Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]
Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]

Электронная книга - «Dwie wojowniczki [Le due guerriere - pl]». Краткое содержание книги:

Po ucieczce z Sekty Zabójców młoda wojowniczka Dubhe musi uwolnić się od klątwy, która została na nią rzucona. Jedyną osobą, która może ją uratować, jest Sennar, niegdyś najpotężniejszy czarodziej Świata Wynurzonego, do którego udaje się wraz z Lonerinem po pomoc i radę. Tropem Dubhe podąża Rekla, Strażniczka Trucizn, wierna członkini Sekty Zabójców, z zamiarem zgładzenia dziewczyny. Tymczasem krwiożercza Gildia odkrywa w końcu, jak przywrócić do życia wielbionego przez nich Tyrana — Astera. Potrzebują jedynie ciała, w którym mógłby się odrodzić. Ich wybrańcem zostaje San, wnuk Sennara i Nihal, którego przed pazurami dzikiej sekty chroni gnom Ido. Czy Sennar, który po śmierci Nihal w poczuciu winy odsunął się od ludzi, nie wierząc w uratowanie Świata…
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 91
Перейти на страницу:

Dubhe była taka jak ona. Jedna była kobietą, której nie udało mu się ochronić, a druga tą, którą za wszelką cenę chciał uratować. Było tak, jak gdyby dzieliły to samo przeznaczenie, to samo miejsce w jego sercu. Krzyknął rozpaczliwie.

Spokój, spokój! — nakazał sobie i postarał się pomyśleć rozsądnie.

Oddarł kawałek swojej tuniki, zanurzył ją w wodzie, którą miał w bukłaku, i jedna po drugiej zaczął przemywać rany. Było ich zbyt wiele, a krew wszystko mąciła. Nie potrafił się zorientować, jakie ruchy powinien wykonywać. I rzeczywiście, zapas wody wyczerpał się, zanim udało mu się obmyć wszystkie krwawiące miejsca.

Już po nas… nie uda nam się.

Starał się odsunąć te myśli na skraj swojej świadomości, ale nie dawał rady.

Oddarł to, co pozostawało z tuniki, i zrobił z tego pasy. Nie było ich wystarczająco dużo, a co więcej — były dość krótkie. Dlatego wziął płaszcz i podzielił go na kawałki: w jego stanie była to skomplikowana czynność. Zaczął krzyczeć ze złości i z wysiłku.

Pominął bardziej powierzchowne nacięcia i poświęcił się tylko tym głębszym, począwszy od zranionej dłoni. Ścisnął ją z całej siły, jaka mu została, a krew zamoczyła mu palce. Znowu poczuł odruch wymiotny, ale się powstrzymał. Wykrzyczał formułę uzdrowienia, zrozumiał jednak, że nie da rady. Energia płynęła z jego rąk nędznym, przerywanym strumieniem. To zbyt mało.

Już przez to przechodziłeś. Jest tak, jak wtedy na pustyni, no dalej, skoncentruj się!

A przecież wcale nie było tak jak wtedy. On był wykończony, a Dubhe miała się jeszcze gorzej. Nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. Byli sami i zagubieni w miejscu, którego nie znali.

Zacisnął opatrunek jak mógł najmocniej, po czym przeszedł do innych nacięć. Przy każdym z nich chociaż przez kilka sekund próbował użyć magii, ale był zbyt zmęczony, żeby móc je uleczyć. Jego wzrok stopniowo zaczął zasnuwać się mgłą, a ręce zaczęły mu drżeć. Niezatarty widok zbiorowego grobu nie przestawał go dręczyć w myślach.

Tym razem będzie inaczej! Gildia nie zabierze mi również i jej!

Kiedy skończył, był bardzo osłabiony. Teraz musiał wziąć Dubhe na ramiona i wyruszyć w drogę na poszukiwanie pomocy. Spróbował raz, ale nogi ugięły mu się pod ciężarem. Przy trzeciej próbie udało mu się zarzucić ją na plecy, chociaż jego równowaga była chwiejna.

Nie miał pojęcia, dokąd ma się kierować, ale najbardziej logicznie było iść naprzód. Pomyślał o Sennarze, miał nadzieję, że jest blisko, ale w tej sytuacji przez chwilę wszystko wydało mu się niedorzeczne. Dopiero wtedy zorientował się, że stracił swój cel.

Został pokonany. Został zwyciężony przez Gildię. Niepotrzebnie dusił w sobie nienawiść i starał się stawać coraz silniejszy, przyłączył się do ruchu oporu i próbował walczyć. Czarny Bóg był potężniejszy i pochłaniał wszystko, co było mu drogie.

Upadł na kolana, miał ochotę odpuścić. Łzy zaciemniały mu wzrok i wypełniały usta, wszystko wokół niego stało się niewyraźne i zamazane.

W tym momencie odniósł wrażenie, że nie jest sam. Szeroko otworzył oczy: krągłe postacie wyłoniły się zza skał po bokach chodnika i kierowały się w jego stronę. Były obecne podczas starcia, przywołane krzykiem Boga Smoka, ale nie ośmieliły się interweniować. Teraz, widząc płaczącego mężczyznę, przestały się bać i wychodziły z ukrycia.

Wykończony Lonerin zrobił zaledwie kilka kroków, ale nie był w stanie się już podnieść. Opadł na ziemię, a Dubhe oparła się na jego plecach z głuchym odgłosem. Przeklął, zwracając się ku niebu; potem, podnosząc oczy, zobaczył wyraźnie jedno z tych stworzeń. Była to najdziwniejsza istota, jaką kiedykolwiek zdarzyło mu się spotkać, ale w tej chwili nie zastanawiał się, kim jest ani czego chce. Pomyślał tylko, że nie jest już sam i że może ktoś będzie mógł im pomóc.

Było to stworzenie wielkości gnoma, ale szczuplejsze i bardziej wysmukłe. Włosy i brodę miało długie i ozdobione świecidełkami, których w Świecie Wynurzonym nigdy nie widział. Spod gęstej i najeżonej czupryny o ciemnym kolorze pomiędzy czernią a granatem wystawało dwoje spiczastych uszu.

— Jest ranna! — krzyknął Lonerin. — Pomóżcie nam!

Gnom trzymał w ręku włócznię, a do jego pasa przypięty był długi miecz. Nie miał na sobie koszuli, jedynie skórzane spodnie. Stał nieruchomo i patrzył na niego.

Lonerin wskazał na Dubhe:

— Źle! Pomóżcie nam!

Pojawili się inni, tym razem z wycelowanymi w nich włóczniami. Ich twarze nie były jednak wrogie. Było ich czterech czy pięciu, wszyscy ubrani w ten sam sposób.

Lonerin spróbował się podnieść, ale udało mu się tylko boleśnie przeczołgać na kolanach.

— Proszę was, pomóżcie nam! — wrzasnął, a tamci cofnęli się o kilka kroków.

Popatrzyli na siebie i zaczęli rozprawiać cicho między sobą, wielokrotnie wskazując zarówno na niego, jak i na Dubhe w jego ramionach.

Jeden z nich podszedł bliżej.

— Araktar mel Shirova?

Lonerin stropił się. To dziwne mamrotanie z czymś mu się kojarzyło, ale nic nie mógł sobie przypomnieć. Był zbyt wstrząśnięty i wzburzony, żeby myśleć. Jego głos zniżył się do szeptu:

— Pomocy…

Gnom spojrzał na niego ze smutkiem, po czym dał znak swoim ludziom. Dwoje z nich rzuciło się biegiem i znikło z pola widzenia, zaś inni pomogli mu delikatnie złożyć Dubhe na ziemi.

Lonerin był zdezorientowany.

— Pomocy — mruknął ten, który do niego podszedł.

Lonerin odetchnął z ulgą.

— Tak, tak, pomocy, pomocy… — powiedział i zaśmiał się histerycznie. Był uratowany!

Rzucił się obok Dubhe, głaszcząc ją po włosach.

— Jesteśmy ocaleni… Teraz cię wyleczą, jestem tego pewien… Jesteśmy ocaleni.

Trzymał ją mocno za rękę i nie mógł oderwać od niej oczu. Czuł się tak nieskończenie lekko, tak piekielnie szczęśliwy, przepełniony poczuciem ulgi i… bliski zasłabnięcia. Nie miał już w sobie energii, a oczy mu się zamykały.

Gnom patrzył na niego, jak pochyla się nad Dubhe. Jego mina była nieprzenikniona. Kiedy zobaczył, że chłopak jest już spokojniejszy, spytał go:

— Z tam? — Palcem wskazywał ku horyzontowi wąwozu, z którego wyruszyli.

— Nie rozumiem… — odpowiedział Lonerin zgodnie z prawdą.

Tamten zdawał się myśleć nad tym długo, jak gdyby starał się przywołać w pamięci coś ważnego.

— Erakhtar Yuro… ziemie… z tam… rzeka…

Lonerin musiał się trochę skoncentrować, ale wreszcie zrozumiał. Przytaknął żywo.

— Tak, ze Świata Wynurzonego, i ja, i dziewczyna!

Gnom uśmiechnął się, potakując w odpowiedzi.

— Ghar, ghar… Świat Wynurzony… Erakhtar Yuro.

Lonerin przypomniał sobie, że uczył się tego języka, jak mógł go nie rozpoznać? To był elficki, a przynajmniej coś bardzo podobnego.

Dziwne indywiduum popatrzyło na niego z uśmiechem.

— Mało mówię barbarzyński, mało.

Lonerin nie zastanawiał się, jak mógł przytrafić się taki cud. Nie musiał wiedzieć, kim są te istoty, skąd przychodzą, to nieważne. Były ich wybawicielami, to wystarczyło.

W tym czasie dwóch wysłanych przodem powróciło z większym oddziałem towarzyszy. Wszyscy byli ubrani mniej więcej w ten sam sposób i prowadzili ze sobą przywiązane do łańcucha zwierzę. Z proporcji wydawało się, że jest to młode smoka, nie miało jednak skrzydeł. Z pyska wychodziła mu uprząż przeprowadzona po grzbiecie, do której przymocowane były nosze. Złożyli na nich Dubhe, chociaż jej nogi częściowo poza nie wystawały. Oczywiście, był to środek transportu przystosowany do rozmiarów tych gnomów, a nie istot ludzkich.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 91
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)