Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 96
Перейти на страницу:

I rozmówca, nie czekając na odpowiedź, rozłączył się.

Rozsądny człowiek, pomyślał Fandorin. Bardzo rozsądny, bardzo konkretny, bardzo opanowany. Zupełnie inny niż na zdjęciach w czasopiśmie. A to znaczy, że również bardzo chytry. Czyli z pewnością podwójnie niebezpieczny.

A on to prawdziwie angielska wersja przygłupa Bochenka. Uciekł od babki, uciekł od dziadka, i oto do kogo dotarł.

Może wyłączyć zdradziecki telefon i – póki jeszcze nie jest za późno – rozpłynąć się w mroku nocy?

* * *

Za kierownicą siedział ten sam Gruzin o podkręconych wąsach, który żądał od Szurika przeprosin na korytarzu hotelu „Inturist”. Nicholas próbował nawiązać pogawędkę ze starym znajomym, ale ten zachowywał nieprzystępne milczenie – widać otrzymał w tym względzie stosowne instrukcje. Lub też może nie otrzymał instrukcji, by wdawać się w rozmowę. Kto ich tam wie, tych fachowców od sekretnych spraw, kto zna ich obyczaje!

Klub „Pedigree” okazał się jedną ze starych drewnianych miejskich siedzib, które niegdyś tak często trawiły w Moskwie pożary, zagubioną gdzieś pośród ulic Białego Grodu. Nicholas nie orientował się na tyle dobrze w topografii stolicy, w dodatku spowitej nocnym mrokiem, by zlokalizować położenie klubu dokładniej. Wiedział jednak, że dżip wyjechał poza pierścień okalających centrum bulwarów.

Za wysoką żelazną bramą ujrzał niewielki dziedziniec, jasno oświetlony latarniami. Wszedł po schodach z białego kamienia, minął dwa kosmate lwy po bokach i pchnął szklane drzwi.

Tam już czekał odźwierny w pudrowanej peruce, szamerowanej kamizeli i białych pończochach. Skłonił się i powierzył Fandorina innemu słudze, w takim samym stroju, tyle że ze złotymi epoletami i akselbantami, a ten, o nic nie pytając, poprowadził magistra w głąb budynku.

Klub urządzono po prostu fantastycznie – była tu szumiąca fontanna, pociemniałe obrazy w ramach z brązu, egzemplarze starej broni na ścianach i zabytkowe szafy, zastawione drogocenną porcelaną. Nicholasowi wszystko to bardzo się spodobało, chociaż gdyby już miał się do czegoś przyczepić, to szafy były biblioteczne – przeznaczone na książki, a nie zastawę stołową, zaś osiemnastowieczne fotele obito niezbyt fortunnie dobraną współczesną tkaniną. Mimo to od razu rzucało się w oczy, że klub jest w najwyższym stopniu ekskluzywny i byle kto nie ma doń wstępu.

Z pewnością tym należało tłumaczyć spojrzenia, które czuł na sobie Fandorin, postępując za lejbgwardzistą w pudrowanej peruce. Czterej wytworni panowie przy karcianym stoliku, dwie zadbane damy przy barze, ba, nawet trójka młodych ludzi o zaczerwienionych twarzach i w poluzowanych krawatach – całe to towarzystwo obserwowało z niedowierzaniem dryblasa w nieświeżej białej koszuli.

– To gość Josifa Guramowicza, to gość Josifa Guramowicza – szeptem wyjaśniał przewodnik Nicholasa tym, którzy zbyt demonstracyjnie okazywali zdumienie.

Druga sala zastawiona była stolikami – przy niektórych biesiadowali, wytwornie ubrani mężczyźni i kobiety. „Proszę, proszę, okazuje się, że ocalało tu całkiem sporo przedstawicieli dawnej arystokracji – z pełnym szacunku zdziwieniem myślał Nicholas, wpatrując się w twarze zgromadzonych w sali jadalnej osób. – Z pewnością są wśród nich potomkowie krewnych i powinowatych Fandorinów. W końcu przez trzysta lat jedni i drudzy żyli obok siebie”.

Orkiestra złożona z trzech instrumentów – harfy, wiolonczeli i fortepianu – grała melancholijną melodię, a solistka w długiej sukni z prawie równie długim dekoltem śpiewała coś o upojnych rosyjskich wieczorach, ale nie podmoskiewskich (tę piosenkę Nicholas znał).

W drugim końcu sali, w części oddzielonej kolumnadą, stały trzy stoły bilardowe. Przy dwóch nie było nikogo, przy środkowym rozgrywał partię sam ze sobą tęgi mężczyzna w atłasowej kamizelce. Magister od razu poznał Josifa Gabuniję, podobnie jak miniaturową terierkę Joujou, drzemiącą spokojnie na zielonym suknie. Zamierzeniem gracza było, zdaje się, umieszczenie wszystkich bil w łuzach bez zakłócania spokoju pieskowi. Trzeba przyznać, że wirtuoz bilardu wspaniale sobie radził z wyznaczonym zadaniem. Sapiąc i opierając się ogromnym brzuszyskiem o brzeg stołu, Wielki Soso długo celował, potem krótkim, szybkim ruchem sprawiał, że bile, uderzywszy o siebie, toczyły się idealnie wytyczoną trasą, by na koniec wpaść do łuz. Piesek-zabaweczka, najwidoczniej od dawna do tego przyzwyczajony, nie budził się przy stuku bil i tylko od czasu do czasu strzygł przez sen spiczastymi czarnymi uszkami.

Bankier trzymał w ustach długie cygaro, na jego owłosionych palcach oślepiająco błyszczały pierścienie, na skraju stołu zaś lśnił i migotał kryształowy kielich koniaku. Nieco dalej, na malachitowym stoliku, stała opróżniona do potowy pękata butelka, patera z owocami i olbrzymie pudlo czekoladek.

– Gra pan w bilard, Nikołaju Aleksandrowiczu? – zapytał tłuścioch, zerknąwszy na Fandorina, i nieznacznym poruszeniem gęstych brwi nakazał lokajowi się oddalić.

– Nie – odparł krótko Nicholas, przyglądając się z zaciekawieniem opasłemu mężczyźnie.

W życiu wyglądał on tak samo jak na zdjęciach w czasopiśmie – komiczny grubas, przeniesiony do moskiewskiego klubu wprost z hollywoodzkiego filmu o wesołych latach dwudziestych. Wbił do łuzy kolejną bilę, w nagrodę zjadł czekoladkę i z zadowoleniem pyknął cygaro, wypuszczając kłąb dymu.

– Pochodzi pan ze starej arystokracji? – nie zdołał powściągnąć ciekawości Fandorin, usilnie starając się dostrzec jakieś ślady świetnego pochodzenia w nalanej twarzy i prostackich manierach bankiera. – Zdaje się, że skarbnikiem wielkiego księcia Michała Nikołajewicza był książę Gabunow. Pewnie wywodzi się pan z tych Gabunowów?

– Nie, Nikołaju Aleksandrowiczu. – Wielki Soso z wyraźnym żalem pokręcił głową. – Jestem prawdopodobnie jedynym Gruzinem na świecie, niepochodzącym z książęcego rodu. Plebejuszem z dziada pradziada. Mimo to dziękuję, że powiedział mi pan o tym księciu. Niewykluczone, że uczynię go swoim przodkiem.

– Ale czyż nie zbiera się tu sama śmietanka, osoby z najlepszego towarzystwa? – zniżając glos, spytał Fandorin. – Czytałem, że to absolutnie ekskluzywny klub dla ludzi, w których żyłach płynie błękitna krew.

– Zielona – poprawił go Gabunija, nacierając kredą koniec kija. – Wystarczy zapłacić pięć tysięcy dolców rocznie, uzyskać rekomendację jednego z członków, i już jesteś arystokratą. Jeżeli nie załatwisz rekomendacji – kosztuje cię to dziesięć tysięcy. Pan, Nikołaju Aleksandrowiczu, ma pełne prawo zostać członkiem klubu. Z pańskiego dossier, które kazałem zgromadzić, wynika, że ród Fandorinów znany jest od dwunastego wieku. Jeśli pan chce, mogę panu udzielić rekomendacji.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł sucho Fandorin, nie będąc jeszcze pewnym, co myśleć o tym dziwacznym osobniku.

W rozmowie telefonicznej Gabunija wydał mu się rzeczowym człowiekiem interesu, a teraz zachowuje się jak klown – najwyraźniej nie chcąc rozmawiać o konkretach.

– Śpij, Żużulko, śpij, malutka. – Długa chwila celowania, szybkie uderzenie, bila wpada do łuzy – Brawo, Soso! Zasłużyłeś na trufelkę… Nie skusi się pan na czekoladkę? Szkoda, robią mi je na zamówienie, to moje ulubione – plótł dalej Josif Guramowicz. – Co się tyczy klubu, ma pan rację, że nie chce pan do niego wstąpić. Cóż to za nazwa – „Pedigree”! Ci, którzy nie znają angielskiego, myślą, że spotykają się tu hodowcy psów albo pederaści. Zdarzają się nawet tacy, co się obrażają, kiedy człowiek chce ich tutaj zaprosić. Jak to u nas mawiają poniektórzy arystokraci, wkurwiają się. Administracja chce zmienić nazwę na „Błękitną Krew”. Ale to też brzmi dwuznacznie.

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)