Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 96
Перейти на страницу:

Palce trafiły na jakiś wilgotny kłąb, jakby splątane kobiece włosy. Von Dorn uniósł świecę i aż jęknął z niewysłowionego rozczarowania. W skrzyni leżały wiązki przegniłych futer. W pozostałych skrzyniach było to samo – wyleniałe, do niczego nieprzydatne z powodu niedbałego przechowywania sobolowe skórki. Ktoś je tu schował dwadzieścia, może trzydzieści lat temu i zapomniał o nich. Najwidoczniej cały pałac cara został wzniesiony na stertach zmarnowanych zapasów wszelakiego dobra, gnijącego tu bez żadnego pożytku.

Nic godnego uwagi Cornelius tego dnia nie znalazł.

Za to w kolejnym dniu kremlowskiej warty, dwudziestego pierwszego stycznia, kapitan dokonał zadziwiającego odkrycia. Galeria zawiodła go do małych drzwiczek, które nie od razu udało się sforsować – w każdym razie poddały się z wielkim łoskotem i hukiem. Za nimi również ujrzał Cornelius korytarz, ale nie biegnący prosto, lecz zygzakowaty, przy czym kręte zakola tego dziwacznego, nie wiadomo w jakim celu zbudowanego labiryntu wiły się chaotycznie, bez żadnego uchwytnego zamysłu i porządku. Przy końcu każdego odcinka w sklepieniu znajdował się czarny kwadratowy otwór. Z początku kapitan nie przydawał tym otworom szczególnego znaczenia, sądząc, że służą do celów lepszej wentylacji, ale gdy minął trzy czy cztery, nagle przez kolejny dobiegły go przygłuszone, lecz zupełnie wyraźne głosy.

– Zaraz ci gębę obiję, sukinsynu! – ryknął ktoś na górze. – Wystarczy, że krzyknę: „Wszystko powiem!”, i od razu się przekonasz, co to znaczy carskie świece kraść! Ileś zabrał?

– Ojczulku Jefremie Siłyczu – zajęczał żałośnie niewidzialny złodziej – raptem dwie świeczuszki wziąłem, żeby psałterz święty poczytać. Nie wydawaj mnie, zaklinam cię w imię Jezusa Chrystusa!

– Już dobrze, dobrze. Przynieś jutro pół rubla, to nic nie powiem. I pamiętaj – żeby mi to było ostatni raz! No, znaj pana.

Dziwując się właściwościom eteru, zdolnego przekazywać dźwięki przez przewody powietrzne, Cornelius ruszył dalej. W następnym odcinku labiryntu sklepienie również przemówiło.

– „A jeżeli ten to wojewoda brania wziątków nie zaniecha, w żelazne okowy zakutego dostarczyć do Moskwy, do Łotrowskiego Prikazu…”. Napisałeś? To pisz dalej: „Wielki car rzekł, a bojarzy zawyrokowali…”.

Ktoś dyktował skrybie oficjalne pismo, a tu, w podziemiach pałacu, słychać było każde słowo.

Nie przestając opukiwać szpadą podłogi, Cornelius przyśpieszył kroku. Niektóre zakamarki tajemniczego labiryntu milczały, inne rozbrzmiewały głosami, śmiechem, modlitwą. Dobiegał tu nawet najcichszy szept.

Teraz zawiły, kręty bieg korytarza nabrał sensu – wcale nie był bezładny i chaotyczny, lecz pomyślany tak, by z dołu dało się podsłuchać wszystko, co się dzieje w każdej komnacie carskiego pałacu. Kto wymyślił tę chytrą konstrukcję, tego Cornelius nie wiedział, jednakże – podobnie jak z szynki, węgierskiego wina i soboli – nikt nie robił z niej użytku. Sądząc po grubej warstwie kurzu zalegającego kamienną posadzkę, od dawna nikt się nie fatygował, by podsłuchiwać mieszkańców pałacu.

W ciągu godzinnej wędrówki po podziemiach von Dorn nasłuchał się różnych różności, a w miejscu, gdzie przejście nagle rozdzieliło się na dwoje, z góry dobiegł głos, na którego dźwięk muszkieter stanął jak wryty – przestał nawet opukiwać płyty.

– O, znowu jakieś żelastwo stuka – ozwał się z lękiem zachrypnięty, lepki tenorek. – Słyszałeś, durniu?

– A jakże, a jakże, ojczulku, królu złoty, skarbnico mądrości, gdzieżbym się sprzeciwiał waszej carskiej mości – zaterkotał falset. W pałacu mówił takim głosem tylko ulubiony błazen władcy, garbaty Baltazar. – Baba Jaga skacze z żelaznym pogrzebaczem! Hop-siup pod powałę, potem z pieca na łeb! A gdzie spadnie, nikt nie zgadnie. Uch-uch-uch!

Sam wielki car! A więc i w jego komnatach działa ten tajny podsłuch. No, no!

– Jaka znowu Baba Jaga, co tam pleciesz! Zaufani ludzie mi mówili, że już drugi tydzień w pałacu to stąd, to stamtąd słychać stukanie jakiegoś żelastwa. Łup-łup i łup-łup, aż strach bierze. Wiem ja, kto stuka, wiem. To Żelazny Człowiek po mnie przyszedł, przypomina, że czas do ziemi. Ojczulka przed śmiercią też tak nawiedzał.

– Bóg z tobą, panie – odparł błazen, tym razem poważnie. – Mniej byś mamek i znachorów słuchał! Cóż to znowu za Żelazny Człowiek?

– Już ja wiem swoje – odparł Aleksy Michajłowicz szeptem (ale i tak było słychać każde słowo). – To on. To mały łotrzyk z Tuszyna dorósł i chce wygubić nas, Romanowów, wziąć odwet za swoją krzywdę. Ci, co go widzieli, ducha nieczystego, powiadają, że twarz ma białą jak płótno, a pierś całą zakutą w żelazo. Co za koszmar, Boże święty!

W tej samej chwili Cornelius, obróciwszy się, zawadził pochwą szpady o kamień, a car zaczął lamentować:

– O, znowu brzęknęło! Panie w niebiosach, naprawdę już pora umierać? Tak bym chciał jeszcze trochę pożyć, Boże kochany!

Z niebezpiecznego zakątka labiryntu kapitan wycofał się na palcach, postanawiając, że dalsze jego odcinki spenetruje następnym razem.

Nazajutrz, w słobodzie, zapytał Adama Walsera, kim był „mały łotrzyk z Tuszyna” i dlaczego car się go boi.

– Trzyletnim synem Łotra z Tuszyna, czyli cara Dymitra Samozwańca i Maryny Mniszech – wyjaśnił uczony aptekarz. – Żeby chłopiec, kiedy dorośnie, nie pretendował do tronu, Romanowowie kazali go powiesić. Kat doniósł zawiniętego w futrzaną szubę malca pod szubienicę, włożył mu główkę w pętlę i zacisnął ją. Wielu ludzi przepowiadało, że mając taki grzech na sumieniu, nowa dynastia nie będzie panowała szczęśliwie i mało który z Romanowów umrze naturalną śmiercią, a własny koniec będzie im przypominał czyn, od jakiego zaczęli swe rządy – ich nieletnie potomstwo spotka los podobny do tego, jaki zgotowali synowi Dymitra. Ma się rozumieć, wszystko to wierutne bzdury i zabobony, ale radzę obrócić tę legendę na własną korzyść, kapitanie. Kiedy następnym razem zejdzie pan do piwnic, niech pan włoży maskę z białej materii. Pierś – dzięki kirysowi – i tak ma pan żelazną. Jeśli ktoś pana zobaczy, uzna, że widział Żelaznego Człowieka.

Dwudziestego piątego stycznia von Dorn nie zdołał zejść do piwnic, jako że car udał się na modły do klasztoru Nowodiewiczego, gdzie spędził całą noc. Dlatego też muszkieterowie Matfiejewa nie trzymali wart na Kremlu, lecz palili ogniska wokół murów monastyru (noc była bardzo mroźna), a potem, kiedy władca ze świtą ruszył w drogę powrotną, stali w rozciągniętym szyku wzdłuż Kamiennej Słobody.

Dzień wcześniej Cornelius miał krótką i niezbyt zrozumiałą rozmowę z Aleksandrą Artamonowną. Natknął się na nią, gdy wychodził od bojara (po powrocie z Kukuju, gdzie Matfiejew bawił u generała Baumana na imieninach). Saszeńka stała w salonie, jakby na kogoś czekała. Może na niego, Corneliusa?

Zobaczywszy von Dorna, spytała nagle:

– Co to, Korniej, unikasz mnie? Może czymś cię obraziłam? Dawno nie jeździliśmy do Sokolnik.

Jej szczere, baczne, zupełnie niedziewczęce spojrzenie speszyło kapitana, tak że nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Zaczął coś bąkać o służbie i niecierpiących zwłoki obowiązkach.

– Cóż, twoja wola, prosić cię nie będę – przerwała mu Saszeńka, odwróciła się na pięcie i wyszła.

Cornelius nie mógł zrozumieć, czym ją rozgniewał. Przy ich rozmowie był Iwan Artamonowicz – ale nie odezwał się, pokiwał tylko głową.

Dwudziestego dziewiątego stycznia von Dorn zapuścił się w głąb piwnic od miejsca, gdzie korytarz się rozwidlał. Pora była późna, noc, i głosu cara – Bogu niech będą dzięki – tym razem Cornelius nie słyszał. Jednakże na wszelki wypadek, ze względów bezpieczeństwa, usłuchał rady aptekarza i osłonił twarz białą szmatą z otworami na oczy, chociaż kogo tu, w podziemiach pałacu, mógłby spotkać? Co najwyżej jakiegoś złodziejaszka spośród czeladzi, który wałęsa się po piwnicznych zakamarkach, wypatrując, co by tu zwędzić.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)