Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 87
Перейти на страницу:

Jest ich setka, myślał Vimes. A nas sześcioro. Tyle że Detrytus właśnie odpływa, nigdy nie wiadomo, jakiego przykazania Wizytuj akurat przestrzega, a Regowi często ręce odpadają, kiedy się zdenerwuje…

— Nie wiem — odparł. — Prawdopodobnie coś w stylu „Nie dopuszczaj do tego”.

— Dlaczego pan nie sprawdzi, sir? — zaproponował Marchewa, nie odrywając wzroku od patrzących czujnie D’regów.

— Co?

— Pytałem, czemu pan nie sprawdzi.

— W tej chwili?

— Może warto spróbować, sir.

— To szaleństwo, kapitanie.

— Tak, sir. D’regowie mają bardzo dziwaczne poglądy na temat osób szalonych.

Vimes sięgnął po książkę. Stojący najbliżej D’reg, oprócz uśmiechu niemal tak szerokiego i wygiętego jak jego miecz, miał dodatkowo także dumną postawę sugerującą wodzostwo. Na plecach wisiała mu wielka i stara kusza.

— Posłuchaj no! — powiedział Vimes. — Czy możemy odłożyć wszystko na chwilę? — Podszedł do D’rega, który wyglądał na bardzo zdziwionego, i machnął mu książką przed nosem. — To jest dzieło generała Tacticusa, nie wiem, czy w ogóle o nim słyszałeś, ale kiedyś było to całkiem znane nazwisko w tych okolicach, prawdopodobnie nawet zarżnął twojego prapraprapradziadka. Chciałbym tylko spojrzeć, co ma do powiedzenia o takich spotkaniach. Nie przeszkadza ci to, prawda?

Wódz D’regów wyraźnie był zaskoczony.

— To chwilę potrwa — tłumaczył Vimes. — Książka nie ma indeksu, ale chyba coś widziałem…

Wódz cofnął się o krok i zerknął na D’rega, który stał obok. Ten wzruszył ramionami.

— Tak sobie myślę, czy nie mógłbyś mi pomóc z tym słowem, o tutaj? — ciągnął Vimes.

Stanął przy wodzu i podsunął mu książkę pod nos. Uzyskał kolejny zdziwiony uśmiech.

To, co Vimes zrobił potem, znane jest w zaułkach Ankh-Morpork jako „przyjazny uścisk dłoni”. Składa się zasadniczo z wbicia rozmówcy łokcia w brzuch, potem uniesienia kolana na spotkanie z sunącą w dół brodą, zaciśnięcia zębów z bólu w kolanie i w kostce, a następnie wyrwania miecza i przyłożenia go do szyi D’rega, zanim zdąży dojść do siebie.

— A teraz, kapitanie — rzekł — chcę, żeby powiedział pan głośno i wyraźnie, że jeśli nie cofną się naprawdę daleko stąd, ten dżentelmen przy mnie będzie miał bardzo poważne prawne kłopoty.

— Panie komendancie, nie wydaje mi się…

— Zrób to!

Gdy Marchewa męczył się z tłumaczeniem, D’reg spojrzał Vimesowi w oczy. I ciągle się uśmiechał…

Vimes nie mógł ryzykować odwrócenia wzroku, wyczuł jednak wśród napastników pewne zaskoczenie i zamieszanie.

Potem, jak jeden mąż, zaatakowali.

Klatchiański kuter rybacki, którego kapitan wiedział, w którą stronę wieje wiatr, dotarł do portu w Al-Khali. Kapitan miał wrażenie, że mimo sprzyjających podmuchów nie osiąga takiej prędkości, jak powinien. Uznał, że to wina porastających kadłub muszli.

Vimes ocknął się z nosem pełnym wielbłąda. Istnieją wprawdzie gorsze przebudzenia, jednak nie tak wiele, jak mogłoby się wydawać.

Odwróciwszy głowę, co wymagało sporego wysiłku, ustalił, że wielbłąd siedzi na piasku. Sądząc po odgłosach, trawił coś wybuchowego.

Jak się tu znalazł… O bogowie…

Ale przecież powinno się udać. To klasyka. Trzeba zagrozić, że odetnie się głowę, a ciało zwyczajnie się poddaje. Tak reaguje każdy, prawda? Praktycznie rzecz biorąc, tak działa cywilizacja…

Cóż, w takim razie pewnie zadziałały różnice kulturowe.

Z drugiej strony jednak ciągle jeszcze żył. Według Marchewy znać D’regów przez pięć minut i wciąż zostawać przy życiu oznaczało, że człowieka bardzo, ale to bardzo lubią.

Ale z innej drugiej strony właśnie ich szefowi przyjaźnie uścisnął dłoń, co wpływa na stosunki między ludźmi, choć nie skłania do przyjaźni.

Ale nie ma sensu leżeć tak w poprzek siodła, ze związanymi rękami i nogami, i przez cały dzień konać od udaru słonecznego. Powinien znów stać się przywódcą swoich ludzi i zrobi to, jak tylko wypluje z ust tego wielbłąda.

— Bingely bingely biip!

— Tak? — spytał Vimes, szarpiąc więzy.

— Czy chciałbyś się dowiedzieć o spotkaniach, które opuściłeś?

— Nie! Próbuję rozwiązać jakoś te przeklęte sznury!

— Czy chcesz, żebym wpisał to na listę zadań do wykonania?

— Och, widzę, że się pan obudził, sir.

Brzmiało to jak głos Marchewy i były to akurat takie słowa, jakie by wypowiedział. Vimes spróbował się obejrzeć.

To, co zobaczył, było zasadniczo białym prześcieradłem, ale po chwili stało się twarzą Marchewy, odwróconą włosami w dół.

— Pytali, czy powinni pana rozwiązać, ale powiedziałem, że ostatnio brakuje panu wypoczynku, sir — ciągnął Marchewa.

— Kapitanie, ręce i nogi mi całkiem zdrętwiały… — zaczął Vimes.

— I wypoczywają. Dobre i tyle na początek, sir.

— Marchewa!

— Tak, sir?

— Chcę, żebyś bardzo uważnie wysłuchał rozkazu, który ci za chwilę wydam.

— Oczywiście, sir.

— Jak wiesz, zawsze zachęcałem swoich podkomendnych, żeby myśleli samodzielnie, zamiast ślepo wypełniać moje polecenia. Czasami jednak w każdej organizacji pojawia się konieczność, by instrukcje były realizowane co do litery i natychmiast.

— Zgadza się, sir.

— Rozwiąż mnie, ale już, bo wkrótce pożałujesz, że mnie rozwiązałeś!

— Ehm… Wydaje mi się, sir, że pańska wypowiedź jest niezamierzenie niespójna…

— Marchewa!

— Tak jest, sir.

Sznury opadły. Vimes zsunął się na piasek. Wielbłąd obejrzał się, spojrzał na niego przez nozdrza, po czym odwrócił głowę.

Vimes zdołał usiąść prosto, gdy Marchewa zajął się przecinaniem pozostałych więzów.

— Kapitanie, dlaczego nosi pan białe prześcieradło?

— To jest burnus, sir. Bardzo praktyczna odzież pustynna. D’regowie je nam dali.

— Nam?

— Nam wszystkim pozostałym, sir.

— Nikomu nic się nie stało?

— Nie, skąd.

— Przecież zaatakowali…

— Tak, sir. Ale chcieli tylko wziąć nas do niewoli. Jeden z nich przypadkiem obciął Regowi głowę, ale pomógł mu ją przyszyć z powrotem, więc nic złego się nie stało.

— Myślałem, że D’regowie nie biorą jeńców…

— Mnie też to dziwi. Ale uprzedzili, że jeśli spróbujemy uciekać, odrąbią nam stopy, a Reg mówi, że nie ma dość nici dla wszystkich, sir.

Vimes roztarł głowę. Ktoś uderzył go tak mocno, że wgniótł hełm.

— Dlaczego się nie udało? — zapytał. — Przecież trzymałem ich szefa…

— Jak zrozumiałem, sir, D’regowie uważają, że wódz, który okazał się na tyle głupi, by tak łatwo dać się pokonać, nie zasługuje na to, by go słuchać. To klatchiański zwyczaj.

Vimes starał się przekonać sam siebie, że w głosie Marchewy nie ma śladu sarkazmu.

— Prawdę mówiąc, sir — kontynuował Marchewa — wodzowie niespecjalnie ich interesują. Uważają ich za coś w rodzaju ozdoby. Wie pan… kogoś, kto ma tylko krzyczeć „Do ataku!”.

— Wódz musi też spełniać inne zadania.

— D’regowie uważają, że „Do ataku!” praktycznie załatwia wszystkie.

Vimesowi udało się wstać. Nieznane mięśnie kłuły go w nogach, zatoczył się do przodu. Marchewa uratował go od upadku.

Zachodziło słońce. Podarte namioty stały gęsto pod jedną z wydm; żarzyło się ognisko. Ktoś głośno się śmiał. Nie wyglądało to na więzienie. Ale, jak uznał Vimes, pustynia jest prawdopodobnie lepsza od krat. On osobiście nie wiedziałby nawet, w którą stronę uciekać, ze stopami czy bez.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)