Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— A ten cały stary kram z opozycją... No cóż! — mówił dalej. — Zrezygnowaliśmy z tego wszystkiego. Ludzie tacy jak pan i ja wiedzą, że na temat większości spraw nie może być dwóch trafnych i zarazem przeciwnych poglądów. Istnieje tylko jedna słuszna i mnóstwo niewłaściwych dróg. Rząd albo próbuje iść tą właściwą drogą, albo popełnia przestępstwo. I to wszystko. W przeszłości opozycja przeważnie po prostu tamowała postęp. Akty sabotażu muszą się skończyć.
— Niektórzy przedstawiciele młodszego pokolenia — kontynuował — posuwają się jeszcze dalej w swoim myśleniu o przyszłości. Twierdzą na przykład, że koncepcja rodziny zanika. W ciągu całej naszej rolniczej przeszłości była to podstawowa komórka społeczna. Teraz jednak, w naszym nowoczesnym świecie, rodzina traci swój odrębny charakter i rozpływa się w relacjach międzyludzkich o szerszym zasięgu. Wszyscy nasi młodzi ludzie, włącznie z kobietami, są coraz mniej przywiązani do domu.
W tym momencie przyszła mi na myśl kapitan Hilary Bond.
— Ale co ma zastąpić rodzinę?
— Cóż, jeszcze tego wyraźnie nie sprecyzowano, ale młodzi mówią o renukleacji społeczeństwa z podziałem na różne typy: nauczycieli, pisarzy, mówców, którzy wprowadzą nas na nowe tory myślenia — zlikwidują tę starą organizację szczepową i zastąpią ją czymś lepszym.
— Zaiste, prawdziwie świetlana wizja.
Wątpiłem, czy Wallis sam doszedł do większości — lub choćby któregokolwiek — z tych poglądów. Mój rozmówca był po prostu odzwierciedleniem swoich czasów, jego sądy ukształtowali opiniotwórcy z rządu i innych kręgów.
— A jak pan sam się na to wszystko zapatruje?
— Ja? — Roześmiał się samokrytycznie. — Jestem za stary, by się zmienić. A poza tym — dodał niespokojnie — nie chciałbym stracić córek... Ale nie chcę też widzieć, jak dorastają w świecie takim jak ten! — Wskazał ręką na kopułę, martwy park i żołnierzy. — Jeśli oznacza to zmianę zapatrywań, to niech tak będzie.
— Czy teraz rozumie pan, dlaczego potrzebujemy pańskiej współpracy? — zapytał. — Z taką bronią jak PPC, czyli wehikuł czasu, utworzenie tego nowoczesnego państwa — choć nadal nie będzie to łatwe — stanie się bardziej osiągalne. A jeśli doznamy niepowodzenia...
— Tak?
Zatrzymał się. Znajdowaliśmy się teraz w pobliżu południowego muru parku i było tam niewielu ludzi.
— Krążą pogłoski, że Niemcy budują własny wehikuł czasu — powiedział cichym głosem. — Jeśli uda im się to przed nami... jeśli Rzesza będzie zdolna do prowadzenia Wojny z Wykorzystaniem Skoków w Czasie...
— Tak?
Przedstawił mi zwięzły, lecz przerażający opis przyszłej wojny czasowej, który z pewnością zaczerpnął z propagandy rozwiniętej w ciągu wielu lat. Bezwzględni oficerowie sztabowi starego kajzera będą rozważać, jak wysłać do naszej szlachetnej historii swoich na wpół odurzonych, szalonych chłopców — swych Wojowników Czasu. Wallis przedstawił tych żołnierzy, jakby byli chodzącymi bombami. Wedrą się gromadnie w sto naszych dawnych bitew jak śmiercionośne marionetki...
— Zniszczą Anglię, uduszą ją w kolebce. I to właśnie do tego nie możemy dopuścić — powiedział do mnie. — Pan to widzi, prawda? Pan to rozumie?
Spojrzałem na jego wyrazistą, szczerą twarz i nie potrafiłem mu odpowiedzieć.
Wallis odprowadził mnie do domu na Queen’s Gate Terrace.
— Nie chcę pana zmuszać do współpracy ze mną, staruszku. Wiem, jakie to wszystko musi być dla pana trudne, bo przecież to nie pańska wojna, ale czasu jest niewiele. Nawiasem mówiąc, cóż znaczy pojęcie „czasu” w takich okolicznościach?
Dołączyłem do moich towarzyszy w palarni. Przyjąłem whisky z wodą od Filby’ego i rzuciłem się na krzesło.
— Na zewnątrz jest tak niewiele miejsca — odezwałem się. — Przez tę przeklętą kopułę człowiek się czuje jak w Birmie! Czyż to nie dziwne? Na zewnątrz panuje gęsta ciemność, a mamy dopiero porę lunchu.
Moses podniósł wzrok znad księgi, którą czytał.
— „Liczy się intensywność, a nie czas trwania przeżycia” — zacytował, po czym uśmiechnął się do mnie. — Czyż nie byłoby to doskonałe epitafium dla Podróżnika w Czasie? Intensywność... tylko to się liczy.
— Kto to napisał?
— Thomas Hardy. Żył w pańskiej epoce, prawda?
— Nie czytałem go.
Moses sprawdził w przedmowie.
— Cóż, już nie żyje... zmarł w 1928 roku.
Zamknął książkę.
— Czego się pan dowiedział od Wallisa? — zapytał.
Streściłem im moją rozmowę.
— Ulżyło mi, kiedy się z nim pożegnałem — zakończyłem. — Cóż za mieszanina propagandy i nie do końca przemyślanej polityki... nie mówiąc już o pogmatwanym widzeniu przyczynowości i tak dalej.
Wiedziałem, że gdybym był obywatelem tego nowego, nowoczesnego państwa, które chcieli stworzyć, wkrótce stałbym się jednym z opozycjonistów wijących się w jego bezlitośnie dobroczynnym uścisku.
Jeszcze w trakcie tych rozważań zacząłem się zastanawiać w głębi serca, do jakiego stopnia przyjąłbym sposób myślenia Wallisa — o tym nowoczesnym państwie z jego planami i metodami zarządzania — nim podróżowanie w czasie otworzyło mi oczy na ograniczenia ludzkości.
— A propos, Nebogipfelu — powiedziałem — natrafiłem na ślad naszego starego przyjaciela... Kurta Gödela.
Morlok wybełkotał dziwne słowo we własnym języku. Obrócił się gwałtownie i zwinnie zerwał z krzesła, przez co wydawał się bardziej zwierzęciem niż człowiekiem. Filby zbladł, a Moses zacisnął palce na książce, którą trzymał w ręku.
— Gödel? Czy on tu jest?
— Tak, jest pod kopułą. Właściwie nie dalej niż ćwierć mili od tego miejsca, w Imperiał College.
Opisałem pokaz paplającej maszyny, który widziałem.
— Reaktor jądrowy. To jest to — syknął Nebogipfel. — Teraz rozumiem. Gödel jest kluczem do wszystkiego. To musi być jego sprawka. Ze swoją wiedzą na temat obracających się wszechświatów...
— Nie rozumiem, o czym mówisz.
— Posłuchaj. Czy chcesz uciec z tej okropnej historii?
Naturalnie, że chciałem! Było ku temu tysiąc powodów: pragnąłem uciec od tego strasznego konfliktu, spróbować wrócić do domu, położyć kres podróżowaniu w czasie przed początkiem szaleństwa wojny czasowej...
— Ale w tym celu musimy odnaleźć wehikuł czasu.
— Tak. Dlatego musisz nas zaprowadzić do Gödela. Musisz. Teraz widzę prawdę.
— Jaką prawdę?
— Barnes Wallis pomylił się co do Niemców. Ich wehikuł czasu to coś więcej niż tylko groźba. Już go zbudowali!
Teraz wszyscy zerwaliśmy się na równe nogi i zaczęliśmy równocześnie mówić.
— Co takiego? Co chcesz przez to powiedzieć? Jak...
— Już jesteśmy w wersji historii, którą zmienili Niemcy.
— Skąd wiesz? — zapytałem.
— Przypomnij sobie, że studiowałem waszą erę w mojej historii — odparł. — I w mojej historii nie było żadnej kilkudziesięcioletniej wojny w Europie. W mojej historii była wojna, która wybuchła w 1914 roku, lecz zakończyła się w 1918 zwycięstwem aliantów nad Niemcami. Nowa wojna wybuchła w 1939 roku, ale w Niemczech był już inny rząd. I...
Poczułem się dziwnie oszołomiony, wyciągnąłem rękę, żeby znaleźć krzesło, i usiadłem.
Filby wyglądał na przerażonego.
— Ci przeklęci Niemcy. Mówiłem warn, że narobią kłopotu!