Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 87
Перейти на страницу:

— D’regowie, jak wszyscy Klatchianie, są ludem bardzo gościnnym — powiedział Marchewa, jakby nauczył się tego na pamięć. — Gościnność traktują bardzo, ale to bardzo poważnie.

Ich napastnicy siedzieli przy ognisku. Podobnie jak oddział Vimesa. Przekonano strażników, żeby ubrali się bardziej odpowiednio. To znaczyło, że Cudo wyglądała teraz jak dziewczynka w sukni swojej mamy — nie licząc żelaznego hełmu, oczywiście; Reg Shoe wyglądał jak mumia, a Detrytus zmienił się w niedużą, okrytą śniegiem górkę.

— W tym upale zrobił się… nierozsądny — szepnął Marchewa. — A tam jest funkcjonariusz Wizytuj. Dyskutuje o religii. Na kontynencie klatchiańskim istnieją sześćset pięćdziesiąt trzy religie.

— Musi się dobrze bawić.

— A to jest Jabbar — powiedział Marchewa.

Eksponat A, który wyglądał jak nieco starsza wersja 71-godzinnego Ahmeda, wstał i skłonił się Vimesowi.

— Offendi…

— Jest ich… no, tak jakby oficjalnym mędrcem — wyjaśnił Marchewa.

— Aha. Czyli to nie ten, który im mówi, kiedy atakować? — upewnił się Vimes. W głowie szumiało mu od upału.

— Nie, tamten to wódz. O ile akurat jakiegoś mają.

— Więc może Jabbar mówi im, kiedy mądrze jest atakować?

— Zawsze mądrze jest atakować, offendi — odparł Jabbar. Skłonił się ponownie. — Mój namiot jest twoim namiotem — oświadczył.

— Tak? — zdziwił się Vimes.

— Moje żony są twoimi żonami.

Vimes wyraźnie się przeraził.

— Wszystkie? Naprawdę?

— Moja żywność jest twoją żywnością — ciągnął Jabbar.

Vimes zerknął na stojące przy ognisku naczynie. Wyglądało na to, że głównym daniem była baranina albo kozina. Jabbar schylił się, wziął w dłoń jakiś kęs i wręczył mu uroczyście.

Sam Vimes popatrzył na jedzenie. Ono też popatrzyło.

— Najlepszy kawałek — powiedział Jabbar i mlasnął zachęcająco. Dodał coś po klatchiańsku i wokół ogniska rozległy się stłumione śmiechy.

— To mi wygląda na baranie oko — stwierdził niepewnie Vimes.

— Tak jest, sir — potwierdził Marchewa. — Ale nierozsądnie byłoby…

— Wiesz co? — rzekł Vimes. — Myślę, że to taka zabawa, zwana „Zobaczymy, co przełknie offendi”. I tego nie przełknę, przyjacielu.

Śmiechy ucichły. Jabbar spojrzał na Vimesa z podziwem.

— A więc prawdą jest, że widzisz dalej niż większość — powiedział.

— Tak jak to jedzenie. Ojciec mi mówił, żeby nigdy nie jeść niczego, co może do mnie mrugać.

Nastąpiła jedna z tych chwil, kiedy wszystko wisi na włosku. Sytuacja mogła doprowadzić do wybuchu śmiechu albo do nagłej śmierci.

I wtedy Jabbar klepnął Vimesa w plecy. Oko wystrzeliło z jego dłoni i odleciało w mrok.

— Świetnie! Wyjątkowo dobrze! Pierwszy raz to nie zadziałało od dwudziestu lat! Siadaj teraz i zjedz porządny ryż z owcą, jak u mamy.

Nastąpiło wyraźne odprężenie. Vimes poczuł, że ściągają go w dół, siedzenia rozsunęły się na boki, by zrobić mu miejsce, przed nim pojawił się ociekający tłuszczem kawał mięsa. Vimes dotknął go najgrzeczniej, jak potrafił, po czym zdecydował się postąpić według starej reguły, że jeśli da radę rozpoznać przynajmniej połowę, to chyba spokojnie może zjeść całą resztę.

— Czyli jesteśmy waszymi jeńcami, panie Jabbar?

— Honorowymi gośćmi! Mój namiot jest…

— Ale… jak by to ująć… Chcecie, żebyśmy korzystali z waszej gościnności jeszcze przez jakiś czas?

— Mamy tradycję — odparł Jabbar. — Człowiek, który jest gościem w twoim namiocie, choćby najgorszy wróg, jesteś mu winien gościnność przez czy dzienie.

— Czy dzienie, tak?

— Uczyłem się języka na… — Jabbar machnął ręką. — No wiesz, drewniana rzecz, wielbłąd morza…

— Statek?

— Tak! Ale za dużo wody. — Znów klepnął Vimesa, aż gorący tłuszcz chlapnął komendantowi na kolana. — W tych dzieniach na każdej drodze dużo mówi po morporsku, offendi. To mowa… kupca.

Ostatnie słowo wymówił tonem sugerującym, że oznacza to samo co „glista”.

— Dlatego musicie wiedzieć, jak powiedzieć na przykład: „Oddajcie nam wszystkie pieniądze”?

— Po co prosić? I tak zabierzemy. Ale teraz… — Jabbar z zadziwiającą precyzją splunął w ogień. — Mówią, że trzeba przestać, to nie jest dobre. A czy my robimy coś złego?

— Oprócz zabijania ludzi i odbierania im towarów? — spytał Vimes.

Jabbar roześmiał się.

— Wali mówił, że jesteś wielki dyplomatyk! Ale nie zabijamy kupców, po co zabijać kupców? Jaki sens? Głupio jest zabijać darowanego konia, który znosi złote jajo!

— Pokazując go, moglibyście sporo zarobić.

— My zabijamy kupców, my rabujemy za dużo, oni nigdy nie wrócą. Głupio. My pozwalamy im odejść, oni znów są bogaci, wtedy nasi synowie ich rabują. To jest mądrość.

— Aha, czyli to coś w rodzaju hodowli — uznał Vimes.

— Tak! Ale kiedy zasadzić kupca w ziemi, to on nie rośnie dobrze.

Vimes zauważył, że po zachodzie słońca zrobiło się chłodniej. A nawet o wiele chłodniej. Przysunął się bliżej do ognia.

— Dlaczego on się nazywa 71-godzinny Ahmed? — zapytał.

— Nie aż taki dyplomatyk — stwierdził Jabbar.

— Ścigamy go tutaj, potem nagle wpadamy w waszą zasadzkę. Wydaje się, że…

— Nic nie wiem — stwierdził Jabbar.

— Ale dlaczego… — zaczął Vimes.

— Ehm, sir — wtrącił z naciskiem Marchewa. — To chyba niezbyt rozsądne. Odbyliśmy z Jabbarem pogawędkę, kiedy pan… odpoczywał. Obawiam się, że sprawa jest trochę polityczna, sir.

— A jaka nie jest?

— Widzi pan, sir, książę Cadram próbuje zjednoczyć cały Klatch.

— I choćby wrzeszczał i kopał, wciągnąć go w Wiek Nietoperza?

— No tak, sir. Skąd pan…?

— Zgadłem. Mów dalej.

— Ale ma z tym kłopoty — podjął Marchewa.

— Jakie?

— Nas — oświadczył z dumą Jabbar.

— Żadnemu z plemion nie podoba się ten pomysł — tłumaczył Marchewa. — Zawsze walczyły między sobą, a teraz większość walczy z nim. Historycznie, sir, Klatch jest nie tyle imperium, ile raczej kłótnią.

— On mówi, że musimy być wykształceni. Musimy się nauczyć płacić podatki. Nie chcemy się kształcić o podatkach.

— Czyli uważacie, że walczycie o wolność? — domyślił się Vimes.

Jabbar zawahał się i spojrzał pytająco na Marchewę. Nastąpiła szybka wymiana zdań po klatchiańsku.

— To dość trudna kwestia dla D’regów, sir — odezwał się Marchewa. — Widzi pan, ich słowo oznaczające „wolność” jest takie samo jak słowo oznaczające „walkę”.

— Zadbali, żeby język dla nich pracował, co?

W niższej temperaturze Vimes czuł się zdecydowanie lepiej. Wyjął cygaro z pomiętej i wilgotnej paczki i przypalił węgielkiem z ogniska.

— Czyli… nasz piękny książę ma poważne problemy domowe, tak? Czy Vetinari wie o tym?

— A czy wielbłąd sra na pustyni, sir?

— Coraz lepiej łapiesz klatchiański, muszę przyznać.

Jabbar powiedział coś. Znowu zahuczał śmiech.

— Ehm… Jabbar mówi, że wielbłąd z całą pewnością sra na pustyni, sir. W przeciwnym razie nie miałby pan od czego odpalić cygara.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)