterunki kopijnicy, zastępując muszkieterów. Będzie co opowiadać Artamonowi Siergiejewiczowi! Oczywiście, przemilczy to, jak się znalazł na carskich pokojach, o tym bojar nie musi wiedzieć, powiadomi go natomiast o knowaniach Halickiego. Oto jakiego narzeczonego upatrzył pan dla córki, ekscelencjo!
Ale kanclerza nie było w domu – o świcie przybiegł z pałacu goniec, car pilnie wzywał Artamona Siergiejewicza do siebie. Cóż, Cornelius mógł opowiedzieć o księciu Wasiliju Wasiljewiczu także Murzynowi.
Swoje wędrówki po pałacowych podziemiach wytłumaczył kapitan gorliwością w pełnieniu służby. Chciał sprawdzić, czy złoczyńcy mogliby – nie daj Boże – dostać się do pałacu przez stare piwnice, i przypadkiem trafił na galerię z podsłuchem.
Iwan Artamonowicz nie odzywał się, błyskając tylko ostrym, przenikliwym spojrzeniem spod pomarszczonych brązowych powiek. Nie dziwił się, nie oburzał, nie okazywał gniewu. Wysłuchał spokojnie wszystkich bulwersujących nowin – i o amorach księcia z carówną Sofią, i o obraźliwych słowach, jakie rzucał Wasilij pod adresem Artamona Siergiejewicza, i o planach kochanków, którzy zamierzali pomieszać szyki bojarowi Matfiejewowi.
Cornelius rozpoczął swoją relację z wielkim wzburzeniem, ale z wolna ostygał, nie widząc spodziewanej reakcji u swojego słuchacza.
Gdy kapitan skończył, Iwan Artamonowicz powiedział:
– O tym, że carówna sypia z Waśką Halickim, wiadomo od dawna. Kiedy przyjdzie pora, żeby go wyrzucić z Kremla na zbity pysk, wystarczy, żeby Artamon Siergiejewicz szepnął carowi jedno słowo – a na razie niech się zabawiają, nie ma się czym przejmować. Sońka i Halicki nie mogą bojarowi w niczym przeszkodzić, mają za krótkie ręce. A że książę źle mówił o Aleksandrze Artamonownie, to bez znaczenia. Bojar ani przez chwilę nie zamierzał wydawać córki za tego łajdaka. Dobrze wiemy, że książę jest człowiekiem Miłosławskich. Artamon Siergiejewicz celowo go u siebie przyjmuje, żeby Waśka myślał, że zdobył jego zaufanie.
Wyglądało więc na to, że Cornelius nie powiedział Murzynowi nic nowego. Właściwie powinno to kapitana zdeprymować, ale że bojar nie ma zamiaru wydawać Saszeńki za księcia, w zupełności wynagrodziło mu rozczarowanie.
Iwan Artamonowicz spojrzał na von Dorna, który oblał się purpurowym rumieńcem, chrząknął, westchnął parę razy i raptem skierował rozmowę na zupełnie inne tory.
– Chcesz, Korniej, posłuchać pewnej przypowiastki?
Muszkieter myślał, że się przesłyszał, ale Murzyn ciągnął dalej, jakby nic innego nie robił, tylko opowiadał historyjki każdemu, kto się akurat nawinie.
– To stara murzyńska bajka. Usłyszałem ją od swojej babki, kiedy byłem małym chłopcem. Był sobie krokodyl, mieszkał w bagnistym rozlewisku rzeki. Wylegiwał się w grzęzawisku, żywił się żabami i ropuchami i żył szczęśliwie. Aż tu nagle pewnego dnia przytrafiła mu się bieda. Popatrzył na wodę, ujrzał w niej odbicie luny i stracił głowę – zapragnął się z nią ożenić. Była taka piękna, jasna, krągłolica. Nie wiedział tylko, jak się do niej dostać tam hen, na niebo. Zębaty potwór myślał, myślał, ale nic mądrego nie wymyślił. A ty, kapitanie, co byś mu doradził?
Cornelius słuchał przypowieści na wpół żywy ze strachu i wstydu. Zwiesił głowę i wymamrotał:
– Nie wiem…
– Wobec tego ja ci powiem. – Głos Iwana Artamonowicza stał się surowszy. – Albo krokodyl musiałby się wzbić pod niebo, albo luna spaść na bagno. Inaczej w żaden sposób nie mogliby się spotkać. Rozumiesz, dlaczego ci o tym mówię? No, idź, wyśpij się po służbie. A jak sen nie zechce przyjść, to pomyśl o mojej opowiastce. Podobasz mi się. Szkoda, żebyś sobie namieszał w głowie.
Ale ani się przespać, ani zastanowić nad bajką von Dornowi się nie udało.
Najpierw, ledwie wyszedł od Murzyna, przybył umyślny z Kremla – i prosto do Iwana Artamonowicza. Było jasne; coś się musiało stać.
Cornelius, zatrwożony, czekał w sieni na wieści.
I doczekał się. Wkrótce obaj, i goniec, i Murzyn, wyszli. Zapinając paradny kaftan, Iwan Artamonowicz – posępny, napięty – szepnął kapitanowi w przelocie:
– Niedobrze. Car w nocy miał udar, jest umierający. Teraz wszystkiego można się spodziewać.
Wsiedli na konie i pojechali.
Potem von Dorn cały dzień miotał się po pokoju, dręczony niepewnością – czyżby naprawdę śmiertelnie przestraszył wielkiego monarchę? Czy car, który upadł, rzężąc, więcej się już nie podniósł? Ach, co za fatalny zbieg okoliczności! I jaki wstyd!
Pod wieczór przyszedł Adam Walser. Twarz miał całą w czerwonych plamach, oczy błyszczące. Wpadł bez pukania i rzucił od progu:
– Słyszał pan? Jego cesarską mość powaliła apopleksja. Wątpliwe, czy dożyje do rana. W pałacu zgromadzili się wszyscy bojarzy, całe duchowieństwo, z Taisjuszem na czele. Będzie obradował sobór. To znaczy, że my obaj musimy się wyprawić po Liberię.
– Dokąd, na Kreml? – zdziwił się von Dorn. – Chyba teraz na to nie najlepsza pora.
– Ach, co ma do tego Kreml! – wykrzyknął zniecierpliwiony aptekarz. – Biblioteka znajduje się zupełnie gdzie indziej!
[53] Wasza wysokość! Ja… (niem.).