Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Przykro mi, ale nie może być inaczej.
Mój ojciec hodował kiedyś truskawki pod siatką. Od czasu do czasu jakiś ptak, widząc dorodne, czerwone, słodkie owoce, próbował dostać się pod siatkę, ukraść spod niej truskawkę i zwiać. Od czasu do czasu jakiś ptak z powodzeniem zaliczał pierwsze dwa etapy — żaden problem, wszystko szło jak po maśle — po czym udawało mu się kompletnie spieprzyć trzeci. Zaplątywał się w gęstą siatkę, skrzeczał i trzepotał skrzydłami, a wtedy ojciec podnosił głowę znad grządki z ziemniakami, przywoływał mnie gwizdem i kazał pozbyć się ptaka. Złap go, wypłacz z siatki i uwolnij.
Nienawidziłem tego zajęcia bardziej niż czegokolwiek w moim dziecięcym wszechświecie.
Strach jest przerażający. Trudno o bardziej przerażający widok. Zwierzę, które wpada w szał, to jedna sprawa, często dość niepokojąca, ale zwierzę ogarnięte przerażeniem — kiedy wpatruje się w ciebie szeroko otwartymi oczami, rzucając się i próbując uciec w skrzydlatej panice — to widok, jakiego nie chciałem nigdy więcej oglądać.
A jednak miałem go właśnie przed oczami.
— Kupa pieprzonego gówna — powiedział jeden z Amerykanów, wchodząc do kuchni, i od razu wstawił wodę.
Solomon i ja wymieniliśmy spojrzenia. Od dwudziestu minut siedzieliśmy w milczeniu przy stole po tym, jak wyprowadzili Ricky'ego. Wiedziałem, że Solomon jest równie wstrząśnięty, jak ja, a on wiedział, że o tym wiem, więc siedzieliśmy, nie odzywając się ani słowem. Ja wpatrywałem się w ścianę, a on żłobił paznokciem linie na bocznej ściance krzesła.
— Co z nim teraz zrobicie? — zapytałem, nadal wpatrując się w ścianę.
— Nie twój problem — odparł Amerykanin, nakładając łyżeczką kawę do dzbanka. — Jutro to już nie będzie niczyj problem.
Wydawało mi się, że mówiąc te słowa, zaśmiał się, ale nie miałem pewności.
Ricky był terrorystą. Tak uważali Amerykanie i dlatego go nienawidzili. Nienawidzili wszystkich terrorystów, ale jedno wyróżniało Ricky'ego w ich oczach i sprawiało, że nienawidzili go bardziej niż większości terrorystów — Ricky był amerykańskim terrorystą. A to wydawało im się po prostu niewłaściwe. Do zamachu bombowego w Oklahoma City przeciętny Amerykanin traktował detonowanie bomb w miejscach publicznych jako staroświecką, europejską tradycję na wzór corridy czy angielskiej odmiany moreski. A jeżeli ten zwyczaj miał się kiedykolwiek rozprzestrzenić, to z pewnością na wschód, wśród wielbłądzich dżokejów, cholernych turbaniarzy, synów i cór islamu. Wysadzanie w powietrze centrów handlowych i ambasad, strzelanie z ukrycia do wybranych w wyborach wysokich urzędników państwowych, porywanie boeingów 747 w imię czegokolwiek innego niż pieniądze było absolutnie nieamerykańskie i nieminnesotańskie. Wydarzenia w Oklahoma City doprowadziły jednak do zmian na gorsze i w rezultacie Ricky musiał zapłacić najwyższą cenę za swoją ideologię.
Ricky był amerykańskim terrorystą i zawiódł swoich rodaków.
Przed świtem wróciłem do Pragi, ale się nie położyłem. To znaczy poszedłem do łóżka, ale się nie położyłem. Z popielniczką wypełniającą się niedopałkami oraz opróżniającą się paczką marlboro usiadłem na krawędzi i utkwiłem wzrok w ścianie. Gdyby w pokoju znajdował się telewizor, włączyłbym go. Albo i nie. Odcinek Magnum sprzed dziesięciu lat z niemieckim dubbingiem nie wydawał mi się o wiele bardziej interesujący niż ściana.
Powiedziano mi, że policja zjawi się o ósmej, ale kroki na schodach usłyszałem tuż po siódmej. Ten mały podstęp miał przypuszczalnie zagwarantować moje zaskoczenie objawiające się zaczerwienionymi oczami, w razie gdybym nie potrafił go przekonująco odegrać. Ani trochę mi nie ufali.
Policjanci przybyli w liczbie około tuzina, wszyscy w mundurach. Przesadzili nieco, kopiąc w drzwi, wydzierając się i przewracając różne sprzęty. Przewodniczący klasy mówił trochę po angielsku, ale najwyraźniej niewystarczająco dobrze, żeby zrozumieć słowa „to boli”. Zwlekli mnie na dół na oczach pobladłej właścicielki — która prawdopodobnie miała nadzieję, że czasy, kiedy o świcie policja wywoziła furgonetkami lokatorów, odeszły na zawsze — podczas gdy inne zmierzwione głowy zerkały na mnie nerwowo przez szpary w drzwiach.
Na komisariacie zamknęli mnie na jakiś czas w pokoju — bez kawy, bez papierosów, bez życzliwych twarzy — po czym nakrzyczeli na mnie jeszcze trochę, spoliczkowali i wymierzyli kilka ciosów w klatkę piersiową, a następnie wrzucili do celi; sans paska, sans sznurówek.
Ogólnie rzecz biorąc, wydawali się zupełnie kompetentni.
W celi znajdowało się dwóch lokatorów, obaj byli mężczyznami. Nie wstali, kiedy wszedłem. Jeden z nich prawdopodobnie nie mógłby się podnieść, nawet gdyby chciał, jako że był bardziej pijany, niż ja kiedykolwiek byłem w swoim życiu. Miał sześćdziesiąt lat, alkohol sączył się z każdej części jego ciała, a głowa opadła mu tak nisko na piersi, że nie wierzyłem, iż ten człowiek może mieć kręgosłup.
Młodszy z mężczyzn miał ciemniejszą karnację i był ubrany w T-shirt i spodnie khaki. Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym wrócił do wyłamywania palców. Podniosłem pijaka z krzesła i położyłem go, niezbyt delikatnie, w rogu celi. Usiadłem naprzeciwko T-shirta i zamknąłem oczy.
— Deutsch?
Nie wiem, jak długo spałem, ponieważ zabrali mi również zegarek — jak przypuszczam, na wypadek, gdybym znalazł sposób, by się na nim powiesić — ale zdrętwienie pośladków powiedziało mi, że minęło co najmniej kilka godzin.
Pijak zniknął, a T-shirt siedział w kucki obok mnie.
— Deutsch? — zapytał.
Potrząsnąłem głową i znowu zamknąłem oczy, biorąc ostatni oddech przed wcieleniem się w inną osobę.
Usłyszałem, że T-shirt się drapie. Długie, powolne, pełne zadumy drapnięcia.
— Amerykanin?
Skinąłem głową, nie otwierając oczu, i na chwilę ogarnął mnie dziwny spokój. o wiele łatwiej być kimś innym.
T-shirta trzymali przez cztery dni, mnie przez dziesięć. Nie pozwolono mi golić się i palić, a do jedzenia aktywnie zniechęcała mnie osoba przygotowująca posiłki. Raz czy dwa przesłuchali mnie w sprawie alarmu bombowego w samolocie z Londynu, kazali mi obejrzeć jakieś fotografie — początkowo dwie lub trzy, później, kiedy zaczęli tracić zainteresowanie, całe katalogi przestępców — ale dokładałem wszelkich starań, aby się na nich nie skupiać, i starałem się ziewać za każdym razem, kiedy wymierzali mi policzek.
Dziesiątej nocy zabrali mnie do białego pokoju i obfotografowali pod setką różnych kątów, po czym oddali mi pasek, sznurówki i zegarek. Zaproponowali mi nawet brzytwę, odmówiłem jednak, ponieważ rączka wyglądała na ostrzejszą od ostrza, a broda wydawała się pomagać mi w metamorfozie.
Na zewnątrz było ciemno, zimno i ciemno, deszcz próbował padać w ten nieudolny, och-tak-naprawdę-zupełnie-mnie-to-nie-obchodzi sposób. Szedłem powoli, jakbym nie przejmował się deszczem, ani niczym innym, co miało mi do zaoferowania życie na ziemi. Miałem nadzieję, że nie każą mi długo czekać.
Nie musiałem czekać w ogóle.
Dostrzeżenie ciemnozielonego porsche 911 nie wymagało specjalnego sprytu, ponieważ porsche występowały na ulicach Pragi równie rzadko jak ja. Sunęło powoli razem ze mną przez jakieś sto metrów, potem wysforowało się do przodu i zatrzymało na końcu ulicy. Kiedy zbliżyłem się na mniej więcej dziesięć metrów, otworzyły się drzwi po stronie pasażera. Zwolniłem, rozejrzałem się dookoła i schyliłem głowę, aby przyjrzeć się kierowcy. Był po czterdziestce, miał kwadratową szczękę i z powodzeniem siwiejące włosy. Ludzie z działu marketingu Porsche z ochotą przedstawiliby go jako „typowego właściciela” — jeżeli naprawdę był właścicielem, co wydawało się mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego zawód.