Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Bardzo dobrze. Samej Fatimce było z nim trudno: i gospodarstwo prowadź, i doglądaj dzieci. To i dobrała mnie za żonę – wypatrzyła na bazarze. Zobaczyła, że jestem baba mocna, robotna i poczciwa.
– I Salach zgodził się?
Marusia zaśmiała się i powtórzyła pytanie koleżance. Ta również parsknęła. Powiedziała (Marusia przetłumaczyła na rosyjski):
– A kto go pytał?
Dla Poliny Andriejewny wszystko to było niesłychanie interesujące.
– A czym zajmuje się u was Amerykanka?
– Anka? Uczy dzieci i pokutuje za nas w łóżku, osobliwie w upały. Jest młoda, chuda, dla niej niegorąco. A i dla książki pożytek. Jak dokończy i odejdzie, inną weźmiemy, też młodziutką. Już postanowione. Jakąś Żydóweczkę z tutejszych, bo są żwawe.
– Czy islam pozwala żenić się z Żydówkami? Marusia zdumiała się.
– A ty co, myślałaś, że ja swoją wiarę zamieniłam na ichnią? Mowy nie ma; w jakiej się urodziłam, w takiej umrę. Sałasza mnie nie przymuszał. Islam to wiara dobra, bez złości. Chrześcijanki i Judejki to po ichniemu „ludzie Księgi", znaczy się Biblii. Żenić się z nimi nie jest wstyd. To tylko z nieczystymi pogankami nie można, a kto je tutaj widział, te poganki?
W tym miejscu Fatima po raz pierwszy powiedziała coś, nie czekając na przekład.
– Pyta, dlaczego tak ci pilno do Megiddo.
– Potrzebuję koniecznie odnaleźć pewnego człowieka, a Salach nie chce, boi się. Nawet za pięćdziesiąt rubli.
Wąsata grubaska popatrzyła na gościa, szacując go uważnie.
– Kochasz go bardzo?
Zaskakujące pytanie zmieszało Pelagię do tego stopnia, że nie wiedziała, co odrzec. Najprościej było skłamać:
– Tak...
Powiedziała to i oblała się rumieńcem. Jakiż to wstyd, kiedy mniszka kłamie! Fatima zrozumiała to jednak po swojemu.
– Mówi, że jak się zaczerwieniłaś, to znaczy, że naprawdę mocno kochasz.
Żony rozmówiły się po arabsku. Potem starsza pogładziła Polinę Andriejewnę po policzku i coś krótko powiedziała.
– Pojedzie – przetłumaczyła „nataszka" Marusia. – A pięćdziesiąt rubelków oddaj Fatimie.
Kłopoty
Długa podróż przez fale, góry i doliny nastroiła Jakowa Michajłowicza filozoficznie. W jego profesji nieczęsto się zdarzało, żeby tak spokojnie i niespiesznie mógł poruszać się po matce Ziemi. Szczególnie przyjemna była podróż morska. Śledzić obiektu nie było potrzeby – ze statku nigdzie nie ucieknie. Przeciwnie, należało trzymać się jak najdalej, żeby nie rzucać się w oczy. Podróż morzem, z racji sytych posiłków i zdrowej drzemki na pokładzie, pozwoliła nawet Jakowowi Michajłowiczowi przybrać na wadze.
Była to jednak rzecz chwilowa – tłuszczyk zniknął natychmiast. Spróbujcie przejść w upale siedemdziesiąt wiorst.
Po zejściu na brzeg Jakow Michajłowicz uznał, że należy zmienić wygląd – na parowcu był nierzucającym się w oczy pasażerem w panamie i płóciennym kostiumie, a na lądzie wtopił się w tłum jeszcze bardziej –jako chłopski pielgrzym. Tacy ciągną do świetlanej Jerozolimy w niesłychanej liczbie.
Obiekt jechał konnym zaprzęgiem, ale tak byle jakim, że nie trzeba być kozą, żeby nadążyć. W Jerozolimie zaś Jakow Michajłowicz uznał za celowe przeobrazić się w Żyda. Publika ta była tutaj niesłychanie różnorodna, przy czym wszyscy boczyli się na siebie nawzajem i porozumiewali własnymi gwarami. Do fałszywego litwaka podchodzili parę razy podobni chałaciarze w kapeluszach i o coś zagadywali, ale Jakow Michajłowicz jedynie meczał w odpowiedzi – Żydzi także bywają głuchoniemi. Litwacy litościwie cmokali i zostawiali nieboraka w spokoju.
I wszystko toczyło się jak najlepiej, dopóki nie przydarzył się kłopot.
Jakow Michajłowicz podążał za obiektem ciasnym zaułkiem. Utrzymywał dystans, nie kleił się, ale też nie tracił z oczu, nie zawierzał samemu postukiwaniu obcasików.
Nagle ukazało się nadprzyrodzone zjawisko, po prostu fatamorgana, inaczej tego nie nazwiesz.
Odwrócił się zaledwie na sekundkę, żeby sprawdzić, czy nikt nie idzie z tyłu. Z przodu raptem plusk.
Spojrzał – z okienka na piętrze leje się woda, a mniszka jakby zapadła się pod ziemię. Przetarł oczy – chyba przywidzenie. Dopiero co tutaj była i żegnajcie: na ziemi tylko kałuża wody z mydlinami. Roztopiła się niczym Śnieżka? A może zauważyła, że ktoś ją śledzi, i puściła się co sil w nogach?
Popędził przed siebie, ale po stu krokach zaułek kończył się ślepo. Dopiero wracając, odkrył po prawej stronie wąziutkie przejście, gdzie pewnie czmychnęła ruda.
Za późno – nie dogonisz.
Pokręcił się trochę po zaułkach, spocił jak mysz. Ktoś inny, o słabszym charakterze, natychmiast by zwątpił, ale Jakow Michajłowicz, jak już mówiliśmy, wierzył święcie w potęgę ludzkiego rozumu. Nie ma nierozwiązywalnych zadań, zdarzają się jedynie tępi rozwiązujący.
Zatrzymał się w cieniu, natężył umysł.
No, no. Co w takiej sytuacji podpowie rozum? Iść do rosyjskiej misji, do kobiecego hotelu? I tam czekać na zbytnicę? Ale po co miała w ręku sakwojażyk? Jeśli nie zamierza wracać do hotelu, to co wtedy? Kombinował dalej. Kiwnął głową i powiedział: „Mądralina". Zawrócił w stronę dzielnicy żydowskiej.
Przygarbiony Żydziak był w tym samym miejscu, gdzie przywołała go ruda. Stał oparty plecami o mur i pociągał nosem. Potem przysiadł na piętach, podniósł patyk i zaczął coś gryzmolić na ziemi. Tak go to wciągnęło, że nie zauważył, jak podszedł do niego Jakow Michajłowicz.
Ow odczekał, aż ulica opustoszeje, i trącił chłopaka w ramię.
W skierowanych na Jakowa Michajłowicza czarnych oczach odbił się różowy poblask zachodu; można w nich było także odczytać strach.
Cherlak zaszwargotał coś w żydowskim żargonie i potrząsnął głową – wyglądało na to, że próbuje się usprawiedliwiać.
– Chodź ze mną, koleżko – powiedział Jakow Michajłowicz, lekko ścisnął chudziutkie ramię i jednym szarpnięciem postawił Żydka na nogi.
– Ja nic – wybełkotał chłopczyna po rosyjsku. – Ja dałem jej tylko wody...
– Chodźmy, chodźmy – powtarzał uspokajająco rzekomy litwak, prowadząc chłopaka za sobą. – O, tutaj mamy spokojne miejsce. Pogadamy sobie i nikt nam nie przeszkodzi. O co pytała cię ta ruda?
Żydek spojrzał w spokojne oczy Jakowa Michajłowicza i zdaje się, że zobaczył w nich coś szczególnego, bo z trudem przełknął ślinę, a wargi mu zadrżały.
To dobrze, że jest taki pojętny. Aby zaoszczędzić sobie czasu, Jakow Michajłowicz przycisnął palcem miejsce pod obojczykiem, gdzie jest splot nerwowy, a drugą ręką zamknął chłopakowi usta, żeby niepotrzebnie nie krzyczał.
Krzyczeć nie mógł –jedynie zajęczał. Rozszerzyły się mu źrenice – to od bólu. Jakow Michajłowicz, z racji swych zajęć, wielokrotnie miał okazję obserwować to osobliwe zjawisko, ostatnio zaś w pewnym naukowym piśmie wyczytał, że to reakcja fizjologiczna, wywołana ostrym podrażnieniem nerwu wzrokowego.
– To o co cię ona pytała? – powtórzył Jakow Michajłowicz, odczekawszy, aż źrenice chłopaka nieco się zwężą.
Cofnął dłoń, ale tylko odrobinę – na parę werszków. Palec, którym przycisnął bolesne miejsce, także trzymał w gotowości.
– O rosyjskiego proroka – szybko odpowiedział Żydek. – O Emmanuela... Jest tu taki... Jakow Michajłowicz uśmiechnął się i z aprobatą poklepał chłopca po głowie, a ten ze strachu aż przymknął oczy.