Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Nie może pan wygłaszać dwóch sprzecznych twierdzeń o jednej i tej samej rzeczy — ze spokojem przemądrzalca oświadczył Dean. — Innymi słowy, jeśli jeden z tych „aspektów” jest prawdziwy, to drugi jest po prostu iluzją.
— Wielu fizyków istotnie tak twierdziło — przyznał Szevek.
— I co pan na to? — dopytywał się ten, który spragniony był wiedzy.
— No cóż, uważam, że z tej trudności wybrnąć się da bez trudu… Czy możemy odrzucić jako iluzję istnienie lub stawanie się?
Stawanie się bez istnienia jest pozbawione sensu. Istnienie bez stawania się to straszne nudziarstwo… Skoro umysł zdolny jest postrzegać czas w obu tych przejawach, prawdziwa chronozofia winna stworzyć pole, na którym dałoby się zrozumieć oba te aspekty, czy też przejawy czasu.
— Jakiż jednak pożytek z takiego „rozumienia” — nastawał Dearri — skoro nie prowadzi ono do praktycznych, technologicznych zastosowań? To nic więcej niż żonglowanie słowami, czyż nie tak?
— Stawia pan pytania jak prawdziwy spekulant — stwierdził Szevek, a nikt z zebranych nie zdawał sobie sprawy, że obrzucił Dearriego najobelżywszym wyzwiskiem ze swego słownika; Dearri kiwnął nawet lekko głową, z zadowoleniem kwitując komplement. Vea jednak wyczuła napięcie i wtrąciła się:
— Nie zrozumiałam ani słóweczka z tego, co pan teraz powiedział, ale wydaje mi się, że pojęłam to, co mówił pan o książce — że w gruncie rzeczy wszystko istnieje w tej chwili — jeśli zaś tak, czy nie moglibyśmy przepowiadać przyszłości? Skoro jest już obecna?
— Nie, nie — sprostował dość śmiało mniej śmiały z rozmówców Szeveka. — Ona nie jest obecna tak jak kanapa bądź dom — czas to nie przestrzeń, nie można go sobie obejść w koło!
Vea skwapliwie kiwnęła głową, jakby z ulgą, że została przywołana do porządku. Nieśmiały mężczyzna, najwidoczniej zachęcony przepłoszeniem kobiety z królestwa czystej myśli, zwrócił się do Dearriego i rzekł:
— Wydaje mi się, że fizyka czasu mogłaby znaleźć zastosowanie w etyce. Czy zgodziłby się pan z takim stanowiskiem, doktorze Szevek?
— W etyce? No cóż, nie wiem. Ja zajmuję się głównie matematyką. Trudno zamykać w równaniach normy etyczne.
— Dlaczego nie? — rzekł Dearri.
Szevek zignorował go.
— Jednak to prawda, chronozofia ma związek z etyką. A to dlatego, że nasze poczucie czasu warunkuje naszą zdolność do odróżniania przyczyny i skutku, środków i celu. Dziecko, na przykład — podobnie jak zwierzę — nie dostrzega różnicy między tym, co robi w danej chwili, a tym, do czego jego działanie doprowadzi. Nie potrafi złożyć wielokrążka — ani obietnicy. My to potrafimy. Dostrzegając różnicę między tym, co teraźniejsze, a tym, co nieteraźniejsze, potrafimy jedno z drugim powiązać. I tutaj wkracza etyka. Odpowiedzialność. Powiedzieć, że złe środki przyniosą dobry skutek, to tak jakby stwierdzić, że jeśli pociągnę linę na tym krążku, podniesie ona ciężar na tamtym. Złamanie obietnicy oznacza zaprzeczenie realności przeszłości; odbiera więc nadzieję na realność przyszłości. Jeśli czas i rozum są nawzajem funkcyjnie związane, jeżeli jesteśmy tworami czasu, będzie dla nas korzystniej, jeśli go poznamy i postaramy się wykorzystać najlepiej jak można. Po to, aby postępować odpowiedzialnie.
— Momencik — przerwał mu Daerri niezmiernie zadowolony z własnej przenikliwości — powiedział pan przed chwilą, że w systemie pańskiej jednoczesności nie istnieje przeszłość ani Przyszłość, jedynie coś w rodzaju wiecznej teraźniejszości. Jakże więc może pan ponosić odpowiedzialność za książkę już napisaną?
Wszystko, co może pan uczynić, to przeczytać ją. Nie ma wyboru, nie ma miejsca na swobodę działania.
— To dylemat determinizmu. Ma pan całkowitą rację, jest on trwale obecny w myśleniu w ramach jednoczesności. Ale i myślenie w duchu następstw ma swoje dylematy. To jest tak — posłużę się niemądrym, obrazowym porównaniem — rzuca pan kamieniem w drzewo; jeśli jest pan wyznawcą jednoczesności kamień już w nie uderzył, jeśli wyznawcą następstw — nigdy go nie osiągnie.
Co pan wybiera? A może woli pan rzucać kamieniami bez zastanawiania się nad tym, bez dokonywania wyboru? Ja wolę utrudniać sobie życie i wybieram oba rozwiązania.
— Ale jak, jak je pan godzi? — zapytał z przejęciem mniej śmiały z mężczyzn.
Szevek omal nie parsknął śmiechem z rozpaczy.
— Nie wiem. Pracowałem nad tym kawał czasu! Ostatecznie kamień jednak uderza w drzewo. Nie wyjaśni tego ani pojęcie czystego następstwa, ani czystej jednoczesności. Nam zaś nie chodzi o czystość, ale o złożoność, o związek między przyczyną i skutkiem, środkami i celem. Nasz model kosmosu musi być równie niewyczerpany, jak i sam kosmos. Złożoność, w której zawiera się nie tylko trwanie, ale i kreacja, nie tylko byt, ale i stawanie się, nie tylko geometria, ale i etyka. Nie odpowiedzi szukamy, a tylko sposobu postawienia pytania…
— Wszystko to pięknie, ale przemysł potrzebuje właśnie odpowiedzi — orzekł Dearri.
Szevek odwrócił się z wolna, popatrzył na niego z góry i nic nie odpowiedział.
Zapadło kłopotliwe milczenie, które z wdziękiem i beztroską przerwała Vea, wracając do swego tematu przewidywania przyszłości. Wciągnął on również pozostałych i wszyscy zaczęli opowiadać o swoich doświadczeniach z wróżbitami i jasnowidzami.
Szevek postanowił nie odzywać się więcej, bez względu na to, o co by go pytano. Czuł wielkie pragnienie; pozwolił, by kelner napełnił mu szklankę, i wypił smaczny, musujący płyn. Rozejrzał się po pokoju, w obserwacji innych ludzi szukając ucieczki od gniewu i napięcia. Ale obecni na przyjęciu, jak na Ajończyków, zachowywali się bardzo impulsywnie — krzyczeli, śmiali się głośno. przerywali jeden drugiemu. W kącie jakaś para oddawała się igraszkom miłosnym. Szevek z odrazą odwrócił od nich wzrok. Więc oni egoizują nawet w seksie? Pieszczoty i spółkowanie na oczach ludzi samotnych było to równie wulgarne jak jedzenie na oczach zgłodniałych. Zwrócił swą uwagę ku otaczającej go grupie osób.
Porzuciły już temat jasnowidztwa i zajmowały się teraz polityką.
Dyskutowano o wojnie, o tym, co zrobi teraz Thu, co A-Io, a co RRŚ.
— Dlaczego posługujecie się samymi abstrakcjami? — wtrącił naraz, zastanawiając się jednocześnie, po co się odezwał, skoro postanowił tego nie czynić. — To nie nazwy krajów, ale ludzie zabijają ludzi. Dlaczego żołnierze idą na wojnę? Dlaczego idą i zabijają ludzi, których w ogóle nie znają?
— Ależ od tego właśnie są! — wykrzyknęła drobna, ładna kobieta z opalem w pępku.
Paru mężczyzn zaczęło wykładać Szevekowi zasadę narodowej suwerenności. Wtrąciła się Vea:
— Ależ pozwólcie mu się wypowiedzieć. Jak pan rozwiązałby tę sytuację, Szevek?
— Rozwiązanie widać gołym okiem.
— Gdzie?
— Anarres!
— Przecież to, co wy robicie na Księżycu, nie rozwiąże naszych lokalnych problemów.
— Problem człowieka jest wszędzie taki sam. Przetrwanie. Gatunku, grupy, jednostki.
— Samoobrona narodowa…! — ktoś krzyknął.
Spierali się i on się spierał. Wiedział, co chce powiedzieć i że to musi każdemu trafić do przekonania, bo jest prawdziwe i jasne, ale jakoś nie umiał się wysłowić. Wszyscy się przekrzykiwali. Drobna, ładna kobieta poklepała szerokie oparcie fotela, w którym siedziała, i on przysiadł na nim. Jej ogolona jedwabista główka wyjrzała spod jego ramienia.