Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Teraz też szczupła wojowniczka położyła sobie na kolanach długą na sześć stóp włócznię, a gięty łuk i kołczan pełen strzał oparła o cembrowanie oczka wodnego. Kiedy się poznały, przedstawiła się jako Rash y’Wannu, a męskie imię nie dziwiło, bo pustynne stokrotki wyhaftowane na mankietach i przy kołnierzu jej koszuli oznajmiały wszystkim, że była Zaprzysiężoną Dziewicą. Jako piętnastolatka złożyła śluby, że nigdy nie zazna mężczyzny, tak jak znają go inne kobiety, że będzie dla swojej matki i ojca synem, a dla współplemieńców bratem, kuzynem, przyjacielem. Zmieniła imię, założyła męski strój i oficjalnie przestała być dziewczyną. Wschodnie plemiona kultywowały w ten sposób zwyczaje przejęte od nieistniejących już pustynnych ludów, ale ponieważ Przysięga Dziewicy w żaden sposób nie kolidowała z Prawami Harudiego, nikomu to nie przeszkadzało.
W karawanseraju Deana rozmawiała z wojowniczką przeszło godzinę i wiedziała, że workowata zasłona skrywa twarz pięćdziesięcioletniej weteranki pustynnych wypraw, od przeszło trzydziestu lat wędrującej najtrudniejszymi szlakami Travahen. Na dodatek – co było dla niej znacznie ważniejsze, pas opinający talię łuczniczki miał kolor przybrudzonej bieli.
Mistrzyni włóczni w walce była warta trzech mężczyzn. Albo i pięciu.
Dwie pozostałe kobiety uzbrajały się bardziej klasycznie. Wyższa, która kazała się nazywać Amwer córka Pawalli, władała długą, wschodnią szablą, bardzo podobną do rozpowszechnionych na Dalekim Południu szamszirów. Niższa, ale za to szeroka w ramionach jak zapaśnik, przedstawiła się jako Bahmeria s’Tallar. Uzbrojona była w yphir o klindze nieco dłuższej niż broń używana w plemieniu Deany i w przeciwieństwie do zwyczajów d’yahirrów broń nie była noszona na plecach, lecz obciążała jej talię. Deana zaczerpnęła informacji o tych dwóch, obie od dziesięciu lat najmowały się jako ochrona karawan, zawsze jako para, zawsze za stawkę taką samą, jaką płacono mężczyznom. Dziewczyny miały poczucie własnej wartości i potrafiły zadbać o swoje interesy. No i były rozsądne, bo przyjęły jej propozycję, zamiast tracić czas i pieniądze w karawanseraju.
Wyłoniła się z ocienionego wejścia niespiesznie, szurając nogami, by jej nadejście poprzedzał grzechot kamyków. To była taka… niepisana uprzejmość; gdy uzbrojony zbliżasz się do trzech wojowniczek Issaram, pilnuj, by nie pojawić się przed nimi znienacka.
Chyba że ci spieszno przed oblicze Matki.
Bahmeria i Amwer powitały ją lekkimi ukłonami, bez szczególnej uniżoności, ale od razu ustalającymi ich wzajemne relacje. Deana chciała je wynająć do ochrony swojego domu, one były gotowe na taką służbę, więc układ strażnik–pan nakazywał pewną dozę szacunku.
Rash y’Wannu zarzuciła sobie kołczan na ramię, jedną ręką podniosła łuk, drugą włócznię i stanęła bez ruchu w pozie wyrażającej co najwyżej uprzejme zainteresowanie. Wiedziała, po co ją tu zaproszono, ale z kimś noszącym biały pas negocjuje się inaczej niż ze zwykłą szablą do wynajęcia.
Deana uśmiechnęła się pod ekchaarem. Już w czasie rozmowy w karawanseraju Rash była trudna w kontakcie, oschła i dzika. Ale zapłata, jaką jej zaproponowano, najwyraźniej nawet dla dumnej wojowniczki okazała się nie do pogardzenia. Deana poprawiła też lekko pas z talherami, tak, by wykonane z białej skóry pochwy należycie się zaprezentowały.
— Dziękuję, że przyszłyście. Sprawiłyście mi tym ogromną radość.
Odezwała się w najbardziej sztywnym wariancie k’issari, używanym, gdy negocjowano kontrakty i umowy między różnymi plemionami. Issaram zamieszkiwali tak wiele miejsc i kontaktowali się z tak wieloma ludami, że niektóre lokalne gwary i dialekty stawały się z czasem trudno zrozumiałe dla współplemieńców. Więc tę pierwotną odmianę ich języka pielęgnowali wszyscy Pieśniarze Pamięci oraz ci, którzy wędrowali po świecie. To ułatwiało kontakty. No i jeszcze jedna sprawa. Deana mogła spokojnie założyć, że nikt w pałacu nie znał języka Issaram. Choćby po to warto było je zatrudnić. Żeby porozmawiać na dowolny temat bez obawy podsłuchania.
— Widzę, że opowieści mówiły prawdę — łuczniczka odezwała się pierwsza, poprawnie, choć szorstko, dziwnie ucinając głoski.
— Opowieści?
— Białe pochwy. Mistrzyni szabel. Ludzie opowiadali, że nosiłaś takie, gdy zabiłaś Szafirowy Miecz Trzcin. Powinnaś je zabrać ze sobą, gdy rozmawiałyśmy w karawanseraju.
— Nie mam zwyczaju kłuć ludzi w oczy bielą na pochwach. Niektórzy mogliby to uznać za próbę zastraszenia.
— Kto mówi o strachu, dziewczyno.
To nagłe i protekcjonalne „dziewczyno” ubodło Deanę bardziej, niż się spodziewała. Przez moment, dosłownie dwa uderzenia serca, rozważała, czy może to zignorować. Ale jeśli zrobi to teraz, będzie musiała ignorować setkę takich szpil dziennie. A poza tym… ćwiczenia z widmowymi przeciwnikami już dawno jej się znudziły.